Kaczyńscy nie mają rządu dusz

Kaczyńscy nie mają rządu dusz

Lewica nie musi się martwić tym, jak odciągnąć zwolenników PiS, ale tym, jak zmobilizować swój, potencjalnie bardzo duży, elektorat

Prof. Janusz Reykowski

– Dlaczego PiS utrzymuje poparcie wyborców? Co się w Kaczyńskim tak podoba jego wyborcom?
– Zastanówmy się nad poparciem. W wyborach 2005 r. PiS otrzymało 27% głosów, LPR – 8%, a Samoobrona – 11%. Razem, partie koalicji zebrały 46% poparcia. A jak to wygląda teraz? Bardzo trudno porównywać sondaże z rzeczywistymi wynikami, bo nie wiemy, od jakich wielkości obliczany jest w nich procent poparcia dla partii. Ale spróbujmy: PiS – 25-26%, LPR – 2-3%, Samoobrona – ok. 6%. Razem ok. 34%. Kto stracił? Można przypuszczać, że część poparcia, które miały dwie partie koalicyjne, przesunęła się w kierunku PiS, ponieważ tu jest prawdziwa władza, ono rozdaje karty. Ale znaczy to, że część dawnego elektoratu PiS przestała popierać tę partię. Jako całość obóz rządzący stracił około 25% swego elektoratu. Jak widać, poparcie dla sił rządzących nie jest tak niewzruszone, jak się wydaje.

WIELE TWARZY POLAKA

– A jak ocenia pan fakt, że obóz rządzący wstrzeliwuje się w mentalność Polaków?
– O tym niedawno mówił w „Przeglądzie” prof. Janusz Czapiński. Profesor wypowiada bardzo pesymistyczne poglądy, mówiąc, że mentalność PiS i jego praktyki dobrze pasują do mentalności polskiego społeczeństwa, które dość krytycznie opisuje.
– Czy tak jest?
– Już to, o czym przed chwilą rozmawialiśmy, wskazuje, że o żadnej większości społeczeństwa nie może być mowy – większość obywateli nie deklaruje poparcia dla PiS. A ponadto, nawet przyjmując, że wiele idei PiS może znaleźć rezonans w polskim społeczeństwie, trzeba pamiętać, że poglądy oraz postawy polityczne i społeczne na ogół nie są konsekwentne i stabilne. Stosunkowo niewielka proporcja obywateli zawsze mówi i myśli to samo. Poglądy i zachowania zdecydowanej większości zależą od różnych czynników – zmieniają się w zależności od sytuacji. Na przykład od tego, o czym w danej chwili się mówi, co działa na wyobraźnię. Oczywiście bardzo ważną rolę odgrywają sytuacja materialna i społeczna, a także mentalność ludzi. Ale to temat na zupełnie osobną rozmowę. Ograniczę się do stwierdzenia, że aktualna sytuacja odgrywa bardzo dużą rolę.
– A jaką mamy sytuację?
– Myślę, iż ważną cechą tej sytuacji jest brak poważnego politycznego konkurenta dla PiS. Inne podmioty polityczne nie przedstawiają w debacie publicznej odpowiednio rozwiniętego projektu dla Polski, projektu, który byłby przekonywający dla szerszych rzesz obywateli. Tak więc tych, których potencjalnie można by pozyskać, nie ma do czego pozyskiwać! Dlatego nie warto się martwić tym, że pewna (i nie taka mała) część polskiego społeczeństwa popiera PiS, lecz skupić się przede wszystkim na pytaniu, co w polskim społeczeństwie jest ważnego do zrobienia. Samo społeczeństwo jest raz takie, raz inne. Czasami jest dzielne, ofiarne, otwierające się na Europę, a czasami zawiedzione, nieufne i dość konserwatywne. Raz proliberalne, a innym razem prosocjalistyczne. Zresztą warto sobie przypomnieć rok 1980 i 1982 – to dwa różne społeczeństwa!
– Drastyczne porównanie.
– Ono ma zilustrować fakt, że nie powinniśmy wypowiadać mocnych twierdzeń o tym, jakie jest społeczeństwo. Różne postawy można w nim zaktywizować. Nie należy więc przykładać zbyt dużej wagi do tych krytycznych ocen społeczeństwa, narzekać na Polaków, narzekać, że PiS tak dobrze się dopasowuje do nastrojów społecznych. Jeśli już na coś mielibyśmy narzekać, to na brak poważnego alternatywnego projektu politycznego.

UKŁAD, CZYLI WYTRYCH

– A jak to zrobić?
– Podstawą poważnego projektu politycznego jest pewne stanowisko aksjologiczne – deklaracja wartości, które autorzy projektu uważają za najważniejsze i chcą o nie walczyć. Że chcą troszczyć się o biednych albo że chcą popierać wolny rynek, że bronią wolności (jakiej?), że chodzi im o sprawiedliwość (jak rozumianą?), że chodzi o silne państwo, o wysoką pozycję międzynarodową itp. Ale jego główną częścią jest program realizacyjny, który mówi, jak te cele mają być zamienione na praktyczne działania polityczne. Co konkretnie ma być osiągnięte i jakimi sposobami. Taki program zawiera zwykle pewną diagnozę sytuacji, pewien pomysł praktycznych działań i pewną wizję tego, co zostanie osiągnięte
– Opowiedzmy to na przykładzie PiS.
– Według diagnozy postawionej przez PiS, w III RP panowała niesprawiedliwość – sukcesy osiągali ci, którzy na to nie zasłużyli, pozbawiając resztę obywateli tego, co im się słusznie należało. Działo się tak dlatego, że Polskę opanowały skorumpowane układy – dawnej i nowej nomenklatury, służb specjalnych itd. W tej diagnozie główną kategorią objaśniającą jest „układ”. To świetny pomysł! Właściwie prawie każdy mógłby powiedzieć, że ma lub miał do czynienia z jakimś „układem” i że ten „układ” zrobił mu różne krzywdy. Któż nie natknął się w swoim otoczeniu na jakąś „klikę”, która uniemożliwiła mu rozpostarcie skrzydeł? Komuż nie przychodzi czasami do głowy, że jego życie ułożyłoby się dużo lepiej, gdyby nie działania jakichś niejasnych dla niego sił – jakiejś zmowy, która jednych promuje, a drugich „dołuje”? Czy to w miejscu pracy (bo jedni awansują, a ja nie), czy w szpitalu (bo jedni dostają się tam szybko, a drudzy muszą czekać bardzo długo), albo w gminie (bo jedni wszystko pomyślnie załatwiają, a drugim się odmawia), no i oczywiście w państwie. Układ to pojemne słowo, które do wszystkiego pasuje. PiS ma pomysł, co z tym wszystkim trzeba zrobić. Ogłasza wielką krucjatę, która ma walczyć przeciw korupcyjnym układom. I wszyscy mogą zobaczyć, że walczy. Inna sprawa, jak walczy i jakie konsekwencje ta „walka” może przynieść dla kraju.
– Jeżeli pan Skrzypek zostaje prezesem NBP, to po to, by walczyć z układem finansowym, pani Kruk walczy z układem medialnym, układ to są lekarze, sędziowie.
– No właśnie, idea walki z układem przybrała pewną konkretną postać – PiS przełożyło cele, przedstawione na poziomie aksjologicznym (zresztą są to na ogół cele szlachetne – np. solidarna Polska, silne państwo itd.) na projekt polityczny.
– A opozycja nie potrafiła…
– Sądzę, że partie opozycyjne okazały się słabsze na obu poziomach. Na poziomie aksjologicznym nie miały do powiedzenia nic szczególnie oryginalnego, nic, co mogłoby trafić do umysłów i uczuć obywateli. Na poziomie politycznym było jeszcze gorzej, bo nie można tu dostrzec żadnego realnego projektu – przynajmniej dotychczas – może działania podejmowane w ostatnich tygodniach zwiastują jakąś zmianę? Platforma Obywatelska, jak się powszechnie uważa, była pod bardzo wieloma względami (oprócz personalnych) niezwykle podobna do PiS, a czasami jeszcze bardziej absurdalnie radykalna. A SLD w publicznej debacie o sprawach kraju był niemal nieobecny. Tak np. wypowiedzi jego przedstawicieli w mediach koncentrowały się niemal wyłącznie na ostrej, dezawuującej krytyce rządzących. Negatywne opinie o działalności tych, co rządzą, to nie to samo, co własny oryginalny projekt polityczny.

LEWICA – MIĘDZY ANACHRONIZMEM A…

– Zatrzymajmy się przy lewicy. Dlaczego nie miała ona, jak pan powiedział, pomysłu?
– Myślę, że wielką słabością lewicy jest zagubienie wartości – w warstwie aksjologicznej miała ona bardzo niewiele do powiedzenia. Można odnieść wrażenie, że stała się ona „ideologiczną wydmuszką”.
– Dlaczego?
– Dawna lewica miała bardzo klarowne ideologiczne oblicze i klarowne projekty polityczne, ale większość tych projektów stała się obecnie anachroniczna. Na przykład lewica głosiła ideę likwidacji nierówności społecznych charakterystycznych dla gospodarki rynkowej przez wprowadzenie gospodarki uspołecznionej, co w praktyce oznaczało politykę upaństwowienia. Politykę tę realizowano nie tylko w krajach socjalistycznych – była ona wprowadzana także na Zachodzie, kiedy rządy lewicowe dochodziły do władzy. Dziś idea upaństwowienia wydaje się ślepym zaułkiem. Lewica walczyła o ośmiogodzinny dzień pracy, co dziś jest tematem nieaktualnym (choć aktualnym pozostaje problem wykorzystywania pracowników przez pracodawców). Lewica głosiła hasło rządów robotników i chłopów. To hasło nie ma dzisiaj żadnego sensu, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę zmiany struktury społecznej, a choćby i to, że w rozwiniętych krajach tych chłopów jest ok. 3%. A także to, że kategoria robotnicy to dziś co innego niż kiedyś. Przytaczam te przykłady, by pokazać, jak zużyły się tradycyjne składniki ideologii i projektu politycznego lewicy. Dotyczy to także sztandarowej idei lewicy – idei państwa opiekuńczego. Wiele doświadczeń wskazuje, że poważną wadą tego projektu jest wytwarzanie, na masową skalę, postaw roszczeniowych. Innymi słowy jest to idea, której praktyczna realizacja demobilizuje ludzi, pozbawia ich inicjatywy. Tak więc i ten tak ważny element programu lewicowego obecnie okazał się nie najlepszym kierunkiem działań.
– A co jest dobrym kierunkiem?
– Przesłanką lewicowego myślenia i lewicowej aksjologii jest świadomość, że organizacja życia społecznego ogranicza szanse rozwojowe dużym grupom społecznym., że społeczeństwo dzieli się na takich, którzy mają ułatwiony dostęp do ważnych dla nich dóbr, i takich, którzy nie mają szans polepszenia swego bytu, skazanych na wegetację. Podstawowym wyzwaniem dla lewicy jest budowa porządku społecznego, który tworzyłby szanse rozwojowe dla coraz szerszej kategorii ludzi. Zamiast coś rozdawać, państwo powinno stwarzać warunki ułatwiające możliwie szerokim kręgom ludzi dochodzenie do czegoś w życiu, zwalczać przeszkody, które na tej drodze się pojawiają. Państwo musi dbać także o to, aby ci, którzy w produktywnej działalności nie mogą brać udziału – z powodu starości lub choroby – nie byli pozostawieni sami sobie. Tak więc głównym wyzwaniem dla lewicy jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dzięki jakim społecznym urządzeniom można promować szybki rozwój cywilizacyjny, a zarazem sprawić, aby z owoców tego rozwoju mogli korzystać wszyscy obywatele, a nie tylko ich uprzywilejowana część.
– Liberałowie twierdzą, że wystarczy rozwój, wtedy starczy dla wszystkich.
– Ta teza często się nie sprawdza, czego dowodem są np. Stany Zjednoczone. W ciągu ostatnich 20-30 lat ten kraj ogromnie się rozwinął, ale sytuacja znacznej większości obywateli albo się nie poprawiła, albo nawet pogorszyła. Mimo że jest to jeden z najbogatszych krajów świata, może on również „pochwalić się” istnieniem licznych grup żyjących w beznadziejnej sytuacji. Lecz drastyczne, narastające nierówności to nie tylko cecha Stanów Zjednoczonych. Taki proces zachodzi w wielu w krajach, w tym w Polsce. Właśnie zadaniem lewicy jest przeciwstawianie się temu procesowi. Dodam jeszcze, że to, o czym tu mówimy, a więc problem sprawiedliwości, to niejedyny składnik lewicowej aksjologii. Jej drugim ważnym składnikiem jest problem wolności, jednak to osobny temat.

PAMIĘTAM TEN KLIMAT Z LAT 50.

– To program, który oddziałuje na nasz rozum. A PiS oddziałuje na nasze emocje.
– Pan mówi w tej chwili o sztuce przywództwa, sztuce organizowania ludzi, o umiejętnościach przedstawienia celów w takim języku, który może oddziaływać na wyobraźnię obywateli. Takie przywództwo to swoisty rodzaj twórczości. To umiejętność stworzenia wyobrażeń lepszego świata, do którego przywódca prowadzi swych zwolenników. My w tej chwili rozmawiamy językiem akademickim. Nie jest to język nadający się do mobilizowania masowego poparcia. Do politycznego działania trzeba mieć konkretny projekt polityczny. Opis rzeczywistości, opis celów, i ścieżkę ich realizacji. Co ma być w państwie zmienione i w jaki sposób. Wielka szkoda, że tak dużo energii ludzi zajmujących się polityką skupione jest na atakowaniu PiS, a nie na myśleniu o tym, co polskiemu społeczeństwu zaproponować w zamian.
– A nie jest to, równocześnie wielki sukces PiS? Atak na elity powoduje, że te elity nie mają chwili oddechu, możliwości refleksji, muszą się bronić.
– Być może…
– Wyprowadzenie Mirosława G. w kajdankach, pokazanie w telewizji jego zegarków, koniaków jako symbolu rozpusty, takie zrzucenie osoby wybitnej z piedestału buduje popularność wśród gawiedzi.
– Ale owa „gawiedź” może być tym wszystkim bardzo zdegustowana, kiedy dostrzeże, że jest to działanie na jej własną szkodę. Kiedy się przekona, że bezsensowne ściganie lekarzy pogarsza, a nie polepsza sytuację w służbie zdrowia, i to w przyspieszonym tempie. PiS głosi, że to, co robi, ma uzdrawiać służbę zdrowia. Ale nie bierze pod uwagę, że lekarstwo może być gorsze od choroby. A takie właśnie jest owo PiS-owe lekarstwo. To właśnie opozycja mogłaby dobitnie pokazywać. Wyjaśniać, że są to wyczyny, których koszty poniosą zwykli ludzie.
– Ale zgodzimy się, że PiS-owskie wyczyny to nie jest objaw frustracji Jarosława Kaczyńskiego czy Ziobry, tylko skalkulowana gra.
– Jednym z głównych kluczy do zrozumienia działań Jarosława Kaczyńskiego jest zamysł, który parę miesięcy temu opisywałem w „Przeglądzie” jako politykę wymiany elit. Różne podejmowane przez PiS przedsięwzięcia, z lustracją na czele, spełniają tę samą funkcję – otwierają drogę do awansu grupom i środowiskom wybranym przez PiS, takim, które PiS będą popierać. Temu też służy kampania mająca kompromitować istniejące elity. Fatalną wadą tej polityki jest odrzucenie merytokratycznych kryteriów awansu. O obejmowaniu stanowisk nie decydują kompetencje, tylko lojalność wobec istniejącej władzy.
– Czyli zamiast Mirosława G. transplantację przeprowadzi pielęgniarka z PiS?
– Wiele lat temu w którejś z polskich gazet był przedrukowany artykuł, chyba z „Renmin Ribao”, w którym opisano, jak w jednym z mniejszych miast chińskich dokonywano operacji za pomocą idei Mao Zedonga. To był wspaniały artykuł, który opowiadał, jak to lekarze nie chcieli już leczyć pewnego, ich zdaniem, beznadziejnie chorego pacjenta, ale rewolucyjne siły szpitala, pielęgniarki, salowe, i jeszcze inni zebrali się i podjęli operację, ratując życie pacjenta; w trakcie operacji specjalny oddział odczytywał na głos odpowiednio wybrane myśli Mao, kierując w ten sposób wysiłki operatorów. Nam z pewnością coś takiego nie grozi. Ale jeśli prawie każdy autorytet jest podejrzany, to grozi nam zastępowanie ludzi o wysokich kompetencjach ludźmi o kompetencjach niskich.
– Chyba że jest to PiS-owski autorytet.
– Obecny atak na autorytety w odległy sposób przypomina mi klimat wczesnych lat 50. W owym czasie cała tzw. stara profesura była podejrzana, bo byli oni z przedwojennego, „sanacyjno-burżuazyjnego układu” (niedawno jeden z posłów z PiS uzasadniał konieczność zniesienia habilitacji potrzebą szybkiego awansu odpowiednich ludzi, ponieważ cała obecna profesura jest ze starego „komunistycznego układu” – argumentacja bardzo znajoma). Wszystkich nie można było do razu usunąć, ale walczono z nimi i patrzono im na ręce. I dotyczyło to nie tylko nauk społecznych i humanistycznych. Tak samo było w służbie zdrowia! Pamiętam to z czasów, kiedy pracując przez pewien czas jako dziennikarz, m.in. w „Po prostu”, robiłem wywiady w środowisku medycznym. Widziałem wtedy, jak ówczesne organizacje partyjne, składające się czasami z całkiem miernych ludzi, tępiły bardziej zdolnych, bezpartyjnych lekarzy, żeby zwolnić ich stanowiska dla „swoich”. PiS-owska polityka wymiany kadr zaczyna coraz bardziej przybierać tego rodzaju charakter.

CO WIDZI KOWALSKI?

– Ale to ma poparcie społeczne, to się Polakom podoba!
– O tym poparciu, już mówiliśmy – jest ono nader względne i zmienne A kwestia, co się Polakom podoba, nie jest łatwa do rozstrzygnięcia. Oceniając to, często ulegamy pewnej iluzji – iluzji, że rzeczywistość polityczna, którą my oceniamy, to ta sama rzeczywistość, którą oceniają inni obywatele. Ale to błędne założenie. Zdarzenia polityczne są złożone, wieloznaczne, mają niedostępne bezpośredniej obserwacji źródła i różne potencjalne konsekwencje. Pilny i odpowiednio wykształcony obserwator tych zdarzeń widzi co innego niż obserwator, do którego dochodzą informacje fragmentaryczne, o wyraźnym ładunku emocjonalnym. Oceny takiego obserwatora mogą się różnić od ocen obserwatora, który uwzględniał szerszy kontekst tych zdarzeń. Innymi słowy, różni ludzie, którzy słyszeli o sprawie Mirosława G., mogą mieć o niej rożne poglądy, bo co innego w niej widzą. Stwierdzenie „to się społeczeństwu podoba” jest dość mylące. Czym jest „to”? Pociąganiem do odpowiedzialności wysoko postawionych figur, dotąd bezkarnych, które cynicznie wykorzystywały ludzi biednych i bezradnych? Przesadną reakcją na rzeczywiste zło? Cynicznym zabiegiem mającym na celu polityczne umocnienie pewnych osób i pewnych instytucji? Osoby o różnym stopniu znajomości świata politycznego, różniące się ilością uwagi, którą poświęcają zdarzeniom dokonującym się na scenie publicznej, będą widziały te zdarzenia różnie, a tym samym różnie je oceniały. Dla mnie szczególnie ciekawe jest co innego – dlaczego ludzie o podobnych doświadczeniach, wykształceniu, dostępie do informacji mają tak różną ocenę obecnej polityki. Dlaczego wśród osób wykształconych jest pewna grupa, choć w wyraźnej mniejszości, przekonana, że to, co PiS mówi i robi, jest dobre dla kraju?
– Dla mnie też jest to ciekawe.
– Sądzę, że mamy pewien niedostatek wiedzy o tym, jakie są rzeczywiste powody poparcia dla PiS w różnych grupach społecznych. Nie słyszałem o próbach obiektywnego rozpoznania owych powodów np. przy pomocy grup fokusowych lub innymi metodami. Sądzę, że siły polityczne konkurujące z PiS powinny się potrudzić, żeby takie rozpoznanie zrobić. Żeby lepiej wybierać punkty ataku, a nie strzelać na ślepo.
– Wydaje mi się, że te punkty ataku możemy zidentyfikować. Jeśli mówimy o pensjach w PZU, które nominat Kaczyńskich, prezes Netzel, daje swoim współpracownikom… Jedna pani zarobiła w ciągu sześciu miesięcy 400 tys. zł.
– Jeśli to prawda, jest to piękny temat dla przeciwników! Temat na poziomie debaty prowadzonej przez PiS.
– To by zezłościło ich elektorat… PiS-owski.
– Byłaby to ilustracja tezy, że walka z układem jest w rzeczywistości budowaniem alternatywnego układu. Tylko że to jest działanie nihilistyczne. Pozostawia przeciętnego obywatela w przekonaniu, że wszyscy oni są tacy sami. Nikomu nie można ufać, na nikogo liczyć.
– Więc ten atak musiałby być połączony z pozytywnym projektem politycznym?
– Chcę powtórzyć to, o czym mówiłem wcześniej. Walka z, moim zdaniem, nieudanym i szkodliwym projektem PiS nie powinna koncentrować się na kompromitowaniu tego projektu. Jego krytyka, ukazywanie związanych z nim wynaturzeń, powinna iść w parze z prezentacją alternatywnego projektu politycznego. Z wyjaśnieniem, dlaczego naprawa państwa, której chciała dokonywać ta partia, jest pseudonaprawą. I co rzeczywiście trzeba zrobić, aby defekty III Rzeczypospolitej usuwać.

DYKTATURA INCYDENTALNEJ WIĘKSZOŚCI

– A to nie jest cynizm, gdy marszałek Sejmu, Ludwik Dorn, szydzi: jak mogą ci z lewicy mówić, że Polsce jest zamordyzm, przecież nie siedzą w więzieniu?
– Wypowiedź marszałka Dorna jest mało estetyczna, a zarazem niebezpiecznie wieloznaczna. A ponadto omija istotę rzeczy. Krytycy stanu demokracji nie twierdzą, że już jej nie ma. Twierdzą, że sposób rządzenia państwem demokrację w Polsce pogarsza i stwarza wzrastającą groźbę jej ograniczania. Zresztą II Rzeczpospolita – wzór dla wielu polityków rządzącej koalicji – miała podstawowe atrybuty demokracji, a mimo to wybory były fałszowane, opozycja polityczna więziona i brutalnie traktowana, sprzeciw społeczny krwawo tłumiony, od kul policji i wojska zginęło w Polsce Niepodległej kilkudziesięciu ludzi, wyroki sądowe niewygodne dla władzy ostentacyjnie ignorowane, mniejszości – prześladowane. Być może w chwili obecnej podstawową kwestią nie jest to, czy w Polsce będzie demokracja, lecz to, jaka to będzie demokracja.
– To znaczy?
– Stanowisko w sporze o to, czy w Polsce demokracja jest zagrożona, zależy w dużym stopniu od tego, co adwersarze rozumieją przez demokrację. Jeśli ktoś uważa, że demokracja to ustrój, w którym są wolne wybory, działają niezależne (w miarę) sądy, że nie ma cenzury, że są niezależne (w miarę) media, to może powiedzieć, że demokracja w Polsce jest w znakomitym stanie. Wszakże jest to nader ograniczone pojmowanie porządku demokratycznego – nie uwzględnia ono jego istoty. Nie uwzględnia, że porządek demokratyczny nie sprowadza się do rządów większości parlamentarnej. Ma on zapewniać wszystkim kategoriom obywateli współudział w kształtowaniu polityki państwa, co wyrażone jest w formule stwierdzającej, że: demokracja to rządy większości uwzględniające stanowisko mniejszości. Demokracja, z którą mamy dziś do czynienia jest „dyktaturą incydentalnej większości”. Incydentalnej, bo władza nie została wyłoniona przez większość społeczeństwa, lecz przez mniejszościowe siły polityczne, którym udało się zdobyć parlamentarną przewagę.
– Czyli najważniejszą rzeczą w polityce jest obsadzenie mediów…
– Nie sądzę. Media są wrażliwe na zdarzenia ważne, wyraziste, takie, które mogą mieć konsekwencje dla ich odbiorców, które tych odbiorców mogą zainteresować. Politycy, którzy potrafią tworzyć takie zdarzenia, mogą skupić na sobie uwagę mediów. Można się przebić.
– Kwaśniewski się przebije?
– Chyba tak. W szczególności jak wsiądzie w autobus i pojedzie po kraju. A ponadto on umie robić coś takiego, co skupia uwagę mediów. Tylko trzeba pamiętać, że w momencie, w którym polityk skupia uwagę mediów, musi mieć klarowne przesłanie.
– A klarowny przesłanie można mieć dopiero wtedy, jak się ma własną, klarowną narrację polityczną.
– Tak.
– Więc teraz, jeżeli lewica chce jakąś rolę odegrać, musi zbudować własną narrację?
– To podstawowa kwestia. Ta narracja musi wyjaśniać, z jaką rzeczywistością mięliśmy do czynienia w ostatnich 17 latach i z jaką mamy teraz. Musi przedstawić wizję zmian, których zamierza się dokonać. I musi wreszcie zaproponować plan najważniejszych działań, które pozwolą zrealizować tę wizję. Ta narracja może się nie podobać zwolennikom PiS. Ale w Polsce jest wielka grupa wyborców niezagospodarowanych. Dlatego lewica nie musi się martwic tym, jak odciągnąć zwolenników PiS, ale tym, jak zmobilizować swój potencjalnie bardzo duży elektorat.

 

Wydanie: 26/2007

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy