Kajtek, Wojtek i Michał

Kajtek, Wojtek i Michał

To, że ksiądz ma pociąg do młodych chłopców, nie było dla nikogo w jego otoczeniu tajemnicą. Wszyscy o tym wiedzieli

Dla Lecha Wałęsy, któremu po wypuszczeniu z internatu – wbrew jego obawom – pozwolono wrócić do pracy w stoczni, plebania Świętej Brygidy jest przez większą część lat 80. drugim domem i biurem. Po fajrancie melduje się na MO – junta nałożyła na niego tzw. dozór milicyjny – potem je obiad u proboszcza. Kuchnia Teresy Glazy i zatrudnionych tu sióstr zakonnych sprawia, że rośnie mu brzuch – już nigdy nie będzie szczupły. Po obowiązkowym deserze i kawie z niemal nieznanego w Polsce ekspresu ciśnieniowego następują cykle oficjalnych i poufnych spotkań w księżych apartamentach lub w domu parafialnym.

Tajne rozmowy Lech prowadzi m.in. z wysłannikami podziemnej Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej związku, którą stworzyli Bujak (Mazowsze), Frasyniuk (Dolny Śląsk), Władysław Hardek (Małopolska) oraz Bogdan Lis i Aleksander Hall w Gdańsku. Po zwolnieniu z więzienia dołączy też Borusewicz.

Spotkania jawne to debaty z zachodnimi ambasadorami i gośćmi oraz wywiady udzielane dziennikarzom z wolnego świata – zazwyczaj w salonie proboszcza lub na dziedzińcu, gdzie ekipy telewizyjne już na kilka godzin przed przybyciem Lecha zajmują najlepsze miejsca widokowe. Kiedy po niedzielnej mszy świętej Wałęsa staje na schodach, towarzyszą mu najczęściej: Michnik, Kuroń, Mazowiecki, Hall, Lis i ksiądz proboszcz. Pojawia się także kapelan stołecznej „Solidarności” Jerzy Popiełuszko. W ciągu najbliższych dwóch lat wiele razy spotka się z Jankowskim, ale przyjaźni między nimi nie będzie. Są swoimi przeciwieństwami. Ksiądz Henryk nie lubi być sam, ksiądz Jerzy jest samotnikiem z wyboru. Proboszcz z Gdańska jest silny i zdrów jak byk, ksiądz z Warszawy – chorowity i fizycznie słaby. Popiełuszko dużo czyta, mieszka skromnie w kawalerce, nie zależy mu na poklasku i pieniądzach. A przyszły prałat z rozkoszą pławi się w podziwie i bogactwie. Czuje się doskonale w centrum zdarzeń.

Piotr Semka, konserwatywny publicysta:

W każdą niedzielę dziennikarze ABC, CBS czy ZDF, którym towarzyszyły oszałamiająco piękne polskie tłumaczki, przychodzili na […] plebanię Brygidy [która] przypominała brzęczący ul. Poznałem ją dobrze, gdy w suterenie domu parafialnego odbywały się zajęcia kółka samokształceniowego Ruchu Młodej Polski. [Plebania była biurem] „Solidarności” wypełnionym zaaferowanymi działaczami i parafianami przychodzącymi po pomoc. Na podwórzu [przemawiał] ksiądz Popiełuszko. To tu zajeżdżały ciężarówki z darami z całej Europy. To tu przyjeżdżali z kopertami pełnymi dolarów, marek czy koron wysłannicy zachodnich związków zawodowych, którzy wręczali je księdzu.

Albo Lechowi Wałęsie. Już wcześniej o Henryku i Lechu mawiało się w Gdańsku: bliźniacy, teraz faktycznie są rodziną. W 1983 r. proboszcz zostaje ojcem chrzestnym córki Wałęsów, która nieprzypadkowo dostaje na drugie imię Wiktoria. Trzy lata później ochrzci na Profesorskiej kolejną dziewczynkę – Brygidę Wałęsę. Rok w rok będzie odprawiał msze z okazji urodzin przewodniczącego „Solidarności”, dla którego przez lata 1982-1989 dom parafialny będzie biurem, bankiem, stołówką, hotelem i magazynem wszystkiego, czego on sam lub jego otoczenie mogą potrzebować.

W suterenie, spiżarni i kuchni wiszą wędzone szynki i ryby, a obok tego dziesiątki kilogramów serów, skrzynie cytrusów, kartony czekolady, kawy i papierosów – bo darczyńcy przysyłają także używki. Dostają je głównie aresztowani i skazani działacze związkowi, lecz nie odmawiają sobie także mieszkańcy plebanii. Jest ich teraz w sumie prawie dwadzieścioro:
• księża wikariusze (Grzegorz Rafiński, Mieczysław Adamczyk, Andrzej Jarosz, Janusz Rekowski);
• Marek Mężyk, który znów jest kierowcą, a poza tym zajmuje się naprawą wszystkiego od dachu po fundamenty plebanii;
• żona Mężyka – Marta, która gotuje i podaje;
• Teresa Glaza, szefowa kuchni – ta okaże się tajną współpracownicą SB o pseudonimie „Karol”;
• elektryk Józef Krzysztofiński – teść Mężyka;
• kościelny Czesław, którego z czasem zastąpi były stoczniowiec Kazimierz;
• siostry zakonne, które piorą i sprzątają;
• dwaj mężczyźni do noszenia paczek i innej fizycznej roboty – Ludwik i Hubert;
• młody przyjaciel księdza Wojtek Knitter, licealista.

Rodzice Wojtka zginęli w wypadku, gdy miał siedem lat. Od tego czasu kanonik wspomaga finansowo dziadków sieroty. Wojtek kilkanaście razy w miesiącu służy do mszy, wozi proboszcza mercedesem, dużo czasu spędza w jego prywatnych apartamentach, gdzie ogląda filmy na wideoodtwarzaczu (jednym z pierwszych w Gdańsku). I sypia z kapłanem w jednym łóżku.

W 1982 r., przed Wojtkiem, bywał na plebanii 16-letni Michał Wojciechowicz, uczeń drugiej klasy ogólniaka, który niecałe dwa lata wcześniej zasłynął jako najmłodszy ze strajkujących w stoczni. Pisał o nim „Le Monde”. 15 sierpnia, w drugim dniu strajku, chłopiec przyjechał żukiem pełnym chleba. Dostał pracę w strajkowej drukarni. Odbijał, a potem rozrzucał w Trójmieście ulotki. W grudniu 1981 r. jego mama została zamknięta w ośrodku internowania.

Ćwierć wieku później syn powie:

– Chodziłem do Brygidy, bo to było nasze miejsce. Ówczesnej opozycji. Wychodził ksiądz Jankowski i pytał na korytarzu: „co z mamą?”. Podszedłem, by się przytulić. Mija 15 sekund i ja czuję, że to jest nie ten dotyk: człowieka, ojca, księdza. To dotyk zboczeńca. Zaczął mnie gładzić po twarzy, i to tak, że zrobiło mi się niedobrze. Brał mnie tym dotykiem. Miał wzwód, kiedy mnie dotykał. Nawet po latach czuję ten dotyk i czuję jego penisa na sobie. Wykonywał ruchy frykcyjne, trzymając mnie, ściskając. U mnie był absolutny paraliż. Trwało to może z półtorej minuty, on mnie po tym policzku gładził, gładził i nagle mnie złapał mocniej za twarz i chciał mnie pocałować. I to był ten moment, kiedy ja jakby się ocknąłem. Bez jakiejkolwiek wątpliwości wiedziałem, że to dotykanie pederasty. Nie mówiło się wówczas „pedofil” lub „gej”. Nie znaliśmy takich słow. Były „pedały”, „pederaści” i „cioty”. Ci pierwsi byli normalnymi chłopakami lub mężczyznami o orientacji homoseksualnej. „Cioty” to zniewieściałe „pedały” lub starsi już faceci. „Pederaści” to byli ci, którzy, jak ksiądz Jankowski, lubili młodych.

Mimo wszystko Michał jeszcze kilka razy przyjdzie na plebanię, by przekonać się, że w obecności osób trzecich kanonik nie zdradza najmniejszych odchyleń. Potem chłopaka zgarnie bezpieka – za podjętą razem z kolegami z Ruchu Młodej Polski próbę podłożenia materiałów wybuchowych pod trybuną honorową pochodu pierwszomajowego. Ładunek miał posłużyć do zdalnego odpalenia pojemnika z ulotkami Ruchu, które winny zasypać świętujących komunistów. Historia skończy się wyrokiem, więzieniem, a potem emigracją.

Maria, gospodyni księdza:

– To, że [proboszcz] ma pociąg do młodych chłopców, nie było dla nikogo w jego otoczeniu tajemnicą. Wszyscy o tym wiedzieli i komentowali jego kolejne miłostki. [Jak duchowny] się kładzie do wielkiego, małżeńskiego łoża, a obok młody człowiek, to co o tym myśleć? Najpierw był ten Wojtek, osierocone dziecko, gdy dorósł, ksiądz uczynił go swoim osobistym sekretarzem i z tym sekretarzem nadal spędzał noce w sypialni na górze. Wówczas nikomu nie było wolno tam wejść. [Następna] miłość prałata to Kajtek. Na znak więzi obaj nosili na złotych łańcuchach jakieś medale z kutego złota z amorkami, wykonane na specjalne zlecenie księdza. Wszyscy na plebanii byliśmy, niestety, przekonani, że rodzice Kajtka doskonale wiedzieli, z kim syn sypia i że nie jest to zwykłe sypianie. Nas, domowników, najbardziej śmieszyły majtki prałata. Wszystkie z naszywkami w postaci serduszek i kwiatków. Raz jedna ze służących, prasując te majtki, zażartowała, że chciałaby wiedzieć, w których ksiądz się kocha, i z przerażenia mało nie zemdlała [gdy proboszcz stanął za nią]. Zamiast zareagować ostro, tylko się uśmiechnął i odparł: „Zawsze w tych z kwiatkami”.

Kajtek, gdy zrobi się zbyt dorosły, aby sypiać z proboszczem, zostanie szoferem Jankowskiego.

Chłopcy, w większości jasnowłosi, mieszkają i będą mieszkać z księdzem Jankowskim przez całe lata 90. i pierwszą połowę kolejnej dekady. W 1993 Bikontowie zanotują: „Po plebanii kręci się gromadka młodzieńców przeszkolonych na wszystkie fronty. Są ministrantami, bramkarzami, sekretarzami. Mijamy w przedpokoju jednego z nich, wprowadza rower – szorty, adidasy i biała podkoszulka z wielkim czerwonym napisem: Jestem Dziewicą”.

Piotr Semka stwierdzi, że przez lata na Profesorskiej wytworzył się „specyficzny świętobrygidowy dwór” złożony z przystojnych blondynów.

Zachodnie ekipy dziennikarskie, które tam zjeżdżały, obsypywały członków dworu prezentami: paczkami pall malli czy butelkami whisky. Parafia powoli rozsmakowała się w luksusie i w światowości.

Zachodnie ekipy dostrzegały jednak to, czego zdawali się nie widzieć Polacy. Małgorzata Niezabitowska, reporterka „Tygodnika Solidarność” i rzeczniczka rządu Mazowieckiego:

To, co robił Jankowski [z chłopcami], było zadziwiającą tajemnicą poliszynela, a później już rzeczą powszechnie wiadomą. Przypominam sobie, jak [w 1990 roku] przyjechali do Polski szefowie największych amerykańskich mediów: Time Warner i innych. Ja się z nimi spotkałam, kiedy wrócili z Gdańska, gdzie byli u księdza [bo chyba] spotykali się na plebanii z Lechem Wałęsą. I oni, mimo że mieliśmy tematy ważne do rozmowy i żeśmy je poruszali, ale każdy z nich po kolei mówił, jak był niebywale wstrząśnięty tym, co zobaczył na plebanii Brygidy. Przepych, mówili, bizantyjski przepych, jak u szejków, i mnóstwo młodych chłopców, którzy się wdzięczyli do prałata, a prałat do nich. I cały czas [moi amerykańscy rozmówcy] wracali do tego i pytali, jak to jest [w Polsce] możliwe.

Leszek Lackorzyński, jako były już radca kurii i osoba bardzo życzliwa prałatowi, przyzna, że prócz Wojtka, Kajtka i Michała widywał u kanonika wielu innych nastolatków.

Chłopcy chętnie do księdza przychodzili, bo miał wideo i telewizję satelitarną. Zawsze kilku siedziało [w jego prywatnych pokojach] i coś tam oglądało. Ale niczego, co wzbudzałoby podejrzenia, nie widziałem. Zresztą gdyby ksiądz miał tego typu ciemną kartę, to przecież ubecja by ją wywlekła.

Błąd w rozumowaniu. Ubecja (ściślej: esbecja) prawdopodobnie wie, ale absolutnie nie zamierza niczego wywlekać. Ma haka na kapłana i z tego korzysta. Bogdan Borusewicz zwraca uwagę, że choć nie zachowała się teczka pracy „Delegata”/„Libelli”, to historia dewiacji księdza i jego współpracy z bezpieką tworzy logiczny ciąg przyczyn i skutków. Co zresztą potwierdzi w 2004 r. oficer gdańskiej „czwórki”:

– Pierwsze sygnały, że [proboszcz] może być gejem, pojawiły się w latach 70. Jeden z kleryków seminarium, a nasz tajny współpracownik, twierdził, że Jankowski dobierał się do niego. Później uzyskaliśmy więcej danych potwierdzających to przypuszczenie […]. Choć Jankowski był ostrożny […] mógł sobie pofolgować podczas wyjazdów na Zachód. Wiedział, że tam jest bezpieczny. Złapaliśmy kiedyś rozmowę telefoniczną, że ktoś organizuje mu w Niemczech imprezę z małolatami.

Głuchowski (w trakcie pracy nad książką) dotrze do trzech byłych kochanków i faworytów proboszcza. Żaden nie będzie chciał rozmawiać o tym, co go łączyło z kapłanem. Wszyscy zostali hojnie wynagrodzeni przez patrona, który w ten sposób kupował ich przyszłe milczenie. Dostawali pracę, mieszkania, samochody, po roku 2000 założą rodziny, będą mieli dzieci. Klasyczny przykład to ministrant Jarek. Duchowny zabawiał się z nim m.in. w séparé lubianej przez siebie restauracji Złota Podkowa we wsi Przejazdowo, niecałe 8 km od Gdańska. Potem załatwił chłopakowi pracę w tym lokalu, wreszcie – gdy Jarosław dorośnie – dostanie od Jankowskiego mieszkanie na Łostowicach między Gdańskiem-Orunią a obwodnicą Trójmiasta. Wedle jednej wersji to lokal własnościowy, wedle drugiej – mieszkanie z przydziału, które ks. Henryk zorganizuje młodemu mężczyźnie przez znajomości w urzędzie miejskim. Informacja o tym, że za pośrednictwem proboszcza z Brygidy można „dostać komunalne”, pojawi się w kilku relacjach osób, które go znały.

Jest jeszcze trzecia wersja – chyba najbliższa prawdy i odtworzona z różnych strzępów informacji: Jarek dostanie komunalne, bo sprawa z własnościowym w centrum Gdańska nie wypali. To lepsze (i większe) należy na razie do parafianki o imieniu Wanda. Jej losy i kariera księdza splotły się we wczesnych latach 70. Kobieta była przedsiębiorcza i bardzo religijna. Jeszcze w czasie stalinowskiej bitwy o handel, na przekór trudnościom, zdołała razem z mężem – prywaciarzem – wystawić w Gdańsku niewielką kamienicę z parterem handlowo-usługowym. Jedno piętro w budynku – 100 m kw. – zajmują teraz sami. Gdy mąż umiera, Wanda dalej robi interesy. Jednocześnie modli się, siadając regularnie w tej samej ławce kościoła przy Profesorskiej. Tak poznaje administratora parafii. Ksiądz Henryk namawia ją najpierw do wsparcia odbudowy świątyni, potem nakłoni jeszcze do ufundowania płaskorzeźby, która wciąż wisi w nawie.

W połowie lat 70. Wanda dostaje od ówczesnej skarbówki tzw. domiar. Podatek jest szykaną, którą komuna nęka badylarzy (bogatych ogrodników), praktykujących prywatnie lekarzy, mechaników naprawiających po garażach samochody, a przede wszystkim – rzemieślników i sklepikarzy. Wymierza się go uznaniowo na podstawie „zewnętrznych znamion bogactwa”. Ponieważ kobieta nie zamierza płacić, grozi jej aresztowanie. Przed spodziewaną wizytą milicji deponuje u kanonika 70 tys. dol. – astronomiczną kwotę. Kilka tysięcy średnich krajowych pensji. Przy przekazaniu kasy asystuje jej przyjaciółka, znana gdańska śpiewaczka.

Milicja rzeczywiście przychodzi, 60-letnia Wanda zostaje osadzona w gdańskim areszcie przy ulicy Kurkowej. Gdy po zwolnieniu, ale przed rozpoczęciem sprawy w sądzie, zgłasza się do kapłana, ten odmawia oddania pieniędzy, gdyż przeznaczył je już „na potrzeby Kościoła”. Powtórna wizyta z przyjaciółką świadkiem też niczego nie daje. Starsza pani wpada w rozpacz. Zgłoszenie sprawy na milicję nie wchodzi w grę – czeka ją rozprawa karnoskarbowa, podczas której musi udowadniać, że nie ma żadnych odłożonych pieniędzy i nie stać jej na zapłacenie podatku domiarowego.

Rozprawa skończy się wyrokiem w zawieszeniu. Majątku Wanda nie odzyska nigdy. Będzie musiała sprzedać parter ze sklepami i resztę kamienicy. Uda jej się zachować mieszkanie, które kiedyś zajmowali oboje z mężem, a które zamieni w prywatną kaplicę. Święte obrazy i figury, krucyfiksy, wizerunki Jana Pawła II, gobeliny o treści religijnej itd. We wczesnych latach 80. kobieta wróci do ławki w Brygidzie. Ksiądz Henryk dostrzeże ją i odnowi kontakt: kilkakrotnie odwiedzi, wreszcie zaproponuje sprowadzenie notariusza, który przepisze lokal Wandy na niego. 70-latka – schorowana i zdewociała – zgodzi się, pomimo że wcześniej obiecała piętro bratankowi. Pojawi się jednak niespodziewany problem – starsza pani zgubiła wcześniej dowód osobisty. Ksiądz kanonik załatwi sprawę w prezydium Miejskiej Rady Narodowej i kobieta dostanie nowy dokument. Przybędzie notariusz, spisze akt, na mocy którego Wanda zrzeknie się mieszkania i dodatkowo upoważni księdza Henryka do dysponowania swoim kontem w PKO. Na rachunku została resztka z dawnego majątku: ćwierć miliona złotych.

Ostatnie lata – do śmierci – staruszka przeżyje w lokum będącym własnością proboszcza. Gdy umrze – w latach 90. – jej bratanek dowie się, że nie odziedziczył mieszkania. Wniesie sprawę o unieważnienie spadku, a gdy ta pójdzie nie po jego myśli, pójdzie do prasy. Jego perypetie ze spadkiem opiszą „Fakty i Mity”. Były ministrant Jarosław nie dostanie mieszkania po Wandzie.

Fragmenty książki Bożeny Aksamit i Piotra Głuchowskiego Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019

Fot. Bartosz Krupa/East News

Wydanie: 34/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy