Każde kłamstwo ścigam

Każde kłamstwo ścigam

Ambasador Izydorczyk nie odpuszcza Papierzowi

– Nie poszedłem na wojnę z Ministerstwem Spraw Zagranicznych, tylko z MSZ-owskimi patologiami – mówi Jacek Izydorczyk, były ambasador w Japonii. O jego historii pisaliśmy w PRZEGLĄDZIE (nr 3/2021), po tym jak w kompromitujący dla państwa polskiego sposób został odwołany z placówki.

Jak już dziś wiemy – zarzuty przeciw niemu okazały się wyssane z palca i napisane ex post.

Warto tę sprawę przypomnieć, bo pokazuje ona patologię istniejącą w MSZ. Otóż pretekstem do odwołania Izydorczyka był zarzut, że jeździł z żoną w podróże służbowe, na spotkania oficjalne poza Tokio, na które był zaproszony właśnie z małżonką. I że kupował jej na koszt ambasady bilety kolejowe i lotnicze. Chodziło o sześć podróży, w sumie koszt tych biletów to równowartość… niespełna 5,5 tys. zł.

Tę „nieprawidłowość” wykryły dwie trzyosobowe komisje, które w tej sprawie przylatywały do Tokio z Warszawy. Pomnóżmy cenę biletów (w klasie biznes dla jednej osoby sięgać może 20-30 tys. zł) przez sześć, dodajmy do tego koszt hoteli i diet – okaże się, że takie dwie wycieczki do Tokio mogły kosztować polskiego podatnika nawet kilkaset tysięcy złotych!

A są jeszcze inne kwestie. Po pierwsze, kontrola z centrali została do Tokio wysłana już po tym, jak zadecydowano o odwołaniu Izydorczyka i wniosek został zaaprobowany przez premiera Morawieckiego. Po drugie, 19 lutego br. działająca przy Ministerstwie Finansów Międzyresortowa Komisja Orzekająca w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych wydała orzeczenie, w którym uniewinniła Jacka Izydorczyka. Uznała, że miał prawo kupować żonie bilety, gdy oficjalnie mu towarzyszyła.

Od tego orzeczenia odwołała się rzeczniczka dyscypliny finansów publicznych Maria Branecka. Sprawa biletów więc się nie skończyła. Ale Izydorczyk jest spokojny: – Po pierwsze, spodziewałem się, że będą się odwoływać, bo to jest sposób na przedłużenie sprawy. Po drugie, publicznie zadałem pytanie, czy pani Branecka zajmuje swoje stanowisko legalnie. W ustawie jest napisane, że może je pełnić osoba, która jest magistrem prawa, ekonomii lub administracji, a ona ma podobno dyplom magistra inżyniera. Po trzecie, to wszystko jest zbyt grubymi nićmi szyte – mam w rękach claris skierowany do ambasady w Tokio, z września 2019 r., kiedy już mnie tam nie było – polecenie anulowania innej noty obciążeniowej, którą wystawiono na moje nazwisko, za jakoby inne „nieprawidłowości”. Tym samym ministerstwo przyznało, że czego innego domagano się ode mnie przed moim odwołaniem przez prezydenta – a czego innego, gdy wróciłem do Polski. To zresztą jest patologia – bo proszę mi pokazać instytucję, w której można dowolnie wystawiać i anulować noty obciążeniowe i nikt tego nie kontroluje!

Sprawa biletów jest jedną z wielu, które dotyczą relacji Izydorczyk-MSZ. Spróbujmy je wymienić. Jedna już się zakończyła. To była sprawa karna przeciwko wiceministrowi Marcinowi Przydaczowi, który w audycji radiowej mówił, że Izydorczyk, składając zawiadomienie do prokuratury i opisując incydenty z udziałem dyrektora generalnego Andrzeja Papierza, mijał się z prawdą. Sąd nie skierował jej do rozpatrywania na rozprawie; umorzył ją na posiedzeniu niejawnym, w uzasadnieniu podając, że taki zwrot nie oznacza, że wiceminister zarzucił byłemu ambasadorowi kłamstwo. Izydorczyk uważa jednak, że rzecz nie jest zakończona – może skarżyć Przydacza w procesie cywilnym. Ale na to ma jeszcze czas.

Natomiast w sądzie jest sprawa karna przeciw wiceministrowi Pawłowi Jabłońskiemu. Jabłoński bowiem pozwolił sobie na bardziej dosadne określenia – ustosunkowując się do zawiadomienia do prokuratury, które przeciwko ośmiu urzędnikom MSZ złożył Izydorczyk (o tym za chwilę), stwierdził, że jest w nim „sporo kłamstw”. Będzie więc musiał wskazać, jakie to kłamstwa. Sąd sprawę trzyma na półce.

Ciekawa jest natomiast sytuacja ze wspomnianym zawiadomieniem. Rzecz dotyczy szeroko opisywanego w mediach incydentu w Kamakurze. Przypomnijmy – wchodząc do tamtejszej świątyni szintoistycznej, dyrektor generalny MSZ miał zachowywać się w sposób niewłaściwy, obrażając gospodarzy i kompromitując Polskę. Izydorczyk mówił o tym w rozmowie z Onetem, wcześniej, zaraz po tych wydarzeniach, pisał do MSZ i telefonował m.in. do wicemarszałek Sejmu Małgorzaty Gosiewskiej. I Papierz, i towarzyszący mu urzędnicy MSZ zarzucili Izydorczykowi kłamstwo i konfabulację. Napisali oświadczenie, że Izydorczyka w ogóle z nimi wówczas nie było, zwiedzał świątynię Buddy, więc cóż mógł zobaczyć? Na co ambasador przedstawił plan kompleksu w Kamakurze, świątynia buddyjska leży kilka kilometrów od szintoistycznej, nie sposób zatem zwiedzać ich równocześnie ani tak, że na chwilę odchodzi się od grupy. Poza tym przedstawił zdjęcia z wycieczki, na których widać, że grupa jest razem. I oskarżył urzędników MSZ, że aby chronić Papierza, poświadczają nieprawdę. Sprawa stała się bardzo poważna. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania.

Na to Izydorczyk złożył zażalenie do sądu – i wygrał. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia w postanowieniu z 30 kwietnia polecił prokuraturze ponowne zajęcie się sprawą. „Ustalając stan faktyczny, prokurator oparł się w całości na twierdzeniach zawartych w pismach nadesłanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, nie odnosząc się w żaden sposób nawet do załączonych przez skarżącego do zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa dokumentów”, czytamy w uzasadnieniu.

Z kolei Andrzej Papierz atakuje Izydorczyka na kilku innych frontach. Złożył doniesienie do prokuratury „w sprawie”. Nie wiadomo, na jakim etapie jest postępowanie, choć Izydorczyk przez prokuraturę był przesłuchiwany w charakterze świadka w maju 2020 r.

Poza tym przeciw byłemu ambasadorowi toczą się dwie sprawy sądowe. Jedna, wytoczona przez obecnego ambasadora RP w Tokio w imieniu „ambasady RP”, co jest dziwne, bo z takim powództwem może wystąpić tylko ministerstwo, a nie ambasador Paweł Milewski. Udzielił on zresztą pełnomocnictwa – radcy prawnemu MSZ! I domaga się zapłaty za wspomnianą wcześniej notę obciążeniową. Tę samą, na temat której wypowiedziała się Międzyresortowa Komisja Orzekająca przy Ministerstwie Finansów. Druga zaś z powództwa Andrzeja Papierza, o ochronę dóbr osobistych.

W tej drugiej chodzi cały czas o incydent w Kamakurze – sąd do czasu rozstrzygnięcia wydał Izydorczykowi zakaz wypowiadania się w tej kwestii. Ale kiedy sprawa trafi na wokandę, nie wiemy.

Izydorczyk jest również nękany pomniejszymi atakami – internetowych hejterów czy wypowiedziami zaprzyjaźnionych z Papierzem dziennikarzy i urzędników. – Na każdy atak reaguję – mówi. – Zwłaszcza kiedy wiem, że informacje w nim zawarte pochodzą ze środka MSZ lub służb. Każde kłamstwo ścigam. Chodzę na policję, kieruję sprawy do sądów. To jest męczące, ale skuteczne. Liczba ataków zmalała. Choć wiem, że cały czas jestem pod obserwacją. Banalny przykład – przesyłki pocztowe trafiają do mnie z opóźnieniem, najczęściej uszkodzone. I wszystkich, w tym niektórych sędziów i prokuratorów, ostrzegam, że jak władza się zmieni, to – jeśli łamali prawo – odpowiedzą za to. Na pewno tego przypilnuję.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 24/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy