Każdy dzień milczenia zabija Warszawę – rozmowa z Sebastianem Wierzbickim
Najważniejsza sprawa to zatrzymanie dzikiej reprywatyzacji. To walka o nieruchomości warte 35 mld zł, o tysiące mieszkań Sebastian Wierzbicki – kandydat KKW SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy Kampania samorządowa wchodzi w decydujący etap. Różnie można o niej mówić, ale na pewno jej pozytywną cechą jest to, że pokazała problemy Warszawy, wreszcie zaczęto o nich rozmawiać. Czy już wiemy, jaki jest najważniejszy problem stolicy? Taki, który nowe władze będą musiały jak najszybciej rozwiązać? – Zdecydowanie reprywatyzacja. Dekret Bieruta. Jeżeli ten problem nie zostanie w najbliższym czasie rozwiązany, Warszawie może grozić bankructwo. A tysiące mieszkańców mogą znaleźć się bez dachu nad głową, bez przedszkoli i szkół. Nowe władze Warszawy ten problem muszą rozwiązać w pierwszej kolejności. Oczywiście nie da się tego zrobić bez Sejmu, bo musi zostać w końcu przyjęta ustawa reprywatyzacyjna. Cena milczenia Czyli nie da się tego zrobić bez PO. – Mam żal do Hanny Gronkiewicz-Waltz, że Platforma przez siedem lat nic w tej sprawie nie zrobiła. A ona jest przecież wiceprzewodniczącą PO, partii rządzącej! Oni w Sejmie mają większość. I nic! Z jednej strony, trzeba więc naciskać, żeby parlament wreszcie ustawę przyjął, z drugiej zaś – trzeba działać w ramach obecnego prawa. Pierwszą rzeczą, którą zrobię jako prezydent miasta, będzie powołanie specjalnego zespołu, składającego się z najlepszych prawników, z najlepszych urzędników, specjalistów od nieruchomości, ale również przedstawicieli lokatorów, żeby opracować odpowiednie projekty ustaw i procedury. Żeby bronić Warszawy. Stać Warszawę na taki zespół? – Na to miasto musi być stać. Także po to, by chronić lokatorów reprywatyzowanych kamienic. Przypomnę, że dzięki SLD już dziś lokatorzy z budynków zwracanych byłym właścicielom mają większą możliwość otrzymywania nowych mieszkań od gminy. Dla nich wprowadziliśmy złagodzenie kryteriów, to taka pierwsza, doraźna pomoc. Chcę, aby przed ewentualnym zwrotem nieruchomości lokatorzy dostawali od miasta mieszkania zastępcze. Musi być też wprowadzona pełna jawność procedury i procesu odszkodowawczego, wnioski o odszkodowanie bądź o zwrot nieruchomości muszą być rozpatrywane w kolejności zgłoszeń, a nie tak jak dzisiaj – że najpierw rozpatruje się wnioski o zwrot nieruchomości w centrum Warszawy, atrakcyjnych działek, na których są szkoły, boiska, przedszkola. Te działki trafiają nie do byłych właścicieli, lecz do handlarzy roszczeniami, którzy z przedwojennymi kamienicami nie mieli nic wspólnego! To jest ponad wszelką wątpliwość problem numer 1 do rozwiązania. Jaka jest skala roszczeń? – W Warszawie jest prawie 2 tys. wniosków o zwrot nieruchomości. Ich wartość, jak się szacuje, sięga 35 mld zł. I to według najostrożniejszych szacunków. Czyli nieruchomości warte 35 mld zł trafiłyby w ręce kancelarii prawnych. – Dzisiaj większą część zwrotów otrzymują nie spadkobiercy, ale handlarze roszczeniami. Na rynku warszawskim jest kilka kancelarii wyspecjalizowanych w roszczeniach. Niedawno w „Gazecie Wyborczej” mogliśmy przeczytać o sztuczkach, jakie stosują. Ale przecież po wojnie było tu morze gruzów! Gdyby nie dekret Bieruta, miasto nie zostałoby odbudowane. – Oczywiście. Każdy, kto twierdzi inaczej, kłamie. I to jest paradoks – po II wojnie światowej i państwo, i sami mieszkańcy dźwignęli to miasto z ruin, odbudowali kamienice, a dziś, po 70 latach, tracą je na rzecz tzw. spadkobierców. Nagle dowiadują się, że nie mają prawa do tego, co własnymi rękami odbudowywali. Dlaczego PO umywa ręce? Sprawa dekretu Bieruta nie jest przecież nowa. O tym, że trzeba ją załatwić, mówi się od lat. Platforma też rządzi w Polsce i w Warszawie od lat… – Trzy lata temu w wyborach do parlamentu startowało kilku byłych samorządowców PO z Warszawy. Prominentnych, dziś są posłami. Wtedy do wyborów szli pod hasłem, że rozwiążą problem dekretu Bieruta. To samo obiecywała Hanna Gronkiewicz-Waltz cztery lata temu. Dzisiaj mamy ponowny festiwal obietnic, pani prezydent mówi dokładnie to samo, co cztery lata temu, tylko przez te cztery lata, a tak naprawdę przez siedem, ani ona, ani jej partia nic w tej sprawie nie zrobiły! Dlaczego? – Politycy PO tłumaczą się, że nie zdołali uzyskać poparcia koalicjanta, czyli PSL, ani ustalić jednolitej linii w ramach Platformy Obywatelskiej. Mówią, że w tej sprawie linia podziału przebiega terytorialnie, a nie partyjnie. Wierzy pan w to? – Zwrócę tylko uwagę,






