Wojna dopiero się zaczyna

Wojna dopiero się zaczyna

Po wyborach… przed wyborami

Jeżeli ktoś sądził, że wybory 21 października przyniosą uspokojenie, to grubo się pomylił. Ta gra toczy się dalej i toczyć się będzie, póki jedna ze stron – albo Kaczyńscy, albo szeroko rozumiany obóz III RP, LiD, PO, PSL – nie skapituluje. Ten podział został nakreślony podczas kampanii wyborczej, został wtłoczony do głów milionów Polaków, został przypieczętowany słowami polityków – o wyeliminowaniu, uderzeniu, o procesach.
Walka o władzę wkroczyła w Polsce w nowy etap. I to nieprawda, że wybory 21 października były najważniejsze od 1989 r. Bo te najważniejsze są jeszcze przed nami.

Krótka kampania, czyli…

I pewnie będą przebiegać w podobnej atmosferze jak wybory niedzielne. Warto więc wyciągnąć z nich pierwsze wnioski.
Tu nikt nie ma wątpliwości: najważniejszym momentem kampanii była debata Kaczyński-Tusk, w piątek, 12 października. Do tej pory PiS szło w kampanii jak czołg, zyskiwało punkt za punktem, większość Polaków uważała, że to ono wygra wybory. To wszystko rozsypało się w piątkowy wieczór. Tusk wypunktował Kaczyńskiego, ośmieszył IV RP. Premier, wyprowadzony z równowagi przez widownię, plątał się i nieudolnie pokrzykiwał. Pękł jak przekuty szpilką balon. Od tego momentu Platforma zaczęła w sondażach górować nad PiS.
Fachowcy nie mają wątpliwości w jeszcze jednej sprawie – ta kampania oparta była nie na budowie alternatywy programowej, lecz na brutalnym zderzeniu politycznych osobowości. „Debaty to były popisy erystyczne, chodziło w nich o to, kto komu bardziej dokopie, a nie kto zaprezentuje lepszą wizję przyszłej Polski – ocenia prof. Wawrzyniec Konarski z Uniwersytetu Warszawskiego, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. – Niestety, polska polityka się tabloidyzuje”.
Podobne uwagi ma dr Jacek Wasilewski, specjalista od komunikacji społecznej i politycznej. „Stajemy się Amerykanami Europy – ubolewa. – Nasze kampanie stają się coraz bardziej podobne do amerykańskich. To pojedynek wodzów. A sztabowcy koncentrowali się głównie na dyskredytowaniu przeciwników. Nie mówiono, kim chcę być, ale przeciwko komu jestem. Królowały więc lepkie żetony – czyli metafory typu dyplomatołki, mordo ty moja, łże-elity, oligarchowie… Przylepiało się je do wypowiedzi medialnych, tych 15-sekundowych, i one żyły własnym życiem”.
Polityków tłumaczy Kacper Pietrusiński ze sztabu wyborczego PO: „Ta kampania była bardzo krótka. Nie było czasu na jakieś finezyjne akcje”.
Więc każdy grał tym, czym miał.

Siła PiS

Najwięcej instrumentów do gry miało PiS. Zresztą kampania toczyła się na warunkach nakreślonych przez Kaczyńskiego. Rozwiązano Sejm, więc nie mogły działać komisje śledcze, no i z agendy spadło miejsce, w którym kreowano najwięcej politycznych wydarzeń.
W ten sposób głównymi ośrodkami kreującymi polską politykę stały się rząd, jego instytucje i media publiczne.
Nic więc dziwnego, że PiS w zasadzie przez całą kampanię zachowało inicjatywę. Inna sprawa, czy tę przewagę potrafiło skutecznie wykorzystać. Ale przewaga, którą partia Kaczyńskich miała nad konkurencją, była ogromna. Tylko w jednym tygodniu października czas, który telewizja publiczna poświęciła PiS oraz Jarosławowi Kaczyńskiemu, był dłuższy niż wszystkich pozostałych partii razem wziętych. A przecież oprócz długości informacji liczy się też jej ton…
Gdy Centralne Biuro Antykorupcyjne, kierowane przez Mariusza Kamińskiego z PiS, realizowało konferencję prasową poświęconą byłej posłance PO, Beacie Sawickiej, telewizja publiczna zmieniła ramówkę. A potem pilnowała, by sprawa została nagłośniona, oczywiście, tak jak życzyłaby sobie tego władza.
Sprawa Sawickiej miała być Wunderwaffe PiS, demolującą Platformę. Miała przedstawić tę partię jako skorumpowaną, wyprzedającą polski majątek, polskie szpitale, nieliczącą się z pacjentami.
To się nie udało, bo do opinii publicznej trafił też obraz płaczącej Sawickiej, którą funkcjonariusz CBA uwiódł, oszukał i zachęcił do przestępstwa.
Ale przecież gra posłanką, która wzięła łapówkę, nie była czymś odosobnionym, przypadkowym, to było idealnie wpisane w scenariusz kampanii PiS.
Wcześniej mogliśmy oglądać billboardy PiS zapowiadające, że ta partia walczy z korupcją i złapie, niczym szczura, każdego łasego na łatwe pieniądze. W specjalnych spotach reklamowych mogliśmy zobaczyć biznesmenów („mordo ty moja!”), którzy dawali łapówki skorumpowanym politykom, oczywiście za jakieś zyskowne kontrakty, i z tego dobrze żyli. W początkach października media były też pełne zapowiedzi liderów PiS, że zamierzają oni rozprawić się z najbogatszym Polakiem – Ryszardem Krauzem.
Obok wątku korupcji sprawa posłanki Sawickiej wydobyła do publicznej debaty inny temat – prywatyzacji szpitali. Posłanka mówiła, że nastąpi prywatyzacja służby zdrowia i że będzie można na tym zarobić. I trudno uwierzyć, iż dziełem przypadku był fakt, że w tym samym czasie PiS epatowało telewidzów spotem, w którym przestrzegało, że prywatyzacja szpitali, którą chce przeprowadzić PO, skończy się tym, że karetka przyjeżdżać będzie tylko do tych, których będzie stać na jaj opłacenie.
„W roku 2005 PiS straszyło wyborców: zagłosuj na nas, jeśli nie chcesz głodować, bo taki przekaz niósł spot z lodówką – komentuje dr Jacek Wasilewski. – W roku 2007 straszyło: jeśli nie zagłosujesz na nas – umrzesz. Ta kampania koncentrowała się na dyskredytowaniu przeciwnika”.
Czy skutecznie?
„Retoryka Jarosława Kaczyńskiego? – zastanawia się prof. Konarski. – Była stale taka sama. Więc trafiająca tylko do grupy tych najbardziej przekonanych. Wręcz nudna, choć momentami groźna. I momentami ciarki po plecach mi przechodziły, gdy słyszałem niektóre hasła Kaczyńskiego, o jednym narodzie albo o tym, że trzeba uderzyć mocniej… Bo przypominała mi się Republika Weimarska i skłóceni socjaldemokraci i komuniści, czyli histeryczny Tusk i rozmamłany LiD”.

Spin duet

Kampania PiS rzeczywiście nawiązywała do wcześniejszych batalii, była ich kontynuacją, ale trudno się temu dziwić. Jarosław Kaczyński od lat ma ten sam przekaz – o układach, korupcji, rozdrapywaniu Polski i o brydżowym stoliku. A kampanię robią mu ci sami ludzie. Dwóch spin doktorów, Adam Bielan i Michał Kamiński. Mimo swych trzydziestu paru lat to zaprawieni w bojach weterani.
Bielan i Kamiński opracowywali kampanie PiS od 2002 r. Mówi się, że wcześniej byli ograniczeni przez innych partyjnych liderów, teraz po raz pierwszy zaufano im bezgranicznie. Obaj dopełniają się w sposób niemalże idealny. Kamiński jest twórcą najważniejszych koncepcji, sypiącym pomysłami jak z rękawa. Bielan z kolei dba o to, aby najcenniejsze z tych pomysłów były wprowadzane w życie.
Na tle swoich konkurentów odznaczają się profesjonalizmem. Wystarczy wspomnieć, że PiS jako jedyna partia ma własny ośrodek badawczy, przeprowadzający badania opinii publicznej na użytek partii. Codziennie ankieterzy dzwonią do 500 Polaków i pytają ich o preferencje partyjne. Dzięki temu politycy PiS zawsze zorientowani są w nastrojach społecznych. I wyprzedzają konkurencję. Sztab wyborczy PiS, pod kierownictwem Bielana i Kamińskiego, zebrał się już w lipcu, gdy wybory były dopiero jedną z możliwych dróg rozwoju wydarzeń. Jako pierwsi ruszyli z kampanią wyborczą pod hasłem „Zasady zobowiązują”. To wtedy zobaczyliśmy billboardy premiera. Mimo że specjaliści od marketingu ostrzegali, że Jarosław Kaczyński, z racji negatywnego elektoratu, nie powinien być twarzą kampanii PiS. Ale Bielan z Kamińskim – jak sami przyznają, kierując się intuicją – uznali, że to premier będzie najlepszą wizytówką… premiera. Tak też się stało i nie zmienia tego fakt, że na billboardach PiS towarzyszą mu Zbigniew Ziobro, Zyta Gilowska, Zbigniew Religa i Maciej Płażyński.

Ludzie porażek

O ile Bielan z Kamińskim są ludźmi sukcesu, to czołowy spin doktor PO, Maciej Grabowski, jest raczej człowiekiem klęski. W 2000 r. dbał o wyborczy wizerunek Andrzeja Olechowskiego, który nie wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. Od tego czasu zawsze był jednym z najważniejszych sztabowców PO. Wszystkie te wybory, poczynając od walki Tuska o fotel szefa UW, a kończąc na batalii o fotel prezydencki, Tusk przegrał. Nie zraziło to jednak lidera PO do Grabowskiego. Jednak to nie on jest szefem sztabu. Na jego czele stoi Sławomir Nowak, człowiek Tuska. Nowak urodził się 1974 r. w Gdańsku. Kongres Liberalno-Demokratyczny, Unia Wolności, Platforma – jego polityczna droga pokrywa się ze szlakiem Donalda Tuska. W międzyczasie był przewodniczącym młodzieżówki UW. W 2001 r. nieskutecznie ubiegał się o mandat poselski, trzy lata później przegrał wybory do europarlamentu. Dopiero wybory w roku 2005 przyniosły mu upragniony mandat. Nowak jeszcze podczas studiów założył własną agencję reklamową. Mimo tego doświadczenia kampania PO była powszechnie krytykowana za brak profesjonalizmu. Billboardy z całymi sylwetkami liderów Platformy stanowiły wręcz szkolny błąd. Hasło mówiące o cudzie gospodarczym spotkało się ze złośliwymi uwagami nawet w łonie jego własnej partii. – To nie Polska, ale Platforma potrzebuje cudu – szeptano w kuluarach.
I cud nastąpił. I nie było w nim przypadku. „Założeniem naszej kampanii było przekonanie Polaków, że po dwóch latach złych rządów PiS my potrafimy rządzić inaczej – tłumaczy Kacper Pietrusiński. – Że to my jesteśmy rzeczywistą przeciwwagą dla PiS. Że tylko my jesteśmy w stanie zapewnić odsunięcie od władzy PiS”.
I to się udało.

Kłopoty LiD

Platformie udało się odeprzeć atak LiD i obronić pozycję głównego oponenta PiS. Ale raczej za sprawą wpadek LiD niż własnej zręczności.
LiD mógł oprzeć swoją kampanię na przedstawieniu się jako najbardziej konsekwentny krytyk PiS, jako ugrupowanie bardziej radykalne i bardziej zdecydowane w swoim anty-PiS-yzmie niż PO. Miał ku temu podstawy – bo, po pierwsze, programowo centrolewica jest na antypodach PiS. A po drugie, Platforma nie dość, że programowo przypomina PiS, to między tymi ugrupowaniami wciąż przepływają politycy i nie zawsze wiadomo, który z nich jest w PiS, a który w PO. Zyta Gilowska, Zbigniew Religa, Radek Sikorski, Bogdan Borusewicz, Kazimierz Marcinkiewicz, Maciej Płażyński – lista tego typu nazwisk jest dłuższa.
Ale LiD postanowił zagrać o wyższą stawkę, o pułap 18-20% poparcia, więc jego liderzy zdecydowali się na uczynienie Aleksandra Kwaśniewskiego twarzą swojej kampanii. Pomysł ten wykluczał więc grę na drapieżny wizerunek LiD, bo sam Kwaśniewski jest postacią ciepłą, nieagresywną. Sęk w tym, że ta postać, ceniona przez Polaków za umiar, światowość, format męża stanu, w ogniu kampanii zanotowała alkoholową wpadkę w Kijowie, a potem recydywę w Szczecinie. W ten sposób nadzieje LiD legły w gruzach. Bo i Kwaśniewski, i lewica, zamiast atakować i prezentować własne wizje kraju, musieli tłumaczyć się z szyderczych uwag. Kwaśniewski, który podczas debaty z Kaczyńskim podkreślał: „Mój czas się nie kończy, mój czas dopiero nadchodzi”, nagle zaczął mówić, że dobrze się czuje w roli dziadka i że powoli będzie się wycofywał z polityki. Program „100 konkretów”, lewicowy zwrot, już nie przebił się do publiczności, tym bardziej że wybory miały bardzo spersonalizowany charakter. Szczecin podciął skrzydła kampanii centrolewicy, od tego czasu ugrupowanie to zaczęło zjeżdżać w dół w sondażach.
Archaiczne spoty LiD, z listami do premiera i prezydenta, przestały bawić.

10 milionów widzów

Przełomowym momentem kampanii okazały się debaty wyborcze.
10-milionowa widownia do tej pory zarezerwowana była tylko dla Adama Małysza i meczów reprezentacji piłkarskiej podczas mistrzostw świata. Liderzy trzech najważniejszych sił politycznych przełamali ten monopol.
Świetnym pomysłem sztabowców było zorganizowanie debaty Kaczyński-Kwaśniewski. Niezależnie od jej przebiegu obydwa ugrupowania mogły być pewne, że przyniesie im ona wzrost notowań w sondażach. Ofiarą padnie ten trzeci, czyli Donald Tusk. Tak też się stało. Po debacie, która zakończyła się wygraną Kwaśniewskiego, mocno w sondażach poszło do góry PiS, wzmocniła się też pozycja LiD.
Tusk został zepchnięty na bok i ośmieszany przez premiera („mały pomocnik Kwaśniewskiego”) z każdym dniem tracił wizerunek męża stanu. I wówczas… spin doktorzy PiS popełnili największy błąd w swojej karierze. Zgodzili się na debatę z Tuskiem. Post factum tłumaczyli, że premier mający wizerunek „twardego człowieka” debaty unikać nie może. Teraz wydaje się, że wszystko byłoby dla niego lepsze niż przebieg debaty w szefem PO.
Kaczyński podszedł do niej nie tyle słabo przygotowany, ile przede wszystkim zadufany. I został rozbity, bo Tusk, minuta po minucie, wbijał weń gwoździe, krytykując i ośmieszając ideę i konstrukcję IV Rzeczypospolitej. Michał Kamiński, który oglądał debatę w swoim gabinecie, z wściekłością kopał w drzwi. Nic już wówczas nie mógł zrobić. Mógł tylko patrzeć, jak jego patron traci z każdą minutą.
Kaczyński nie był w stanie składnie replikować. Zwłaszcza że co chwila z równowagi wyprowadzała go publiczność Tuska, która śmiechem i buczeniem reagowała na jego stwierdzenia. Bomby, które rzucał w stronę przeciwnika, były rozbijane śmiechem publiczności. Było to widać, gdy premier zaczął mówić: „Budujemy tanie państwo”… Wówczas w studiu gruchnęła salwa śmiechu.
Równie istotna była trzecia debata – Tuska z Kwaśniewskim. To ona miała wyłonić nie tyle lidera opozycji – bo to po wpadkach Kwaśniewskiego było już rozstrzygnięte – ile określić układ sił i wzajemne relacje między Platformą a LiD.
Debatę rozpoczął w znakomitym stylu Kwaśniewski. Raz po raz ośmieszał Tuska, pytając go o podatki w Irlandii, o podatek liniowy czy czytając mu program PO z fragmentem o prywatyzacji szpitali. Tusk niemal leżał na deskach. Jednak Kwaśniewski nie dobił rywala. Był to błąd. Lider PO odzyskał siły. „Patrzyłem na Tuska – opowiada dr Jacek Wasilewski. – I widziałem, jak bardzo był skupiony. Miał swoje wystąpienie przećwiczone, także przed kamerami, a pytania przygotowane. Mówił z pamięci. To było widać. Wiem to, bo sam przygotowuje ludzi do publicznych wystąpień i wiem, jak się w takich sytuacjach zachowują. I trzeba oddać mu sprawiedliwość – choć Kwaśniewski posłał go w pierwszej rundzie na deski, potrafił wstać i powiedzieć to, co miał zaplanowane”.

Kto zadaje pytania

Na marginesie starcia głównych aktorów życia politycznego warto wspomnieć o skandalicznym zachowaniu części dziennikarzy prowadzących debatę. Po raz kolejny okazało się, że w demokracji nie jest istotny ten, kto odpowiada, lecz ten, kto zadaje pytania – narzuca tematy debaty publicznej. Tak było w debatach, kiedy to niektóre pytania miały tak wiele ukrytych – bądź jawnych – założeń, że tak naprawdę pełniły one funkcję wybitnie perswazyjną. Tak naprawdę, jeśli Kwaśniewski chciał odpowiedzieć na pytania dziennikarki zgodnie z wyznacznikami lewicowej aksjologii, powinien zacząć od podważenia tych założeń. Najlepszym przykładem jest pytanie: „Panie prezydencie, które punkty pana programu dają nadzieję na skończenie z tym całym socjalizmem?”. W drugim pytaniu dziennikarka spytała z kolei o możliwości obniżki podatków od osób fizycznych, przywołując nieznanych bliżej ekspertów, którzy uważają, że koniunkturę gospodarczą można utrzymać wyłącznie dzięki podatkowi liniowemu. Tak naprawdę, jeśli ktoś wygrał tę debatę, to byli to dziennikarze.
Choć trzeba dodać, że politycy z tą perswazyjnością radzili sobie całkiem nieźle. Lub wręcz w sposób zaskakujący – jak np. Donald Tusk, który w jednej debacie prezentował się jako zwolennik „taniego państwa” i radykalnego obcinania wydatków państwowych, by w drugiej obiecywać, że radykalnie zwiększy zarobki w sferze budżetowej…

Mordo ty moja

O ile druga część kampanii stała pod znakiem debat, pierwszą symbolizowały telewizyjne spoty wyborcze. Wyrażenie „mordo ty moja” już na trwałe weszło do polskiego słownika wyrażeń potocznych. Serial przedstawiający „Polskę oligarchów” był z pewnością najbardziej błyskotliwą reklamówką wyborczą ze wszystkich kampanii. Bezdyskusyjnie najbardziej zapadł w pamięć polskiego społeczeństwa. Najlepszym na to dowodem jest prowokacja dokonana przez dziennikarzy „Super Expressu”. Krzysztof Wojciechowski vel oligarcha po raz kolejny wcielił się w swoją rolę. Na zaproszenie redakcji spędził jeden dzień w Warszawie. Po raz pierwszy w życiu odwiedził hotel Marriott, gdzie w kawiarni poprosił „o to co zwykle”. Dostał kawę i obcinarkę do cygar. Nie miał też problemów z wejściem do Sejmu. Żaden funkcjonariusz Straży Marszałkowskiej nie odważył się sprawdzić przepustki najsłynniejszego polskiego oligarchy. Riposta Platformy na spoty „mordo ty moja”, chociaż dokonana przy udziale tych samych aktorów, nie miała już tego dynamizmu. Jeszcze gorzej należy ocenić spoty z serii „Polska zasługuje na cud gospodarczy”. Chciałoby się zapytać: czy po kilku latach rządów PO pacjentka nadal będzie leżeć w szpitalu, czekając na wracającego z Irlandii syna?
Dużo lepszy od Platformy nie był LiD. Niskobudżetowe spoty z chłopakiem siedzącym na trawie i piszącym na maszynie listy do decydentów raziły brakiem pomysłu, siermiężnym językiem i radiową formułą. Tyle w kwestii formy. Treść również nie odnosiła się do spraw, które umożliwiłyby przejęcie elektoratu PO i PiS. Brak było przedstawienia konkretnego lewicowego programu społeczno-gospodarczego, który mógłby przemówić do wyborców PiS. Podobnie rzecz się ma z postępowym programem światopoglądowym, dzięki któremu można byłoby uszczknąć część elektoratu PO. Tak się nie stało. Spoty LiD mówiły do przekonanych.

Po wyborach – wojna

Mówienie do przekonanych było zresztą bardzo charakterystyczną cechą kampanii. Politycy zachowywali się tak, jakby zależało im przede wszystkim na mobilizacji swoich twardych elektoratów. Tu ton narzuciło PiS, politycy tej formacji, z jej liderem na czele, prezentowali moralność partyjną sprowadzającą się do prostej konstatacji: wszystko, co służy nam, jest piękne i moralne, a co nie służy – jest złe i nieuczciwe. Kaczyński ten sposób widzenia świata maksymalnie rozszerzył. Już nie tylko na polityków, ale i na naukowców, ludzi z autorytetem, na publicystów, dziennikarzy, a nawet wyborców.
W ten sposób zabił jakąkolwiek debatę. Bo zanim ktokolwiek się odezwał i zanim jakikolwiek argument pojawił się w debacie, wszystko zostało przefiltrowane prostym, znanym z poprzedniej epoki pytaniem: kto za tym stoi i czemu to służy?
PiS w tej kampanii zasłynęło więc jako partia, która przegrała najwięcej procesów i która zupełnie się tym nie przejmowała.
A jej politycy uznali, że jak się kogoś splugawi, to zawsze coś się przyczepi. A poza tym – że pierwsza informacja ustawia debatę i kolejnych już nikt nie słucha.
Każda kampania wyborcza, jako wielkie wydarzenie, zostawia po sobie osad w świadomości społecznej. Nie tylko w postaci bon motów czy anegdot, ale znacznie głębiej – w postaci społecznych podziałów, postrzegania inaczej myślących i inaczej głosujących.
Tu obecna kampania zostawiła po sobie rowy, jakich wcześniej nie było.
I Kaczyński, i Tusk charakteryzowali się nawzajem najgorszymi słowami, grozili sobie wręcz niemalże fizyczną likwidacją.
Tusk mówił, że Kaczyński powinien zostać wyeliminowany z polskiej polityki. A można to uczynić, tylko stawiając go przed Trybunałem Stanu. Tusk obiecał też, że działalność CBA, służb specjalnych, prokuratury zostanie dokładnie prześwietlona, a winni łamania prawa poniosą karę. A jeżeli prezydent będzie przeszkadzał nowemu rządowi, zostanie zmuszony do współpracy.
Kaczyński mówił z kolei, że dokończy „polską rewolucję”, że zada ciosy i ostatecznie rozbije „układ”. Mówił też, że przypadek posłanki Sawickiej nie jest odosobniony, że jest ona klasycznym przykładem mentalności polityków Platformy, „ludzi z podwórka”. I że rządy Tuska to powrót korupcji i rozkradania kraju. Mówił również, że są przygotowane wnioski o pozbawienie immunitetu kilku polityków PO. I to tych z górnej półki.
Pola kompromisu tu nie ma, bo Kaczyńskich interesuje tylko pełna, niekontrolowana przez nikogo władza (za to oni chcą kontrolować innych), a opozycja – czy to z potrzeby chwili, czy z demokratycznych przekonań – musi państwo kaczystowskie zburzyć. Rozliczyć tych wszystkich agentów, prokuratorów i ich zwierzchników politycznych. A przecież Kaczyńscy nie będą się temu przyglądać spokojnie.
I Tusk, i Kaczyński stanęli po dwóch stronach barykady, proklamowali wojnę.
I ta wojna, niezależnie od wyniku wyborów i niezależnie od powyborczej układanki, kto znajdzie się w rządzie, a kto w opozycji, będzie trwała. I będzie jeszcze brutalniejsza.
Aż jedna ze stron nie zostanie ostatecznie pokonana. Tu nikt nie zamierza ustępować.
Do tej wojny gotują się nie tylko bracia Kaczyńscy i Donald Tusk. Ale także partyjni działacze. I wyborcy, których tak mocno mobilizowano. To mamy jak w banku.

Kogo popierały media?

TVP (oglądalność „Wiadomości” 4 400 000 widzów) – okręt flagowy PiS-owskiej propagandy. Wystarczy podać suche dane, PiS – 16 godz. 52 min; PO – 6 godz. 11 min; LiD – 5 godz. 6 min. Najlepiej ten stan rzeczy podsumował KW LPR. „Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz Rada Nadzorcza TVP powinny zobowiązać Zarząd TVP do wystawienia faktur dla komitetu wyborczego PiS na wszystkie spoty reklamowe, które są puszczane w „Wiadomościach”, „Teleexpressie” i „Panoramie”.
TVN („Fakty” – 2 900 000) – podobnie jak TVP robiła kampanię PiS, tak telewizja Waltera i Wejcherta robiła kampanię PO. Ostra krytyka PiS, eksponowanie „filipińskiej choroby” Aleksandra Kwaśniewskiego, wszystko to było obliczone na wzmocnienie PO. Zupełne zachwianie proporcji w przedstawianiu sprawy Sawickiej tylko potwierdziło, że TVN jest równie daleka od obiektywizmu co TVP.
Polsat („Wydarzenia” – 2 200 000) – usunięcie Tomasza Lisa złamało stację Zygmunta Solorza. Anty-PiS-owskie „Wydarzenia” Lisa zastąpiły życzliwe wobec władzy „Wydarzenia” Jarosława Gugały.
„Gazeta Wyborcza” (sprzedawalność 430 000 egzemplarzy) – Zdecydowanie anty-PiS-owska. Nie przyłączyła się do filipińskiej nagonki na byłego prezydenta, z drugiej jednak strony, nie wyeksponowała zwycięstwa Kwaśniewskiego w debacie z Kaczyńskim, w przeciwieństwie do „jedynek” chwalących przewagi Tuska i PO.
„Dziennik” (170 000 egzemplarzy) – jak zawsze życzliwy PiS. Ale w ostatnich tygodniach dokonał zwrotu w kierunku PO. W sprawie Sawickiej zawiódł obóz władzy.
„Rzeczpospolita” (140 000 egzemplarzy) – kolejni zwolennicy PO-PiS, jednak znacznie wyraźniej wspierający jego PiS-owską nogę.
„Fakt” (530 000 egzemplarzy) – zawsze z PiS.
„Wprost” (171 000 egzemplarzy) – tuba propagandowa PiS przed wyborami złagodniała w wyczekiwaniu na nowe rozdanie. W ostatnim numerze przedwyborczym prócz wywiadu z premierem, pojawiła się również rozmowa z Donaldem Tuskiem.
„Polityka” (186 000 egzemplarzy) – część publicystów, tak jak Jacek Żakowski, stała w rozkroku między PiS a LiD. Okładka „Tusku musisz” rozwiała jednak wszelkie wątpliwości.
„Newsweek” (156 000 egzemplarzy) – kolejne pismo PO-PiS-owe. Tym razem wspierające platformerską nogę.

Bomby i niewypały kampanii wyborczej

Bartłomiej Biskup, specjalista od marketingu politycznego i PR
Niewypałem była sprawa z posłanką Sawicką. Miała być bombą, ale się nie udało. Na pewno jako niewypał była generalnie postrzegana debata Kaczyński-Tusk, niewypał dla sztabu Kaczyńskiego. Z kolei debata Tusk-Kwaśniewski też nie była najlepiej rozegrana przez sztab Tuska. Program był nudny. Nie udały się nawet podziały na scenie politycznej – ani premierowi, ani Tuskowi, choć obaj bardzo usiłowali dokonywać podziałów w elektoracie przeciwnika, a dwa lata temu to właśnie Kaczyńskiemu się udało. Prawie bombą było zagranie PiS w sprawie prywatyzacji szpitali. Reakcja nie była specjalnie porażająca, jednak zagranie okazało się sprytne.

Dr Marek Skała, szef Instytutu Szkoleń Megalit
Kampanijne bomby się zbombiły. Oczywiście największa, czyli posłanki Sawickiej, raczej poraniła samych saperów niż tych, pod których ją podkładano. Tak zdecydowali wyborcy w sondażu już następnego dnia. Zdecydowały o tym dwie rzeczy. Uderzono w czasie kampanii, czyli w złym celu, przesuwając na dodatek emisję serialu „Klan” i wykorzystując publiczną TVP. Szef CBA sam podkreślił, że ważnym fragmentem tych nagrań nie jest łapówka, ale… prywatyzacja szpitali. Dokładnie taka, jak w spocie reklamowym PiS. Potem było jeszcze śmieszniej – okazało się, że samo PiS i minister Religa szpitale prywatyzują, że prezydent mimo ostrych deklaracji tego nie wetuje. Na dodatek posłanka PO była uwodzona przez wiele miesięcy, a agent CBA miał wśród dziennikarzy pseudonim „Romeo”. Podobnie jak w wypadku Leppera nie złapano jakiegoś groźnego łapownika, choć miesiącami przygotowywano pułapkę. Lepper jej uniknął, zakochana kobieta nie.
Poza tym nie było jakiejś specjalnej megabomby, większość to raczej niewybuchy, znane już wcześniej. Jak mówił sam premier, kotlety, które coraz to odgrzewano, bo głównym kucharzom kampanii puszczały nerwy. Jak powrócono do kwestionowania legalności warszawskiej prezydentury, to Gronkiewicz-Waltz zgłosiła do prokuratury podejrzenie nielegalnego przejęcia majątku przez tzw. Zakon PiS, czyli dawne PC. Jak bombę Sawickiej rozbroił sam Religa, przyznając, że szpitale stale się prywatyzuje, to wrócił motyw korupcji i Tomasza Szczypińskiego z PO. Ten kotlet został odgrzany po raz trzeci, przy każdych kolejnych wyborach, choć w międzyczasie nic się w tej sprawie nie dzieje.
Reasumując – wszyscy spodziewali się bomb w ostatnim tygodniu, a była zwyczajna pyskówka. Prawdziwa bomba tych wyborów wybuchła w piątek, kiedy Tusk był w świetnej formie, a Kaczyński był słaby i przegrał. Tym razem jednak rolę „podania nogi zamiast ręki”, „dziadka z Wehrmachtu” poprzednich kampanii odegrała młoda debatowa publiczność Tuska. Nigdy tak niewielu nie zrobiło tak wiele dla klęski IV RP. Tusk zyskał przewagę, a spin doktorzy PiS zaczęli działać chaotycznie.

Prof. Konrad Piasecki, marketing polityczny
Zacznę od niewypałów. Myślałem, że politycy tej miary co Rokita, Marcinkiewicz, Olechowski, Płażyński czymś nas potrafią zaskoczyć. Jednak tutaj bomby nie było. Były jakieś niejasne oświadczenia, ale bomba nie wybuchła i słowa się rozmyły. Dla mnie bombami były debaty telewizyjne. Miały charakter personalny, kampania dzięki nim przyciągnęła sporą publiczność i przykuła na moment uwagę. Mniej reklam i tej otoczki marketingowej, więcej rzeczywistego starcia poglądów, momentu wahania na twarzy lidera i choćby zalążków programu politycznego. Kiedy się tę kampanię wyborczą wyciśnie do końca, zostaną tylko te trzy medialne spotkania i debaty.

Dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog, specjalistka od wizerunku medialnego
Trudno mówić o bombie, ale całkiem nowy wizerunek Tuska po debatach był czymś takim. Rankingi nigdy nie wskazywały na to, wydawał się postacią niemedialną i nigdy nie był traktowany jako zwycięzca, raczej się to dokonywało ustami Jana Marii Rokity. Tutaj jednak Tusk podjął grę o wszystko, pokazał nową twarz – mówcy, dyskutanta. Kiedyś kojarzył się z chłopcem w krótkich spodenkach, teraz zmężniał, a spodnie mu się wydłużyły.
Zaskakującym pociskiem była oczywista wpadka Aleksandra Kwaśniewskiego. Taki brak przewidywania, lekkomyślność. Tego się nikt nie spodziewał po dojrzałym polityku, starym wyjadaczu, który świetnie wychodził z zakrętów. A tutaj wszyscy zamilkli. Po Ukrainie jeszcze mówili: „Mordo ty nasza”, ale potem wszyscy zaczęli zaprzeczać oczywistości, co jest błędem marketingowym, brakiem profesjonalizmu. Jeśli coś widać gołym okiem, to nie ma sensu twierdzić, że rzeczywistość była inna, a tak właśnie twierdziła w Superstacji pani Jaruga-Nowacka. Lepiej było powiedzieć: „Nie znam przyczyn, ale tak to wygląda”.
Niewypałem był brak twarzy i przegrana niedoszłego premiera z Krakowa. Gdyby się tak nie wycofał, to mógł odegrać w tej kampanii ważną rolę i wtedy Donald Tusk nie wypadłby może tak dobrze. Ale Tusk wszedł na zwolnione miejsce po mówcy.

Not. BT

 

Wydanie: 43/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy