Kasy chorych

Kasy chorych

Miały usprawnić opiekę zdrowotną. Tymczasem rok od ich powołania leczyć się mogą tylko ci, którzy mają pieniądze. Zwykły pacjent chodzi jak skołowany.

Wedle założeń reformy ochrony zdrowia, tym, który uważnie i z troską pochyli się nad chorym, miał być lekarz pierwszego kontaktu. Niewiele z tego wyszło. Może zresztą i pochyla się, ale mało skutecznie. Bo gdy trzeba zdiagnozować schorzenie, okazuje się, że jest on odsunięty w kąt. W praktyce takie decyzje podejmują specjaliści, a lekarz pierwszego kontaktu jest tylko do wypełnienia odpowiedniego druku. Skierowania do szpitala na badania mógłby wypisać specjalista, ale on oszczędza swój kontraktowy budżet. A pacjent chodzi jak skołowany.
Żeby przychodnia wyszła na swoje, u lekarza pierwszego kontaktu musi być zarejestrowanych od 2 do 3 tys. osób. – Na wizytę muszę czekać trzy dni, bo tak mówią w rejestracji – skarży się kobieta z ostrym atakiem kamicy. – Pod drzwiami gabinetu wyczekuję co najmniej dwie godziny. Do specjalisty też jest po kilka godzin stania w kolejce, a w niektórych przychodniach trzeba zapisywać się o świcie. – Ta reforma to udręka dla pacjentów – mówi Barbara Kaczmarek, chorująca na cukrzycę. – Kto tego nie widzi, albo jest ślepy, albo ma furę forsy i może się leczyć, gdzie chce.
Pacjent staniał. Na jedną osobę przypada średnio z Kasy Chorych około 103 zł na rok, w tym na kobietę w gabinecie ginekologicznym 17 zł. Dyrektor jednego z ZOZ w Gdańsku wyliczył, że miesięcznie stanowi to około 14 zł na jednego dorosłego pacjenta i 1,40 zł na pacjentkę u ginekologa.

Pacjenci z sufitu

Reforma miała zlikwidować grzechy szpitalnictwa. Ale tak się nie stało. Kontrole przeprowadzone np. w 50 szpitalach Małopolskiej Regionalnej Kasy Chorych wykazały, że nadal nagminne jest zmuszanie pacjentów do płacenia za badania analityczne, dodatkowy sprzęt do zabiegów, do kupowania niezbędnych do leczenia szpitalnego leków. Nadal funkcjonowały również opłaty w formie darowizn czy cegiełek. Nie zniknęły także koperty. W Szpitalu Klinicznym przy ul. Łąkowej w Gdańsku nieoficjalny cennik zabiegów chirurgicznych udostępnia, bez specjalnego skrępowania, nawet personel średni. Podobnie dzieje się w innych placówkach. Wiadomo np., że wycięcie woreczka żółciowego to dar kopertowy ok. 1000 zł. Większość chorych czy ich rodzin godzi się też na kupno za swoje pieniądze szczepionki, która chroni przed żółtaczką. Dyrektorzy szpitali argumentują, że na chorego z chirurgii mają około 1800 zł, a szczepionka kosztuje 1700. Pojawiły się też nowe patologie: najbardziej niepokojąca to sztuczny tłok na oddziałach. Przybyło chorych z błahych powodów, takich, którzy leżą 2-3 dni. Stwierdzono przerzucanie pacjentów z oddziału do oddziału szpitalnego i każda taka zmiana rozliczana była jako nowa hospitalizacja. Chorych wypisywano w piątek wieczorem z adnotacją, że leczenie zakończono i przyjmowano ponownie w poniedziałek. Kasy, gdy zorientowały się w czym rzecz, zaczęły zrywać niektóre kontrakty. Np. Kasa Podkarpacka rozstała się ze stomatologiem, który w połowie miesiąca zaczął pobierać od pacjentów opłatę za leczenie, bo uznał, że już wywiązał się z kontraktu.
Niektóre ZOZ-y mnożyły nazwiska na liście pacjentów. Gdy Kasy stwierdziły, że skala zjawiska wykracza poza granice błędu, złożyły doniesienia do prokuratur. Weryfikacja list wykazała, że np. w płockim ZOZ-ie dopisano 18 tysięcy nazwisk z sufitu. Były to osoby od lat mieszkające za granicą, zmarłe, a także nie narodzone dzieci. Dolnośląska Kasa Chorych zakwestionowała dane kilku tysięcy pacjentów zarejestrowanych w ZOZ Psie Pole. W Białymstoku Kasa zerwała kontrakt z lekarzem, który miał podpisaną umowę na refundację leków. W ciągu dwóch miesięcy oszukał budżet państwa na 40 tysięcy złotych. Był tak rozzuchwalony w swej bezkarności, że 72-letniemu inwalidzie dał drogi lek na poronienie.

OddziaŁ zamknięty

Lekarze z kolei zwrócili się do rzecznika praw obywatelskich ze skargą, że Kasy limitują liczbę skierowań na badania diagnostyczne, konsultacje specjalistyczne i leczenie szpitalne.
Dyrektorzy trzech śląskich szpitali klinicznych wystosowali w sierpniu list otwarty do kierownictwa Śląskiej Kasy Chorych. Zaapelowali o pilne podjęcie renegocjacji umów. – Stajemy przed dylematem – napisali – czy udzielić pomocy wszystkim potrzebującym pacjentom bez oglądania się na limity, czy zamykać nasze najlepsze oddziały.
W wielu szpitalach po prostu ograniczono przyjęcia. Tak było np. w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Sosnowcu.
Pewnym wyjściem z tego impasu byłoby podpisywanie kontraktów z prywatnymi szpitalami. Wielkopolska Kasa Chorych płaci za leczenie pacjenta w tego rodzaju zakładzie, ale Mazowiecka Kasa już nie. Dyr. Jan Młynarski z prywatnego szpitala “Sigma” pod Warszawą mówi, że proponował niższe ceny niż szpitale państwowe. Bez skutku. A przecież od stycznia 2000 roku nie ma oficjalnie podziału na szpitale prywatne i państwowe…
Nie dają nadziei na polepszenie sytuacji oferty Kas na rok bieżący. Nie skończyły one zresztą kontraktowania usług, bo Ministerstwo Zdrowia dopiero w grudniu zmieniło listę procedur finansowych z budżetu. W rezultacie aż do ostatnich dni grudnia ub. roku pięć wrocławskich szpitali nie podpisało umów z Kasą. Teraz te szpitale mogą oferować tylko usługi pełnopłatne.
W województwie pomorskim Kasa do tej pory nie zakończyła pertraktacji dotyczących finansowania 59 szpitali. Wiadomo tylko, że dostaną one co najmniej 20% funduszy mniej niż w ubiegłym roku, chociaż dyrektor Kasy, Andrzej Steczyński, w gazetach lokalnych opowiada, że 95% posiadanych środków przeznacza na pacjenta. – Arogancja dyrektora Steczyńskiego nie jest niczym nowym – powiedział jeden z dyrektorów szpitali. – On do nas nie przychodzi. Najchętniej bywa tam, gdzie miło podejmują go panie – w Ministerstwie Zdrowia. Ma swoich popleczników w Warszawie, jest ze słusznego układu politycznego AWS. W Gdańsku jest bezkarny i nietykalny.
– Kasy miały podpisywać kontrakty z najlepszymi lekarzami, po roku funkcjonowania wiadomo, że wybierają najtańszych. Nie nastąpiła zapowiadana selekcja – komentuje Ryszard Łopuch, szef Komitetu Obrony Reformy Ochrony Zdrowia.
Każdy kontrakt to próba oszczędzania na pacjencie. W woj. mazowieckim na jednego pacjenta lekarz dostaje rocznie około 80 zł. Nadzieją ma być fakt, że nie wszyscy będziemy potrzebować badań specjalistycznych. Ponieważ pracownicy Kas nie zawsze znają się na medycynie, starają się narzucić szpitalom sztywny cennik. Właśnie trwa spór o refundację kosztów dializ dzieci. Kasy nie zgodziły się z opinią profesorów nefrologii, że jeden zabieg kosztuje około 500 zł. Żądają powołania niezależnej komisji ekspertów. W zeszłym roku Kasa Pomorska odmówiła podpisania umowy z przychodnią leczącą 300 dzieci z muskowiscydozą, groźną chorobą dziecięcą. Pomógł dopiero telefon z resortu zdrowia. Bardziej skutecznie ograniczono działalność szczecińskiej Poradni Fizjoterapii. W 1998 r. otrzymywała ona 41 tys. zł na miesiąc, w 1999 – 40 tys. zł na kwartał.
Posłanka Maria Gajecka-Bożek, ordynator jednego ze śląskich szpitali wyliczyła, że ubiegłoroczne kontrakty w placówkach podległych w Śląskiej Kasie Chorych pokrywały 50-70% potrzeb szpitala. W najgorszej sytuacji znalazły się najlepsze szpitale – Centrum Onkologii i Centrum Zdrowia Dziecka. Leczono tam każdego, kto tego potrzebował. Tymczasem regionalne Kasy nie zwracają tym klinikom pieniędzy, zalegają z 15 mln zł.
Poza obsesyjnym oszczędzaniem (w Koszalinie chore na nowotwór pacjentki musiały kupować leki potrzebne do chemioterapii; jednorazowy koszt – około 200 zł) w Kasach panuje bałagan, który również ogranicza dostęp do leczenia. Oto po trzech miesiącach koszalińska przychodnia onkologiczna stwierdziła, że wyczerpała limit na badania mammograficzne. Kasa zapłaciła za 700 badań, a potrzebowano dziesięć razy więcej. Po długich kłótniach jakiś urzędnik zajrzał w papiery. Okazało się, że Kasa chciała rzeczywiście zapłacić za 7 tys. badań. Ktoś zapomniał przepisać jedno zero.
System kontraktowy zaprasza do szarej strefy. Ponieważ zasady podpisywania umowy są płynne, konkurs może wygrać zaprzyjaźniony szpital, wcale nie najlepszy. Finansowanie poszczególnych jednostek jest utajnione. Chodzi o tajemnicę handlową, ale rodzi to podejrzenia o marnotrawstwo i korupcję.
Podpisywanie tegorocznych kontraktów jeszcze się nie zakończyło. Większość Kas ma tyle samo lub mniej pieniędzy niż w zeszłym roku. Kasa Zachodniopomorska podpisała kontrakty z 54 szpitalami. Nie zawarto umowy ze szpitalem w Świnoujściu, który chce 8 mln, gdy Kasa daje 4 mln. Jednak największa afera dotyczy funkcjonowania pogotowia w Szczecinie. Otóż pogotowie ma tylko wozić ofiary wypadków i pomagać, gdy zagrożone jest życie pacjenta. Porad lekarskich mają udzielać dyżurujący lekarze podstawowej opieki zdrowotnej. Poza tym nie podpisano kontraktów z ambulatoriami, w związku z tym jest likwidowane dopiero co wyremontowane ambulatorium chirurgiczne.
Dramatycznie jest na Mazurach. Kasy uważają, że w 11 z 40 szpitali trzeba ograniczyć zadania i zwolnić część personelu.
Mazowiecka Kasa Chorych dostała tyle samo pieniędzy co w zeszłym roku. W 1999 r. kontrakty dotyczące usług stomatologicznych były szczególnie nędzne. Właściwie bezpłatnie można było leczyć sobie tylko przednie zęby, a i to dopóki gabinetowi nie wyczerpały się szczupłe finanse. W tym roku biedę na Mazowszu podzielono inaczej. Pieniądze dostało mniej gabinetów, za to może wystarczy im na cały rok.
W najlepszej sytuacji znalazła się Śląska Kasa Chorych. Ma 2 mld 165 mln zł, czyli o 50 mln zł więcej niż w roku ubiegłym. Ponieważ w tym roku jest już dowolność zapisywania się do Kasy, wprowadzono kampanię reklamową pod hasłem “Śląska? Tak, to moja szansa”.

Stan konta – zero

Wydatki miały równać się wpływom. To fikcja. W ten rok Kasy wkroczyły z ponadmiliardowym długiem. W 2000 roku z budżetu państwa dostaną dokładnie tyle, ile wynosi deficyt. Kiepskiej kondycji mają być winni górnicy i PKP, którzy płacą tylko część składek. Dług wyprodukowali też nie ubezpieczeni, którzy korzystają z usług, bo nie ma żadnego systemu weryfikującego. Nie ma też rejestru osób ubezpieczonych, więc wszelkie plany są szacunkowe. Obraz może być jeszcze bardziej czarny, gdyż Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy ocenia deficyt kas na 2,5 mld zł.
Oszczędzając na pacjentach, Kasy nie oszczędzają na sobie. Mają coraz wyższe zarobki, coraz piękniejsze siedziby. Małopolska Kasa Chorych wybrała sobie wyremontowany budynek na krakowskim Kazimierzu. Już im się zrobiło ciasno i urzędnicy chcą dostać nową siedzibę, oczywiście, sfinansowaną przez budżet państwa. Podlaska Kasa Chorych najpierw usadowiła się w pięknym białostockim pałacyku, potem wybrała sobie trzypiętrową kamienicę, którą kupiono i wyremontowano za 9 mln zł. Hol wyłożono granitem, można tam podziwiać pierwszą w regionie windę hydrauliczną. Pracownicy Kasy mają w samym centrum miasta 30 miejsc parkingowych i siedem garaży. A przecież Podlaska Kasa Chorych należy do najbiedniejszych w kraju.
Podobnie niezadowolona ze swojej siedziby była Pomorska Kasa Chorych, która wynajmowała pomieszczenia od Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni w Redłowie. Narzekano na dojazd i towarzystwo szpitala, więc urzędnicy przenieśli się do kamienicy w centrum Gdańska. Będą kamery, alarmy i klimatyzacja.
Luksusowe apetyty Kas przyhamowano dopiero przy zakupie limuzyn. W czerwcu ub. roku Anna Knysok złożyła precyzyjne zamówienie – 16 limuzyn z klimatyzacją, poduszkami powietrznymi, elektronicznie regulowanymi lusterkami, kolor koniecznie wiśniowy, bo taki miały inne limuzyny kupione już Kasom. Dokładnie było ich 18, a zostały zakupione w grudniu 1998 za 750 tys. zł. W uzasadnieniu tłumaczono, że “samochód musi być bezpieczny, bo pracownicy Kas dużo podróżują”. Po interwencjach Anna Knysok musiała ofertę wycofać. Jednak uparła się przy klimatyzacji, bo “w Polsce są straszne upały”.

Z notesu pani minister

Czy w sytuacji “krótkiej kołdry”, gdy trzeba wykazać się szczególnymi umiejętnościami menedżerskimi, te kosztowne Kasy są chociaż kompetentne?
Wiceminister zdrowia, Anna Knysok, twierdzi, że wszyscy pełnomocnicy przeszli kilkumiesięczne szkolenie u specjalistów z uczelni ekonomicznych oraz z ZUS. Ale życiorysy beneficjantów Ministerstwa Zdrowia są wyłącznie solidarnościowe. Pełnomocnik Pomorskiej Kasy Chorych, Andrzej Steczyński, był szefem zarządu Regionu “S” w Elblągu. Pełnomocnik Małopolskiej Kasy Chorych, Jacek Kukurba, działał w Regionie Małopolska. Anna Szubart-Lejek, mianowana pełnomocnikiem Podkarpackiej Kasy Chorych, to członek zarządu regionu “S” w Rzeszowie. Pełnomocnik Branżowej Kasy Chorych Służb Mundurowych, Andrzej Jacyna, kieruje sekretariatem Ochrony Zdrowia “S”. Pełnomocnik Łódzkiej Kasy Chorych, Zbigniew Pankiewicz, to członek Partii Chrześcijańskich Demokratów i Ruchu Stu. Zofia Wilczyńska z Kasy Świętokrzyskiej jest politykiem AWS w Kielcach. Dariusz Wasilewski – pełnomocnik Podlaskiej Kasy – to lider Młodzieży Wszech-Polski. Podobny rodowód mają pełnomocnicy Kasy Lubuskiej, Opolskiej, Mazowieckiej, Śląskiej i Zachodniopomorskiej.
Niektóre życiorysy okazały się dość odległe od funkcji. Pełnomocnikiem Zachodniopomorskiej Kasy Chorych był Marcin Szulwiński. Ma 29 lat, ukończył Wydział Rybactwa Morskiego. Dyrektorzy szpitali zarzucili mu całkowitą nieznajomość problemów ochrony zdrowia. Największe emocje wzbudził pełnomocnik Podlaskiej Kasy, Dariusz Wasilewski. Jest właścicielem księgarni, sprzedaje antysemickie publikacje.
Kasy Chorych stały się też wygodnym miejscem dla skompromitowanych urzędników. Odwołany przez Wojciecha Maksymowicza wiceminister Jacek Wutzow odnalazł się jako dyrektor Biura Polityki Zdrowotnej w Łódzkiej Kasie Chorych. Zdymisjonowany przez Franciszkę Cegielską wiceminister, Janusz Solarz, został wicedyrektorem Kasy Podkarpacia.
Już na pierwszy rzut oka widać, że struktury Kas są rozdęte. W Kasie Mazowieckiej pracuje 400 osób, w Podkarpackiej zaczynano od 50 urzędników, dziś jest ich 104. W Lublinie było 67 pracowników, jest 117. Podlaska Kasa startowała od 47 osób, we wrześniu było 110 i zapowiadano, że to mało.
We wszystkich Kasach na początku pracowało około 700 osób, teraz około tysiąca. Urzędnikom zaproponowano pensje około dwóch średnich krajowych. I dlatego w Rzeszowie o jedno miejsce walczyło siedmiu kandydatów. Zarobki szefów Kas długo były tajemnicą, bo to menedżerskie kontrakty. Dziś mówi się, że sięgają 20 tys. – Czyli miesięcznie dyrektor Kasy dostaje dziesięć moich pensji – wylicza ordynator warszawskiej kliniki. – A w razie zwolnienia ma jeszcze zagwarantowaną, dwuletnią odprawę. Anna Knysok jako pełnomocnik ds. reformy twierdzi, że wysokie pensje są uzasadnione, gdyż dyrektorzy “zarządzają wielkim majątkiem i pracują po nocach”.
Niepohamowane apetyty Kas ujawniono we wrześniu ub.r., gdy Knysok zaproponowała nowe zasady wynagrodzeń. Chciała, by pensja dyrektora Kasy wynosiła 25 tys. zł., do tego służbowy samochód i komórka. Co trzy miesiące przysługiwałaby mu premia. Projekt przedstawiła w Sejmie. Przy okazji ujawniono, że referent ze średnim wykształceniem zarabia w Kasie ponad trzy tysiące zł. Pomysł Anny Knysok spotkał się z ostrą reakcją posłów.
Równie niechętnie jak o zarobkach mówi się o wiedzy osób zatrudnionych na tych lukratywnych stanowiskach. Na początku ub. roku resort zdrowia podał, że zaledwie 131 osób spośród 700 ma wykształcenie medyczne. O nowo przyjętych nic nie wiemy poza tym, że 72% pracowników jest po studiach. Są wśród nich prawnicy, spece od zarządzania, ekonomista, ale także inżynier elektryk i technik elektroradiologii.

Rady szarpane wojnami

Od 1 września ub. roku pełnomocników zastąpiły rady nadzorcze, wybrane przez delegatów sejmików wojewódzkich. Zasiada w nich ok. 250 osób. Znowu w przeważającej mierze wybrano osoby związane z Solidarnością. W Kasie Małopolskiej na 21 stanowisk 20 przypadło AWS, podobnie było w Katowicach i na Podlasiu. Ale niektórym radom nadzorczym udało się złapać równowagę. W Zachodniopomorskiem, gdzie rządzi SLD-PSL, ta koalicja wzięła pięć stanowisk; trzy przypadły AWS, dwa – UW.
Członkowie rad dostają około półtora tysiąca złotych za udział w jednym posiedzeniu. Szef komisji skarg i wniosków może zarobić 600 zł za dyżur, nieco mniej członkowie. Rady lubią się zbierać pod byle pretekstem. Jedno posiedzenie to około 20 tys. zł do kieszeni obradujących. Oprócz diet i delegacji rady wysyłają do Kasy rachunki za obiady spożywane w restauracjach w przerwach posiedzeń. Adam Struzik, przewodniczący Mazowieckiej Rady, nie uważa, że diety są za duże. Muszą takie być, bo przecież oni pilnują wielkich pieniędzy.
Pytanie retoryczne – po co Kasom tak liczne rady, gdy sytuacja służby zdrowia jest tak marna?
Przez ostatnie pół roku rady szarpane były wojnami na górze. Gdy w radzie dominowało SLD, próbowało odwołać dyrektora Kasy z AWS, gdy przeważał AWS, dbał o swoich. W Olsztynie wojewoda Babalski (AWS) unieważnił uchwałę sejmiku w sprawie powołania Rady Warmińsko-Mazurskiej Kasy Chorych. O unieważnienie uchwały sejmiku wnioskował marszałek Jerzy Szmit z AWS oraz wojewódzki radny i senator, Andrzej Kopacz, również z Akcji. Powód? W głosowaniu przepadły wszystkie kandydatury AWS. W 17-osobowej radzie znalazły się wyłącznie osoby zgłoszone przez SLD i PSL.
Również w Lublinie wojewoda Krzysztof Michalski częściowo zanegował uchwałę sejmiku, powołującą radę Kasy Chorych. Skorzystał z pewnego fortelu prawnego… Mówi się, że obecnie nowe rady wymieniają dyrektorów Kas na kandydatów z opozycji, w odwecie za manewr wiceminister Knysok, bo to ona osobiście mianowała dyrektorów wg swego notesika. Czujna pani pełnomocnik nagle, 4 sierpnia, postanowiła ograniczyć kompetencje rad i wprowadziła korektę, uniemożliwiającą wymianę zarządów Kas do marca 2000 roku. Sąd jednak odrzucił tę poprawkę.
Apetyty partii politycznych skupiły się na radach, mających nadzorować pracę Kas Chorych, bo to ostatnia w tej kadencji okazja do otrzymania posady według klucza partyjnego.
Ale jaki to ma związek z bólem i bezradnością człowieka, który, mimo że opłaca składki ZUS, w razie choroby może liczyć tylko na zawartość swego portfela?

Na ostatnich litrach
W większości województw dramatyczna jest sytuacja “fruwających erek”, czyli Zespołu Lotnictwa Sanitarnego. Brakuje pieniędzy na eksploatację. Pod koniec grudnia dosłownie na ostatnich litrach benzyny przewieziono do Łodzi ciężko chorego chłopca.
– Liczba lotów zmalała z 400 do 170 w minionym roku. Zagrożona jest cała działalność naszego zespołu, w skład którego wchodzą dwa śmigłowce i dwa samoloty. W 1999 roku dostaliśmy 522 tys. zł. Potrzeba nam trzy razy tyle – mówi Lucjan Sieczko, kierownik Zespołu Lotnictwa Sanitarnego przy Wojewódzkiej Kolumnie Transportu Sanitarnego w Gdańsku.
Z drugiej strony, są dowody nadużywania powietrznej karetki reanimacyjnej. W krakowskim pogotowiu ratunkowym helikopter kosztuje miesięcznie 75 tysięcy zł. Kontrolerzy zakwestionowali 80% lotów. Okazało się, że przewożono chorych z ulicy na ulicę.

VIP się wyleczy
Na Wybrzeżu politycy, osoby na eksponowanych stanowiskach, na ogół sporadycznie korzystają z usług Pomorskiej Kasy Chorych. Wojewoda Tomasz Sowiński leczy się w niepublicznym zakładzie zdrowotnym blisko miejsca zamieszkania. Poseł AWS, Jan Kulas, nawet nie wybrał jeszcze lekarza pierwszego kontaktu, inni posłowie – w razie potrzeby – zasięgają porad w Warszawie. Niektórzy przyznali, że nie odebrali nawet książeczek RUM-owskich, ale i bez nich są obsługiwani w stolicy.
W województwie pomorskim kilka dni temu otwarto trzecią prywatną, znakomicie wyposażoną klinikę. Tym razem dla ludzi chorych na serce. Umieszczono w niej drugi w Gdańsku (na 800 tys. mieszkańców) aparat do koronarografii. Badanie kosztuje 1500-1800 zł. Do tej pory pacjent na takie badanie czekał co najmniej 6-7 miesięcy. Terminy na zwykłe, podstawowe USG jamy brzusznej przekraczają w Pomorskiem 6-7 tygodni.
W nowej prywatnej klinice za wizytę u kardiologa płaci się 70 zł, za test wysiłkowy echokardiograficzny 105 zł, za plastykę naczyń powyżej 4 tys. zł.
– Na dziennym oddziale możemy jednorazowo przyjąć 40 pacjentów – mówi dr Wiesław Puchalski. Pomorska Kasa Chorych podpisała z nami umowę na 120 pacjentów rocznie. To kropla w morzu potrzeb. Do nas będą więc trafiali ci pacjenci, którzy mają pieniądze.

 

Wydanie: 2/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy