Kariera Jacka. D

MEDIA I OKOLICE

Śmierć Jacka Dębskiego, jak każda śmierć, napawa smutkiem. Przecież zginął człowiek. Jednak media nie przestrzegają zalecenia, że o zmarłym można mówić tylko dobrze, a nawet łagodniejszej normy: „Ciszej nad tą trumną”. Jednak mają rację.
Zamordowany nie był osobą prywatną, ale politykiem, i to z górnej półki. Należał do elity politycznej III Rzeczypospolitej. Jego życie w ostatnim dziesięcioleciu, jak i jego tragiczny finał nie należą zatem do sfery prywatnej, ale do sfery publicznej. A to, czego się dowiaduje opinia publiczna, stanowi skrzyżowanie wątków znanych z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Kariera Nikodema Dyzmy” z powieścią Bertolta Brechta „Kariera Artura Ui”.
Amerykańskie społeczeństwo ciągle pielęgnuje mit self-made mana – człowieka, który samodzielnie, dzięki wrodzonej innowacyjności, pracowitości i uporowi robi karierę – od biedy do bogactwa, od rags do riches. Tu mamy wariant polski. Jak to możliwe, że lawirant i karierowicz w każdym calu, polonista z wykształcenia, szalikowiec z zamiłowania, staje się ministrem w rządzie AWS, a wcześniej z nadania kolejnych ekip solidarnościowych zajmuje eksponowane stanowiska w spółkach skarbu państwa?
Książka, film, a może nawet musical „Kariera Jacka D.” byłyby nie tylko produktami typu docudrama – sfabularyzowanym dokumentem – ale i świadectwem meandrów polskiej politycznej i gospodarczej transformacji. Przypomnijmy ważniejsze etapy wzlotu i upadku Jacka Dębskiego.
Jako licealista, w okresie późnego Gierka, wykazuje refleks i, nie mając na maturze szans z matematyki i fizyki, wybiera drogę pochlebstwa politycznego. Jego młodzieńczy artykuł do PZPR-owskiego „Głosu Robotniczego” w Łodzi zapewnił mu zdanie egzaminu dojrzałości. Wykazał się nią bowiem w nadmiarze, gdy pisał: „Zrozumieliśmy, że to przecież od nas, młodych, zależy, czy wspaniałe idee leninowskie zostaną urzeczywistnione. KC PZPR dał nam, młodym, zielone światło”.
Nadchodzi czas „Solidarności”. Dębski, student polonistyki, zrozumiał, że idee leninowskie idą do lamusa, a zielone światło daje młodym NZS. Odżywają rodzinne tradycje endeckie. Dębski wstępuje do Ruchu Młodej Polski. Jednak gdy RMP stara się o wsparcie finansowe od emigracyjnego Stronnictwa Ludowego w Londynie, Dębski listownie donosi, że „RMP, to w istocie nie żadna prawica, lecz fragment lewicy KOR-owskiej”. Odchodząc z RMP, Dębski usamodzielnia się organizacyjnie, zakłada własną partyjkę Akcja Narodowa „Zawisza”.
Po upadku PRL Jacek D. odkrywa nową lokomotywę polityczną – Janusza Korwin-Mikkego. Mając talent do pozyskiwania ludzi, zostaje jego osobistym sekretarzem. Jednak Unia Polityki Realnej ma zbyt małe realne wpływy, aby stać się trampoliną dla ambitnego Jacka. Wybiera więc Kongres Liberalno-Demokratyczny, gdzie zostaje osobistym wysłannikiem Donalda Tuska (skąd my znamy to nazwisko?). Choć trafia na pierwsze miejsce listy KLD w Rzeszowie (gdzie Łódź, a gdzie Rzeszów?), Dębski pada ofiarą niepopularności liberałów (potocznie wówczas określanych jako liberałów-aferałów).
Kontakty z KLD owocują stanowiskiem prezesa sieci kolportażowej „Ruch”. Zasłużył się dla Kościoła odmową kolportażu urbanowego „NIE dla dzieci,” za co specjalnie podziękował mu Episkopat. Jednak nie wystarczyło to dla utrzymania się na stanowisku – odwołują go ludzie z rządu Jana Olszewskiego.
Dla chleba Jacek chwyta się wszelkich zajęć, pełni funkcję prezesa Zarządu Łódzkiej Wytwórni Papierosów, co kończy się w momencie, gdy oskarża Duńczyków o próbę przekupstwa. Dla pocieszenia Dębski wdaje się w transakcje z Bagbudem, kontrolowanym przez Siergieja Gawriłowa, czego nie lubi UOP. Pociesza się więc stanowiskiem szefa sieradzkiego Polmosu.
Wygrana AWS w 1997 r. okazuje się przełomowa w życiu Jacka D., tak często zmieniającego barwy klubowe. Premier Jerzy Buzek mianuje go kierownikiem Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki. Z szalikowca ŁKS Jacek D. wyrósł na ministra sportu. Jednak zbliżają się wybory prezydenckie. UKFiT ma znaleźć „kwity” na Kwaśniewskiego. I tu obraz się rozmywa.
Nie wiemy, jakie obietnice składał Jacek D. Z nieznanych dotąd względów idzie na szczerość. Jak niegdyś dawał głos do „Głosu Robotniczego”, w lutym 2000 r. składa oświadczenie „Gazecie Wyborczej”: „Przyszedł do mnie wysoki funkcjonariusz AWS i powiedział: Jeśli nie znajdziesz »kwitów« na Kwaśniewskiego, to my znajdziemy »kwity« na ciebie”. „Kwity” wprawdzie znalazł potem jeden z tygodników rodzaju zwanego gnida polska, lecz te „kwity” zamiast miną okazały się tylko petardą. Huku wiele, ale skutek żaden.
Nawet jako bezrobotny Dębski nie próżnował. Ponoć utrzymywał się z pisania felietonów do pism sportowych, co dobrze świadczy o stanie ich finansów. Zważywszy bowiem na dosyć wystawny i rozrywkowy tryb życia Jacka, pisma sportowe płaciły mu na poziomie amerykańskim. Konstatuję to z żalem, w imieniu felietonistów „Przeglądu”, którym honoraria mogą wystarczyć przez tydzień na kawę (ale ze śmietanką!) w hotelu Victoria, a nie na balowanie cały dzień.
Sam Jacek D. był człowiekiem rozrywkowym i towarzyskim (czyż towarzyszący mu w ostatnim dniu jego życia dziennikarz nie napisał wcześniej skandalizującej kroniki warszawskiego demi-monde’u pt. „Atlas towarzyski”?). Toteż nie stronił od ludzi – jako chłopak z Łodzi nie miał nic przeciwko chłopakom z okolicznych miejscowości, zwłaszcza z Pruszkowa. Karierę niestety zakończył, wychodząc na chwilę z restauracji o wymownej nazwie Casa Nostra, w której murach mógł się czuć w pełni bezpiecznie.
Nauka to dla skoczków-polityków: jeśli już jesteście w towarzystwie, nie opuszczajcie casa nostra! Śmiertelny strzał przerwał na zawsze dalszą oszałamiającą karierę. Gdyby Dębski żył, być może próbowałby wskoczyć na platformę, oczywiście obywatelską.

Wydanie: 33/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy