Jak karać za fake newsy

Jak karać za fake newsy

Coraz więcej krajów wprowadza przepisy przeciwko dezinformacji

Malia Obama, 19-letnia córka byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, z pewnością przywykła do bycia w centrum uwagi opinii publicznej. Na pewno jednak nowością dla niej i jej rodziny było oskarżenie o rasizm, które zaczęło krążyć w ostatnich tygodniach po prawicowych mediach internetowych w USA. Na kilku mniej znanych serwisach pojawiła się informacja, jakoby Malia, obecnie ucząca się na pierwszym roku na Uniwersytecie Harvarda, została zawieszona w prawach studenta za napisanie w ramach pracy zaliczeniowej eseju o „wyobrażonym świecie bez białych ludzi”. Ale wielkiej sensacji z tego nie było – uczelnia szybko zdementowała te doniesienia, które okazały się wyssane z palca.

Podobnych, kompletnie zmyślonych, półprawdziwych lub niepełnych informacji w sieci są codziennie setki, jeśli nie tysiące. Powoli przestajemy się temu dziwić. Co gorsza, coraz rzadziej zadajemy sobie trud weryfikowania doniesień, którymi bombardują nas nie tylko klasyczne tytuły prasowe, ale też adresy internetowe „hodowane” często na masową skalę przez ludzi zajmujących się zawodowo dezinformacją. Do kolportowania fałszywych wiadomości przyczyniają się dziś politycy, eksperci czy nawet uznane tytuły tradycyjnych mediów, np. renomowany, słynący z walki o prawdę amerykański „Washington Post”, który w listopadzie ub.r. napisał, że na polskim Marszu Niepodległości był transparent o islamskim holokauście. Okazało się to fake newsem, za który gazeta przepraszała, bo autor nie sprawdził informacji. Dlatego warto podkreślić inicjatywy rozpoczęcia systemowej walki z dezinformacją.

Malezja przeciw kłamstwu

Kilka tygodni temu świat obiegły doniesienia z Malezji, gdzie w parlamencie przedstawiono projekt ustawy wprowadzającej karę nawet 10 lat pozbawienia wolności za świadome upublicznianie i kolportowanie nieprawdziwych informacji. W przypadkach przewinień na mniejszą skalę bądź działania nieświadomego grozić będzie grzywna o równowartości nawet 125 tys. dol. Nie wiadomo jeszcze, w jakim kształcie ustawa zostanie uchwalona – opozycja nawołuje do zmniejszenia kary więzienia i zmiany niektórych sformułowań z dokumentu, zwłaszcza dotyczących intencjonalności rozpowszechniania fałszywych wiadomości chociażby w mediach społecznościowych.

Malezja nie jest pierwszym krajem, który w sposób systemowy próbuje walczyć z fałszywymi informacjami. Prace nad podobnymi aktami prawnymi od początku 2018 r. trwają w parlamentach innych krajów regionu Azji Południowo-Wschodniej – Singapuru i Filipin. Prawo częściowo wymierzone w fake newsy mają też od października ub.r. Niemcy. Choć jego podstawowym celem jest walka z mową nienawiści i podżeganiem do przemocy na tle rasowym, seksualnym czy religijnym, było ono pierwszym europejskim aktem prawnym wprowadzającym pośrednio karę za dezinformację. Zgodnie z niemieckimi regulacjami jeśli zarządca treści internetowych, w tym właściciel platformy społecznościowej, nie zareaguje w ciągu 24 godzin na dostępne w jego medium treści kwalifikowane jako mowa nienawiści, zwłaszcza oparte na nieprawdziwych informacjach, może się liczyć z karą pieniężną sięgającą teoretycznie aż 50 mln euro. Tutaj akurat dezinformacja stała się katalizatorem stworzenia nowego prawa. Od czasu wybuchu kryzysu uchodźczego na południu Europy niemieckie media zmagają się bowiem z zalewem fałszywych doniesień na temat przestępstw z udziałem imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Informacje te umieszczane były najczęściej na skrajnie prawicowych portalach, a następnie podgrzewane w mediach społecznościowych przez populistyczno-radykalne ugrupowania, takie jak Pegida czy AfD. Za pomocą nowej ustawy i ogromnej kary pieniężnej niemieccy prawodawcy chcą zatem ukrócić nie tylko dezinformację, ale także rasizm i ksenofobię w sieci.

Między dezinformacją a wolnością słowa

Śladem Berlina chcą pójść Rzym i Londyn. O ewentualnej ogólnoeuropejskiej rezolucji wyposażającej krajowe parlamenty w narzędzia do walki z dezinformacją wspominał pod koniec zeszłego roku Silvio Gonzato, szef pionu komunikacji Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (European External Action Service), czyli unijnej służby dyplomatycznej. O potrzebie ściślejszej regulacji rozpowszechniania informacji w internecie i weryfikowania ich źródeł oraz jakości coraz częściej mówi się też w USA, zwłaszcza w obliczu kłopotów Facebooka. Do skrupulatniejszego nadzoru nad zawartością mediów społecznościowych nawołują nawet amerykańskie media zajmujące się technologią. Prestiżowy magazyn „Wired” w marcowym wydaniu. opublikował prawie 10-stronicowy esej o kłopotach Facebooka ze zwalczaniem fake newsów i farm trolli. Problem w tym, że akurat w Ameryce ogłaszanie publicznego poparcia dla tego typu regulacji, pisanych przez organy federalne w Waszyngtonie, natychmiast napotyka potężny opór obrońców słynnej pierwszej poprawki do konstytucji, gwarantującej obywatelom USA wolność słowa.

Zresztą problem ten istnieje nie tylko za oceanem. Krytycy projektów legislacyjnych wprowadzających kary za dezinformację zwracają bowiem uwagę, że ustawy te, choć opakowane w szlachetne motywacje, mogą się stać narzędziem karania i uciszania mediów niewygodnych dla rządzących. Taką właśnie argumentację zaprezentowało m.in. malezyjskie Amnesty International, które przestrzega Zachód przed ślepym popieraniem pomysłów koalicji premiera Najiba Razaka. Co więcej, naukowcy zwracają uwagę, że prawa dotyczące obszaru na styku wolności słowa, funkcjonowania rynku mediów i dostępu do informacji często stanowią przesłankę dalszej radykalizacji rządzących. Daniel Ziblatt i Steven Levitsky z Kennedy School of Governance na Uniwersytecie Harvarda w najnowszej książce „How Democracies Die” (ang. „Jak umierają demokracje”) piszą wręcz, że wprowadzanie tzw. ustaw dyfamacyjnych, przewidujących kary więzienia lub pokaźne grzywny za użycie konkretnych fraz lub przedstawianie innej od akceptowanej przez władzę wersji wydarzeń, to jedna z fundamentalnych cech rządów niedemokratycznych. Na naszym podwórku może to budzić skojarzenia przede wszystkim z katastrofalną w skutkach nowelizacją ustawy o IPN, aczkolwiek niebawem wachlarz rozwiązań prawnych w tej dziedzinie może się poszerzyć. Niedawno poseł Prawa i Sprawiedliwości Dominik Tarczyński zaproponował karę 3-5 mln zł za publikowanie nieprawdziwych informacji, jako jeden z argumentów za tym rozwiązaniem wskazując właśnie „światowy trend” legalizacji takich rozwiązań.

Na dwóch różnych planetach

Konflikt między dezinformacją a wolnością słowa, połączony ze spadkiem zaufania do polityków, odwrotem demokracji liberalnych i rozwojem mediów społecznościowych sprawia, że prawodawstwo w tym zakresie może być jednym z największych legislacyjnych wyzwań naszych czasów. Otwarte pozostaje jednak pytanie, czy z tym nowym zjawiskiem da się skutecznie walczyć tradycyjnymi metodami. Wydaje się bowiem, że dezinformacja jest wyzwaniem tyleż intelektualnym, co technologicznym. A jak pokazują przykłady walki amerykańskiego Kongresu z Apple’em, Facebookiem czy Uberem o dostęp do danych z telefonów komórkowych terrorystów czy kontrolę nad samochodami autonomicznymi, instytucje państwowe na razie to starcie przegrywają z kretesem.

Debata o legislacji dotyczącej fake newsów rozkręca się w chwili, gdy założyciel Facebooka staje przed komisją 44 amerykańskich senatorów, by zeznawać m.in. na temat swoich błędów w walce z dezinformacją. Jednak już pierwsze przesłuchanie pokazało, że to zderzenie dwóch światów, mówiących różnymi językami. Senatorowie, zamiast ostro potraktować Marka Zuckerberga, brzmieli raczej jak dziadkowie, którym nastoletni wnuk tłumaczy, jak obsługiwać smartfona. Politycy byli w czasie przesłuchania wyraźnie zdezorientowani, brak wiedzy uniemożliwiał im wywiązanie się z roli śledczych. Ich pytania były często trywialne lub wręcz pozbawione sensu, a stawiane Facebookowi żądania najczęściej dotyczyły działań, które platforma dawno uruchomiła lub prowadziła od samego początku. Innymi słowy, próbowali oni rozwiązać problem, kompletnie nie rozumiejąc jego mechanizmów.

Nie ulega wątpliwości, że aby tworzyć prawo skutecznie przeciwdziałające dezinformacji, potrzebujemy nowej, znacznie lepiej zaznajomionej z technologią klasy politycznej. Kto wie, czy to nie okaże się wyzwaniem jeszcze większym niż sama walka z fake newsami.

Wydanie: 16/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy