Kobiety są ofiarami miejsca urodzenia

Kobiety są ofiarami  miejsca urodzenia

Zdarzało mi się płakać podczas wywiadów, nie mogłam znieść nienawiści i przemocy wymierzonej przeciw kobietom, z którymi rozmawiałam

(…) Wojna w Sudanie wybuchła w 2003 r., kiedy zbuntowane oddziały rdzennych czarnych Afrykanów zaczęły atakować sudański rząd – złożony głównie z Arabów – protestując przeciwko instytucjonalnemu rasizmowi i niesprawiedliwemu traktowaniu własnych plemion. Rząd Sudanu odpowiedział bezlitosnym odwetem. Zbombardowano i zaatakowano własnych obywateli w Darfurze, dokonywano nalotów, wykorzystując stare rosyjskie samoloty Antonow, potem wysłano konne oddziały uzbrojonej milicji, dżandżawidów, by gwałciły i mordowały mieszkańców i pustoszyły ich domy. Konflikt miał podłoże etniczne, ale chodziło też o dostęp do wody i ziemi. (…) Mieszkańcy Darfuru z plemion Fur, Masali i Zaghaw utworzyli dwie zorganizowane grupy milicji, Ruch Wyzwolenia Sudanu (SLA) i Ruch Sprawiedliwości i Równości (JEM), by odpierać ataki zdominowanego przez Arabów rządu. W 2004 r. rebelianci całkowicie okopali się na pozycjach pozwalających im walczyć z rządem, pomagali cywilnym uchodźcom przedostać się do sąsiedniego Czadu i strategicznie współpracowali z dziennikarzami, którzy prześlizgnęli się przez granicę do Darfuru, wspierając ich w dokumentowaniu spustoszeń w kraju zasłanym ciałami pomordowanych. (…)

Spotkałam się z Somini [Somini Sengupta, korespondentka „New York Timesa” – przyp. red.] w Ndżamenie, stolicy Czadu, skąd poleciałyśmy do Abéché, miasta w pobliżu granicy z Sudanem. (…) W Abéché spędziłyśmy noc w kwaterze ONZ, a rano wyruszyłyśmy ku odległej miejscowości Bahai, dokąd tłumnie napływali uciekinierzy z Darfuru. Pod koniec 2004 r. w obozie dla uchodźców prawie nie było infrastruktury: Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców i międzynarodowe organizacje niosące pomoc humanitarną były przytłoczone nagłym napływem dziesiątek tysięcy uciekinierów, dla większości nie było ani schronienia, ani żywności, korzystali z wody ze zbiorników ratunkowych rozmieszczonych na pustyni przez organizacje pozarządowe.

Kiedy jechałyśmy do Bahai, zdałam sobie sprawę, jak potworna to przeprawa dla uchodźców, dookoła i na horyzoncie tylko piach. Widziałam prowizoryczne namioty pełne niedożywionych cywilów o przerażonych oczach. Wieśniacy przybyli kilka sekund wcześniej, żywe szkielety, gnieździli się pod powykręcanymi, karłowatymi drzewkami. Byli głodni, spragnieni i zbyt apatyczni, by o cokolwiek prosić i się poruszać. (…) W Darfurze nie było klęski głodu, ale po raz pierwszy widziałam ludzi, którzy po prostu nie mieli jedzenia, a byli tak osłabieni ucieczką, że prawie nie mogli chodzić.

W oszołomieniu obeszłam pustynny obóz, ja – biała, dobrze odżywiona kobieta – dreptałam przez ich nieszczęście. Ludzie rozumieli, że jestem zagraniczną dziennikarką, ale wciąż nie wyobrażałam sobie, jak mam robić im zdjęcia, nie naruszając ich godności. (…)
Kiwali głowami lub odwzajemniali uśmiech. Nigdy nie odmawiali.

Kryzys w Darfurze szybko narastał i społeczność międzynarodowa zaczęła używać określenia „ludobójstwo”. Niewielu fotografów robiło wówczas zdjęcia uchodźcom. (…) Miałam nadzieję, że rozdzierające serce obrazy z Sudanu – zwłaszcza na pierwszej stronie „New York Timesa” – sprawią, że ONZ i organizacje pozarządowe szybciej zareagują na ten kryzys. Rząd Sudanu konsekwentnie zaprzeczał, jakoby krzywdził kogokolwiek w Darfurze, więc fotoreporterzy mogli przygotować historyczne świadectwo prawdy.

Sudański rząd nie wydawał dziennikarzom wiz do Darfuru, więc jedyna droga prowadziła przez nielegalne przejścia graniczne z Czadem. Dziennikarze często przekraczali granice wraz z oddziałami SLA (…). Przywódcy ruchu byli wystarczająco sprytni, by zrozumieć, że relacje w mediach mogą przysłużyć się ich sprawie, więc uciekali się do wszelkich sposobów, by ułatwić wyprawy do Darfuru.

(…) Podczas mojej wyprawy SLA, z braku środków, zebrała czworo zagranicznych dziennikarzy, żeby zorganizować wyjazd do Darfuru, nie zważając na rywalizację ekip reporterów, z których każdy chciał mieć daną historię na wyłączność: ja, Somini, fotograf wolny strzelec Jehad Nga i Jahi Chikwendiu z „The Washington Post”. (…) Plan zakładał, że podjedziemy w pobliże granicy Czadu, potem pieszo pokonamy kilka kilometrów ziemi niczyjej między Czadem a Sudanem i spotkamy się z rebeliantami w Darfurze. Wiedzieliśmy, że w Darfurze będziemy musieli wszystko nosić na plecach, więc zabraliśmy jak najmniej rzeczy, zostawiając obiektywy, akumulatory, ubrania, buty i niezbyt inteligentnie – kilka butelek wody. Rozpoczęliśmy pięciodniową podróż przez Sahel, południowy skraj Sahary.

Było potwornie gorąco. Nawet lekki bagaż, jaki miał każdy z nas, w pustynnym upale wydawał się zbyt ciężki. Kiedy tylko wyruszyliśmy, spotkaliśmy nomadów z wielbłądami, którzy zaoferowali, że umocują naszą wodę, namioty i inne pakunki na garbach zwierząt, by nam ulżyć. (…) Żaden z nomadów nie napił się nawet łyka wody podczas trzygodzinnej wędrówki. Ja pochłonęłam pierwszą z moich dwóch butelek. Trzeba było wziąć więcej wody.

W czasie pory deszczowej i po niej Sahel pokrywały wadi, strumyki błotnistej wody niczym arterie przecinające pustynny krajobraz. Kusiło nas, by z nich pić, ale woda była brązowa i lepka. Gwarantowała natychmiastową biegunkę. (…)

Przeszliśmy na drugi brzeg, kilka kilometrów w głąb ogarniętego rebelią Sudanu, i spotkaliśmy bojowników z SLA – zbieraninę zwinnych, muskularnych młodych mężczyzn. Większość miała na sobie kolorowe turbany i stare amerykańskie bluzy sportowe lub koszulki, które spokojnie mogli zwinąć w sklepie Goodwill w Minnesocie. „Pojazd”, jaki nam obiecano w Czadzie, okazał się rozpadającym pikapem, ogołoconym ze wszystkiego z wyjątkiem kół i maski. (…)

Drugiego dnia zostało niewiele wody, a w okolicy nie było widać studni. Założyliśmy, że w Darfurze będzie można kupić butelkowaną wodę. Jacy byliśmy głupi! W wioskach, przez które przejeżdżaliśmy, nie było sklepów, drgało rozpalone i suche powietrze, czuliśmy się tak, jakby ktoś dmuchał nam suszarką w twarz i do gardła. (…)

Przy każdym źródle wody rebelianci stawali i napełniali butelki brązowym błotem zmieszanym z wodą, ale wiedzieliśmy, że dla nas, chawadży, czyli obcych białych, nawet łyk oznacza śmiertelne zatrucie. Racjonowaliśmy wodę z kilku butelek, które przywieźliśmy, i zastanawialiśmy się, co możemy zrobić, bo dręczyły nas pierwsze objawy odwodnienia: wyczerpanie, letarg, bóle głowy. Znalezienie wody stało się moją obsesją. Nigdy nie byłam w sytuacji, w której pod ręką nie byłoby kranu, studni, czystych strumieni – żadnego źródła wody, naprawdę żadnego. Słońce paliło naszą jasną skórę, płyny parowały z ciała szybciej, niż się pociliśmy. Rebelianci byli tak pochłonięci piciem błota ze strumieni, że niemal nie zauważali naszej desperacji w poszukiwaniu czegokolwiek choć trochę przypominającego wodę. Zbierali puste butelki, które wyrzucaliśmy. W Darfurze plastik był na wagę złota, a pieniądze nie znaczyły prawie nic.

W końcu trzeciego dnia dotarliśmy do bazy rebeliantów w wiosce Shigekaro. Pustka i jeszcze więcej piasku, kilka chat krytych strzechą i maleńki sklep, w którym można było kupić sztucznie barwione napoje, sól, cukier, makaron i parę innych produktów. Wyschnięte wadi otaczało wieś, drzewa osłaniające miejsce, które stało się naturalną toaletą. Wody nie było.

SLA miała w Shigekaro mały obóz szkoleniowy, więc rozłożyliśmy się tam i fotografowaliśmy przyszłych żołnierzy trenujących o świcie i o zmierzchu. Nasi bojownicy rozdzielili się i odpoczywali. Obeszłam wioskę w poszukiwaniu wody niczym wampir węszący za krwią. Rzuciłabym się nawet na dziecko, gdyby miało wodę. Potem zobaczyłam napis. Nigdy nie sądziłam, że tak się ucieszę, widząc te słowa w Darfurze: „SAVE THE CHILDREN”. Studnia! (…)

Większość buntowników miała podstawowe wykształcenie, jednak słuchali BBC przez krótkofalówki i sypali nazwiskami oficjeli z całego świata zaangażowanych w konflikt w Darfurze, od ONZ po przedstawicieli rządu Stanów Zjednoczonych i drobnych graczy z Sudanu. Chcieli pokazać nam żniwo wojny, nie wyłączając scen, których dotychczas raczej nie oglądali zagraniczni dziennikarze: zgliszcza spalonych wiosek, opuszczonych i splądrowanych. W jednej z nich wśród zwęglonych resztek wsi sterczał osmalony garnek. Mogłam sobie wyobrazić panikę i przerażenie, jakie zapanowały, gdy dżandżawidzi wypędzali mieszkańców z domów, gonili za nimi, gwałcili uciekające kobiety. Ziemia była usłana szkieletami. Spomiędzy kości niektórych szkieletów wystawały fragmenty skóry w różnym stadium rozkładu. Na jednych zachowały się resztki odzieży, na innych nie, za to z prawie wszystkich trupów zdarto buty. Dobre buty zawsze przydawały się na wojnie.

Przez następne pięć lat wracałam do Darfuru co rok, mniej więcej na miesiąc. Pracowałam dla „New York Timesa”, „The New York Times Magazine”, a później dostałam grant z agencji Getty Images. W miarę jak sytuacja w Sudanie się pogarszała, rząd coraz bardziej ograniczał wydawanie wiz dziennikarzom i legalny wjazd do kraju stał się prawie niemożliwy. Wizy nie były jedyną przeszkodą w relacjonowaniu konfliktu w Darfurze. Niemal nie do pokonania była również biurokracja: zezwolenia, niepotrzebne papierki, pieczątki i fotokopie. Zawsze z uporem i cierpliwością ponawiałam wniosek o wizę i wypełniałam dokumenty, dzięki czemu jako jedna z niewielu fotografów nieprzerwanie dokumentowałam konflikt od 2004 do 2009 r.

Darfur był jednym z miejsc, gdzie głęboko pojmowałam podłoże konfliktu, rozumiałam, według jakich reguł grają strony, i wiedziałam, jak poruszać się w tym systemie, by pracować. (…) Darfur pokazał mi oblicze wojny, podczas której ludzie zabijali swoich, w ich własnym kraju. Może i ta wojna zaczęła się jako ludobójstwo, ale przekształciła się w wojnę domową, gdzie każda ze stron miała na sumieniu mordy, gwałty, rabunki. Wszyscy gracze byli winni. Na przestrzeni lat zmuszałam się do kreatywności, do pokazywania wciąż tych samych scen w odmienny sposób. (…) Choć konflikty były ohydne, ich uczestnicy byli piękni, nosili kolorowe stroje i mimo codziennych trudów szeroko się uśmiechali. Sudańczycy byli wspaniali, przyjaźnie nastawieni, wytrzymali – i to chciałam podkreślić w swoich pracach. (…)

W przerwach między wizytami w Darfurze często jeździłam na teren innej wojny domowej, która w 2006 r. rozpoczęła się na wschodzie Demokratycznej Republiki Konga. Setki tysięcy mieszkańców wysiedlonych z wiosek na wschodzie kraju mieszkało teraz w przeludnionych obozach w Kiwu Północnym i Kiwu Południowym. Ataki ze strony sił rządowych i rebelianckich spowodowały miliony ofiar śmiertelnych, niezliczona rzesza Kongijek padła ofiarą gwałtów. Żołnierze gwałcili kobiety, by zaznaczyć swoje terytorium, by niszczyć więzy rodzinne (zgwałcone kobiety często spotykał ostracyzm ze strony bliskich) i by zastraszyć ludność cywilną, tym samym ustanawiając władzę. Zmuszali rodziny ofiar do przyglądania się gwałtom. Dopuszczali się zbiorowych gwałtów na kobietach, często używali broni, żeby dodatkowo je ranić (…). Historie, jakie słyszałam, były niewyobrażalnie okrutne. Jako fotoreporterka czułam, że nie mogę zrobić dla kobiet z Konga nic więcej oprócz utrwalenia ich opowieści. Miałam nadzieję, że świadomość potworności, przez jakie przechodzą, może je w pewien sposób ocalić. I za rok wracałam.

W 2008 r. dostałam grant (…). Miałam dokumentować przemoc dotyczącą płci i gwałty jako broń wojenną. Objazdowa wystawa „Kobiety Konga” obejmowała też zdjęcia z DRK wykonane przez moich kolegów Jamesa Nachtweya, Rona Haviva i Marcusa Bleasdale’a i była pokazywana ponad 15 razy w Stanach Zjednoczonych i Europie. Towarzyszyła jej zbiórka pieniędzy na operacje dla Kongijek, pozwalające usunąć przetoki. (…)

Spędziłam dwa tygodnie, podróżując po Kiwu Północnym i Kiwu Południowym, rozmawiając z kobietami, które były ofiarami przemocy seksualnej, i fotografując je. Byłam zaskoczona tym, jak wiele kobiet zgadzało się otwarcie opowiadać o swych przeżyciach. Jedne mówiły o tym, że zostały zarażone HIV, opuszczone przez mężów, którzy dowiedzieli się o gwałtach. Inne uprowadzono i były przetrzymywane jako seksualne niewolnice nawet przez kilka lat, rodziły dzieci gwałcicieli. Zdumiało mnie, że wszystkie były tak dojrzałe i miały tyle serca, by kochać dzieci niezależnie od tego, w jakich okolicznościach zostały poczęte.

Tyle kobiet było ofiarami miejsca urodzenia. Nie miały nic, kiedy się rodziły, i nie będą miały nic w chwili śmierci. Żyły z tego, co dawała ziemia, i dzięki oddaniu rodzinie, dzieciom. Rozmawiałam z dziesiątkami Afrykanek, które przeszły więcej nieszczęść i tragedii, niż przeciętny człowiek Zachodu może sobie wyobrazić, a jednak nie poddały się. Zdarzało mi się płakać podczas wywiadów, nie mogłam znieść nienawiści i przemocy wymierzonej przeciw kobietom, z którymi rozmawiałam.

Bibiane
Urodziła troje dzieci, choć kiedy ją poznałam, miała dwoje. Jedno zmarło, prawdopodobnie z niedożywienia. Opowiadała, jak walczyła o każdy grosz. Znajoma zaoferowała jej pieniądze za przenoszenie mąki z manioku przez las i właśnie tam spotkała trzech mężczyzn. Nie mogła uciec. Trzymali ją trzy dni i na zmianę gwałcili. Kiedy jej mąż wrócił z podróży i usłyszał, że została porwana i zgwałcona, odszedł. Wkrótce okazało się, że zarażono ją HIV i że jest w ciąży. Jutro ma urodzić dziecko – była w ósmym miesiącu ciąży, chuda jak bambus – a nie stać jej na opłacenie porodu. Nie miała nawet cukru. Spytałam, czy bierze leki na HIV. Otworzyła fioletową torbę, w której trzymała tabletki i kartofel stanowiący jej obiad. Płakała, ponieważ była bezdomna, mieszkała na ulicy.

Vumila
Spała, kiedy usłyszała łomot. Dziewięciu mężczyzn mówiących kinyarwanda, językiem używanym w Rwandzie, wyważyło drzwi, wpadło do środka i podartymi ubraniami i sznurkami związało ręce jej i dzieciom, by ich obrabować. Męża nie było w domu. Kiedy ograbili dom, rozwiązali Vumilę i kazali jej dźwigać zrabowane rzeczy na plecach przez las. Po tygodniu wspinania się na wzgórza, schodzenia z nich i przedzierania się przez las przewracała się z wyczerpania. Wówczas ją kopali. Dotarli do pierwszego punktu kontrolnego rebeliantów. Mężczyźni – niektórzy w mundurach, inni w dresach – rozwiązali jej ręce. Co najmniej dziewięciu gwałciło ją i inne kobiety w wielkim, otwartym pomieszczeniu, inni się przyglądali. Dowódca obozu wybrał Vumilę „na żonę” na czas niewoli. Musiała przebywać w jego domu w dzień i w nocy. Przez osiem miesięcy była bezustannie gwałcona. Kiedy potrzebowała się umyć, uwiązywali ją na sznurku, jak zwierzę, i prowadzili do rzeki. Wszystkich, którzy próbowali ucieczki, zatłukli kijami, a ich ciała wystawili na widok publiczny ku przestrodze innych więźniów. (…)

Mapendo
Prawdopodobnie umierała na AIDS. Słyszałam, że padła ofiarą zbiorowego gwałtu, wkrótce zachorowała, ale nie miała jak dojechać do szpitala. Zjawiliśmy się bez zapowiedzi, siedziała z matką i siostrami przed chatą. Dygotała mimo upału, miała wysypkę. Jej skóra, niegdyś czarna i lśniąca, była matowa i pokryta plamami. Wychudzona i osłabiona Mapendo prawie nie miała siły, by uścisnąć mi dłoń na powitanie. Pięć miesięcy wcześniej udało się jej uciec i wrócić do chaty, po tym jak porwało ją pięciu żołnierzy mówiących kinyarwanda. Przed uprowadzeniem nigdy nie oddalała się od wioski. Nie miała pojęcia, skąd pochodzili. Wiedziała jedynie, że każdy z nich regularnie ją gwałcił, że zarazili ją chorobą, która wywoływała ból w całym ciele. Nie miała pieniędzy na szpital. Leżała na drewnianej desce służącej za materac. Była zmęczona.

Nie chciałam pozbawiać jej resztek energii, zmuszając do rozmowy, ale nie mogłam tak po prostu odejść. Krótko porozmawiałyśmy. Zrobiłam kilka zdjęć, jak leży. Do najbliższego szpitala były dwie godziny drogi, mój samochód był pełen Kongijczyków z pomocy humanitarnej, pracowników ONZ i innych ludzi, którzy dołączyli, licząc na napiwek za jakąkolwiek formę pomocy. Powiedziałam im, że bierzemy Mapendo do szpitala, i to zaraz, lecz ku mojemu zaskoczeniu zaprotestowali. Głosili, że niosą pomoc humanitarną, a odmówili ratunku umierającej kobiecie. Oświadczyłam, że mogą jechać w samochodzie z Mapendo i jej przeciekającą przetoką albo przesiąść się na dach. Tak czy siak, ona z nami jedzie. Pomogłam matce Mapendo wnieść dziewczynę do gigantycznego SUV-a. Zawieźliśmy ją do Bukavu, gdzie została przyjęta do szpitala.

Wydanie: 13/2017

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy