Nacjonalizm przybiera na sile

Nacjonalizm przybiera na sile

Orbán, Kaczyński, przywódcy Serbii, Salvini zaczęli za przykładem Donalda Trumpa umacniać narodowy populizm


Prof. Daniele Stasi – specjalizuje się w historii doktryn politycznych, a szczególnie w problematyce neonacjonalizmów i współczesnych populizmów. Niedawno wydał we Włoszech książkę „Polonia Restituta” analizującą sytuację polityczną w Polsce od odzyskania niepodległości w 1918 r. do zamachu majowego w 1926 r.


Czy nacjonalizm może być tylko zły, czy też zdarzają się jego pozytywne odmiany?
– To zależy, o jakiej odmianie nacjonalizmu myślimy. Może być np. nacjonalizm obywatelski (civic) i nacjonalizm etniczny. Podam dwa przykłady z polskiej historii, Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego. Piłsudski reprezentował nacjonalizm obywatelski zasadzający się na rozbudowywaniu bazy państwowej łączącej mniejszości narodowe, religijne, etniczne. Tymczasem nacjonalizm etniczny ma inne zabarwienie. Wyklucza inne mniejszości, stawiając za cel państwo jednolite etnicznie. Choć oba nacjonalizmy dążą do ugruntowania mocy i stabilności państwa, różniły się jednak wyraźnie i diametralnie, były względem siebie w opozycji. Polska, a konkretnie II Rzeczpospolita, stanowi więc według mnie doskonałe studium przypadku (case study) do analizy kwestii narodowej. Tego dotyczy właśnie wydana przeze mnie we Włoszech książka „Polonia Restituta”.

Czy my w Polsce nadal żyjemy w atmosferze lat 20. zeszłego wieku?
– Uważam, że dzisiaj funkcjonuje inna forma nacjonalizmu, związana z populizmem. Chociaż jej korzenie na pewno tkwią w historii i tradycji polskiej polityki, to, co się pojawiło w pierwszej połowie XX w., różni się dosyć wyraźnie od tego, z czym mamy do czynienia teraz. Podobnie jest w innych krajach, np. we Francji, gdzie podziały polityczne nie przebiegają już według starych wzorów, np. lewica-prawica. Między rządem a opozycją różnice są dużo ostrzejsze i można je określić jako podział między elitą a narodem, ludem. Poszczególne odłamy czy partie polityczne mają różne proweniencje, ale współczesny nacjonalizm populistyczny zakłada istnienie wspólnego wroga, wobec czego elita jest zdrajcą narodu, bo działa przeciwko racji stanu. Scena polityczna w Polsce również może być takim case study, bo dominuje tu narracja określająca wroga wewnętrznego i zewnętrznego. Elita związana z Unią Europejską była do niedawna wrogiem. Teraz nałożyła się na to wojna w Ukrainie i wrogiem jest Putin. Pojawiła się okazja, aby skorzystać skutecznie z takiej populistycznej retoryki, sugerując, że tragedia smoleńska też jest z tym wrogiem związana.

Dotychczasowe ciągoty narodowe i nacjonalistyczne zostały wzmocnione przez retorykę populistyczną operującą pewnymi skrótami myślowymi, prostymi, choć nie zawsze trafnymi receptami. Czy tak?
– Nacjonalizm i populizm mają takie samo jądro, czyli naród. Elita jest tu wrogiem wewnętrznym. W II Rzeczypospolitej wrogiem był Żyd, obcy. A ponieważ pierwszy prezydent Gabriel Narutowicz został wybrany m.in. przy sporym udziale głosów mniejszości, zapłacił za to życiem. Teraz retoryka polityczna posługuje się jeszcze odpryskami tej międzywojennej, używa sformułowań lewacka, masońska, żydowska, liberalna itd., co mało wyjaśnia, a dużo komplikuje na poziomie sensu politycznego, ale jest bardzo skuteczne. Europa, rozumiana jako Unia Europejska, dotąd bardzo jednolita ideologicznie i programowo, opierała się na dwóch filarach: Europejskiej Partii Ludowej i frakcji socjalistycznej. Teraz Orbán, Kaczyński, przywódcy Serbii, a w moim kraju były wicepremier Matteo Salvini, zaczęli po części małpować Donalda Trumpa i umacniać narodowy populizm. Powstał nowy rozkład sił, nowa równowaga pomiędzy ugrupowaniami i ruchami liberalno-demokratycznymi i narodowo-populistycznymi. Zamiast Europy jako wspólnoty interesów, zmierzającej być może w kierunku federacji niepodległych państw, tworzy się Europa jako organizacja narodów, Europa ojczyzn. Choć najwyraźniej potrzebujemy ścisłej współpracy w dziedzinie energetyki, obronności, zmian klimatycznych, demograficznych itd., tworzą się tendencje odśrodkowe, egoistyczne.

Napaść Rosji na Ukrainę chwilowo podtrzymała spójność Unii. Czy nadal obowiązuje maksyma, że wrogowie naszych wrogów są naszymi przyjaciółmi?
– Powstała nowa konstelacja polityczna, ale chyba nie na długo. Zygmunt Balicki, publicysta, polityk i jeden z czołowych ideologów Narodowej Demokracji, w książce „Egoizm narodowy wobec etyki” podkreślał, że każdy nacjonalizm jest egoistyczny, bo zabiega tylko o interesy danego narodu. W relacjach międzynarodowych taki sojusz bywa raczej krótkotrwały, bo na arenie politycznej nacjonalizmy walczą między sobą. Formuła, w której wrogowie naszych wrogów są naszymi przyjaciółmi, może mieć chwilowy charakter. Nie powstanie przecież międzynarodówka nacjonalistyczna. Może być tylko nacjonalizm włoski, niemiecki, rosyjski itd. W Unii Europejskiej prace idą w kierunku łączenia interesów państwowych, takiego ich dopasowywania, aby służyły każdemu. Narodowi populiści uważają, że to niemożliwe.

Ale przecież nie cofniemy się do księstw udzielnych czy miast-państw. Jest globalizacja, która wiele ujednoliciła, uwspólniła, zuniwersalizowała.
– Nacjonalizm populistyczny tworzy nowe problemy, nie rozwiązując istniejących.

Nacjonaliści wolą ludzi niepokoić, a nie uspokajać?
– Ale problemów do rozwiązania jest przecież bez liku. Przydałaby się więc wspólna polityka związana z imigrantami, a nie wrogość wobec przybyszów i unijnych projektów. Coś trzeba przedsięwziąć w związku z polityką ekologiczną. Jakoś trzeba się porozumieć w sprawie stosunku do Rosji, która w istocie toczy wojnę z całym Zachodem. Negowanie sensowności współpracy europejskiej wywraca te procesy do góry nogami. Polska, w 2004 r. wstępując do Unii Europejskiej, dokonała skoku cywilizacyjnego i tu egoistyczna postawa była i jest krótkowzroczna.

Mówi pan o sprawach, wydawałoby się, oczywistych. Tymczasem umiejętnie prowadzona propaganda populistyczna potrafi odwrócić przekonania niemal o 180 stopni. Przykładem jest stosunek Polaków do uchodźców, jeszcze sprzed exodusu Ukraińców.
– Winna jest tutaj także polityka historyczna, która staje się głównym elementem nacjonalpopulizmu. Na bazie różnych traum narodowych można ludzką wiedzą i poglądami bardzo skutecznie manipulować i tworzyć postawy nacjonalistyczne. Polska jest rajem dla polityki historycznej. Wystarczy przejść ulicami Warszawy, by zobaczyć, ile jest tutaj pamiątek przeszłości. Można skutecznie manipulować tymi tragediami i w ten sposób tworzyć nowe zastępy nacjonalistów, oficjalną narrację tożsamości narodowej, która zamiast ludzi łączyć, tylko dzieli.

Czyżbyśmy byli niechlubnym wyjątkiem w panoptikum manipulacji europejskiej?
– Nie. Tak się robi i w innych krajach, gdzie populizm dochodzi do głosu. Na przykład Silvio Berlusconi, trzykrotny premier Włoch, starał się przeciwstawić dotychczasowej narracji, która legitymację moralną dawała wojnie partyzanckiej, zwycięstwu włoskiego ruchu oporu nad faszystowską władzą. Symbolem oporu jest bardzo popularna piosenka partyzancka „Bella Ciao”, której upowszechnianiu sprzeciwił się Berlusconi. Przypisuje mu się więc próbę rehabilitacji włoskiego faszyzmu. Tym tropem idą dalej włoscy nacjonaliści, którzy chcą tworzyć nowe dogmaty. Generalnie mówi się, że historia dzieli się na „naszą” i jakąś „inną”, którą zajmują się naukowcy. Taki sposób myślenia rozciąga się na inne sfery, m.in. epidemię koronawirusa. Co innego mówią naukowcy, co innego „nasi”. Polityka i nauka stają się rozłączne. Nawet nie konsultuje się z ekspertami decyzji w różnych ważnych sprawach. Proces modernizacji staje pod znakiem zapytania, skoro w populistycznych rządach regułą jest niekompetencja. Pandemia nie pokonała populizmu, raczej go umocniła. Ten sposób rządzenia odnosi czasem sukcesy. Triumfem populizmu jest np. brexit.

Czyli jesteśmy świadkami globalnej inwazji postaw egoistycznych wzmocnionych brakiem kompetencji w najważniejszych sprawach. Rozpadł się ZSRR, ale także Jugosławia i Czechosłowacja. I po co?
– Amerykański politolog Francis Fukuyama powiedział, że upadek komunizmu to koniec historii. Powstanie teraz system homogeniczny oparty na liberalnej demokracji, będącej wraz z rynkowym porządkiem gospodarczym najdoskonalszym z możliwych systemów. Nic nie zatrzyma procesu demokratyzacji. Niestety, sytuacja wygląda inaczej. Nacjonalizmy nie trafiły na śmietnik historii, wróciły na scenę w Europie, a nawet w USA za prezydentury Donalda Trumpa. Koniec bipolaryzmu zamiast eksplozją demokracji zaowocował rozwojem tak lekceważonych nacjonalizmów. W tym w krajach postkomunistycznych. Realizm przegrywa z twardą ideologią. Kryzys finansowy roku 2008, pandemia i wojna przyśpieszyły tendencje centralizacji władzy zamiast jej uspołecznienia. Powstanie państw pseudoautorytarnych wspomaga również wszechobecna sfera mediów.

W rękach populistycznej władzy media się prostytuują.
– Tu posłużę się przykładem Włoch. Silvio Berlusconi, przyjaciel Putina i Kaddafiego, stworzył imperium medialne, które postarało się o monopol. Ten proces, zakończony w 1992 r. upadkiem systemu, w którym prym wiodły różne partie polityczne, zaowocował radykalną zmianą, powstaniem systemu rządów koalicji populistycznej złożonej z dwóch partii. Berlusconi przez dwie dekady nie tylko pomnażał majątek, ale też był głównym bohaterem sceny politycznej. Lider Ligi Północnej Matteo Salvini ma dziś jego poparcie. Przed rokiem 1992 mieliśmy we Włoszech względnie stabilną scenę polityczną. Teraz rozgorzała walka ideologiczna, równowaga została zaburzona, co skutkuje niekorzystnymi procesami, z którymi Włochy borykają się od lat. Na przykład narastają różnice między północą a południem Włoch, rośnie biurokracja, klientelizm polityczny i ekonomiczny niszczy wolny rynek, Włochy mogą się znaleźć w sytuacji, przez którą przeszła Grecja – stać się pasożytem w „bogatej” Europie, bo standardy ekonomiczne i polityczne są zagrożone. Nacjonaliści mówią wprost: Unia Europejska nie może nam narzucać standardów i norm.

Co robić? To pytanie politycy zadawali sobie niejednokrotnie.
– Oczywiście wybrać odpowiednich polityków, którzy przeciwstawią się niebezpiecznym tendencjom, ale Berlusconi, który wciąż chce odgrywać ważną rolę w polityce, liczy na odejście premiera Maria Draghiego i wybranie na jego miejsce kogoś mniej „europejskiego”. A na Węgrzech Orbán ponownie wygrał w demokratycznych wyborach.

Czy globalizacja nie jest w stanie usunąć ze sceny tendencji nacjonalistycznych?
– Nie. Wręcz odwrotnie, bo ona jednak nie obejmuje w ten sam sposób całego świata. Nie może zapewnić wszystkim narodom i państwom takiej samej redystrybucji dóbr. Jednym przynosi wzmocnienie, a drugim cierpienie. Wbrew temu, co głosił Fukuyama, globalizacja tworzy nacjonalizmy i dzisiaj widzimy to coraz wyraźniej w Europie. Zresztą główną przyczyną wybuchu II wojny światowej również był nacjonalizm.

Ten kierunek polityczny i prąd ideologiczny jakby dodatkowo syci się takimi patologiami społecznymi jak szowinizm, rasizm, antysemityzm, homofobia, wszelkie inne ksenofobie, fundamentalizm religijny. A przecież nie każdy nacjonalista musi być homofobem czy dewotem.
– Oczywiście nie każdy nacjonalista musi być homofobem, ale jeśli np. polskość ma być silnie oparta na katolicyzmie, to „prawdziwi Polacy” będą się opowiadać za twardym modelem rodziny. We Włoszech, które nie są państwem faszystowskim ani rasistowskim, takie tendencje są jednak obecne na scenie politycznej. U nas też zaobserwowaliśmy spektakularny wzrost ruchów negujących np. istnienie epidemii. Tym wszystkim żywi się populizm, a doskonałym nośnikiem różnych idei są media. Tutaj mogą zabłysnąć charyzmą rozmaici ideolodzy. Mimo że niektórzy – jak Orbán – są dosyć niekonsekwentni albo nawet – jak Salvini – groteskowi, dzięki mediom zdobywają poklask liczących się grup wyborców.

Co zatem czeka liberalną demokrację?
– Trudno być prorokiem. Na razie żadne ugrupowanie kierujące się racjonalizmem nie zyskuje masowego uznania.

b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 20/2022

Kategorie: Świat, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy