Kasa, Misiu, kasa!

Kasa, Misiu, kasa!

W Polsce, jak nigdzie indziej, sprawdza się maksyma Karola Marksa, iż historia się powtarza najpierw jako tragedia, następnie jako farsa. I choć te słowa odnosiły się do losów Napoleona i jego wnuka, Napoleona III, to przecież mamy aż nadto przykładów własnych, gdy wydarzenia dramatyczne, wręcz tragiczne, miały swoją powtórkę, niestety, już komiczną. Tak było z Dejmkowską inscenizacją “Dziadów” w Teatrze Narodowym w 1968 roku, gdy władze nakazały zakończenie przedstawień. Po dwudziestu latach i zmianie ustroju mamy wersję komiczną analogicznego zakazu – w teatrze Studio, gdy w listopadzie 2000 r. przymusowo kończono przedstawienia “Kubusia Puchatka”. Już nie aplauzem wobec zawołania “Polsko, Twa zguba w Moskwie!” i marszem protestu, lecz brawami na stojąco i ze łzami w oczach widownia solidaryzowała się z Sową Przemądrzałą, która wezwała do wspólnej walki o prawo do wznowienia przedstawień!
O ile zawieszenie “Dziadów” było wynikiem decyzji politycznej, podjętej przez decydenta partyjnego, o tyle zakończenie spektakli “Kubusia Puchatka” było spowodowane decyzją prawną podjętą przez dysponenta praw autorskich. Zawsze jest jakaś polityka kulturalna, raz bardziej polityczna, innym razem bardziej ekonomiczna.
Zatem “Miś Puchatek”, tak popularny od wielu pokoleń na całym świecie, jest cennym nabytkiem dla pop-kultury. Obowiązuje w niej zasada bynajmniej nie zaczerpnięta z mądrości Puchatka, ale wyrażona najtrafniej przez współczesne polskie powiedzonko – “Kasa, Misiu, kasa!”.
Trudno więc się dziwić, że już w 1961 r. Walt Disney nabył od pani Milne prawa autorskie do filmowania książek o słynnym Misiu i jego przyjaciołach. Zarabia na nich ogromne pieniądze. Ale przecież i w Polsce od lat nieźle zarabia się na Puchatku. Fundacja SOS Jacka Kuronia korzysta z przeniesienia praw do wspaniałego polskiego przekładu Ireny Tuwim. Różne wydawnictwa, które wprost z Anglii zakupiły prawa autorskie, także drukują własne książeczki. Rebis wydał trzy kalendarze na rok 2001 z postaciami i powiedzonkami z książki o Kubusiu.
Spór o prawa autorskie skończy się zapewne nowym kontraktem. Będziemy mieli nadal “Kubusia Puchatka”, ale za większe pieniądze przy kasie w księgarni. Cóż, kasa, Misiu, kasa!
Jednak ta brutalna prawda o wolnym rynku w kulturze wstrząsnęła kulturalną elitą. Grzmiano o przywłaszczaniu sobie praw do postaci z dziedzictwa ludzkości. Postulowano zwrócenie się do ONZ o objęcie ochroną Puchatka i jego przyjaciół! Jedynie Magda Papuzińska, walcząc jak lwica o przyszłość Misia, z rezygnacją stwierdza: “W końcu sami walczyliśmy o święte prawo własności i nie wypada teraz odwracać kota ogonem”.
Intencja może dobra, ale myśl naiwna. Cóż to bowiem za “święte prawo własności”? Nie tylko Miś o bardzo małym rozumku nie zna takiego pojęcia. Przykazanie “Nie kradnij” nie dotyczyło książek, przeciwnie, jeszcze w średniowieczu kopiowanie cudzych utworów bez zezwolenia było zajęciem bogobojnych zakonników. Pojęcie praw autorskich jest świeżej daty, a czas ochrony jest relatywnie krótki. Nawet “święte prawo własności” Disneya do Kubusia skończy się za ćwierć wieku.
Sama sprawa ma szerszy wymiar. Stany Zjednoczone, kraj o nowym dorobku w kulturze, chronią niemal całą swą sztukę i pop-kulturę. Jednak walczą wyłącznie o wydłużanie okresu praw autorskich w przyszłości, nie są zupełnie zainteresowane rozciąganiem ochrony w przeszłość.
Prawo nie chroni dawnego dziedzictwa europejskiego. Przykładowo, nie jest chroniona ani “Odyseja”, ani “Iliada”, ani dzieła Szekspira czy Moliera, utwory Chopina i Mozarta. Przedruki tych dzieł, ekranizacje, koncerty, nie wymagają zezwoleń. Można je wystawiać, filmować, skracać, przerabiać, nagrywać. Nie płaci się też tantiem krajom i narodom, w których te dzieła powstały. Jako Polacy nie możemy czerpać korzyści z Chopina, podobnie jak Austriacy – z Mozarta. Chyba że produkujemy wódkę Chopin, a oni – Mozartkugel.
Zatem zasada własności w sferze kultury nie ma tylko samych zalet – godzien jest autor zapłaty swojej, lecz kultura światowa opiera się na swobodnym krążeniu dzieł, wątków, postaci. Jeśli każda postać, każda myśl będzie chroniona prawem autorskim, to kultura nie zyska, ale raczej straci na oryginalności. Swoboda tworzenia, pastiszu, cytowania jest podstawą rozwoju sztuki. Na szczęście, Leonardowską Monę Lizę można pokazywać w frywolnym ujęciu, z cygarem w ustach, z brodą czy bez. Rzecz absolutnie zakazana, gdy chodzi na przykład o Disnejowskiego Kaczora Donalda. Czy z czasem copyright nie obejmie samego Kubusia i jego powiedzonek, więc nie będzie można ich parafrazować? Czyż to nie będzie straszne, Kubusiu?
W latach 80. “Pomarańczowa alternatywa” zorganizowała happening, którego hasłem było “Uwolnienie Kubusia Puchatka”. Wtedy uczestników zgarnęło ZOMO, dzisiaj zapewne uczyniliby to prawnicy z agencji praw autorskich.
Prawdziwą sferą wolności artystycznej stał się Internet. Tam nadal mogłaby się odbywać wystawa w Zachęcie, tam może swobodnie żyć wirtualny Miś Puchatek i jego dawni, i nowi przyjaciele. Ale jak długo?

Wydanie: 50/2000

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy