Kobiety są ofiarami miejsca urodzenia

Kobiety są ofiarami  miejsca urodzenia

Lynsey Addario, Ýstanbul Turkey, 17.10.2009 High-resolution photos for download. Photos are owned by the MacArthur Foundation and licensed under a Creative Commons license: CC-BY. Credit: John D. & Catherine T. MacArthur Foundation.

Zdarzało mi się płakać podczas wywiadów, nie mogłam znieść nienawiści i przemocy wymierzonej przeciw kobietom, z którymi rozmawiałam (…) Wojna w Sudanie wybuchła w 2003 r., kiedy zbuntowane oddziały rdzennych czarnych Afrykanów zaczęły atakować sudański rząd – złożony głównie z Arabów – protestując przeciwko instytucjonalnemu rasizmowi i niesprawiedliwemu traktowaniu własnych plemion. Rząd Sudanu odpowiedział bezlitosnym odwetem. Zbombardowano i zaatakowano własnych obywateli w Darfurze, dokonywano nalotów, wykorzystując stare rosyjskie samoloty Antonow, potem wysłano konne oddziały uzbrojonej milicji, dżandżawidów, by gwałciły i mordowały mieszkańców i pustoszyły ich domy. Konflikt miał podłoże etniczne, ale chodziło też o dostęp do wody i ziemi. (…) Mieszkańcy Darfuru z plemion Fur, Masali i Zaghaw utworzyli dwie zorganizowane grupy milicji, Ruch Wyzwolenia Sudanu (SLA) i Ruch Sprawiedliwości i Równości (JEM), by odpierać ataki zdominowanego przez Arabów rządu. W 2004 r. rebelianci całkowicie okopali się na pozycjach pozwalających im walczyć z rządem, pomagali cywilnym uchodźcom przedostać się do sąsiedniego Czadu i strategicznie współpracowali z dziennikarzami, którzy prześlizgnęli się przez granicę do Darfuru, wspierając ich w dokumentowaniu spustoszeń w kraju zasłanym ciałami pomordowanych. (…) • Spotkałam się z Somini [Somini Sengupta, korespondentka „New York Timesa” – przyp. red.] w Ndżamenie, stolicy Czadu, skąd poleciałyśmy do Abéché, miasta w pobliżu granicy z Sudanem. (…) W Abéché spędziłyśmy noc w kwaterze ONZ, a rano wyruszyłyśmy ku odległej miejscowości Bahai, dokąd tłumnie napływali uciekinierzy z Darfuru. Pod koniec 2004 r. w obozie dla uchodźców prawie nie było infrastruktury: Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców i międzynarodowe organizacje niosące pomoc humanitarną były przytłoczone nagłym napływem dziesiątek tysięcy uciekinierów, dla większości nie było ani schronienia, ani żywności, korzystali z wody ze zbiorników ratunkowych rozmieszczonych na pustyni przez organizacje pozarządowe. Kiedy jechałyśmy do Bahai, zdałam sobie sprawę, jak potworna to przeprawa dla uchodźców, dookoła i na horyzoncie tylko piach. Widziałam prowizoryczne namioty pełne niedożywionych cywilów o przerażonych oczach. Wieśniacy przybyli kilka sekund wcześniej, żywe szkielety, gnieździli się pod powykręcanymi, karłowatymi drzewkami. Byli głodni, spragnieni i zbyt apatyczni, by o cokolwiek prosić i się poruszać. (…) W Darfurze nie było klęski głodu, ale po raz pierwszy widziałam ludzi, którzy po prostu nie mieli jedzenia, a byli tak osłabieni ucieczką, że prawie nie mogli chodzić. W oszołomieniu obeszłam pustynny obóz, ja – biała, dobrze odżywiona kobieta – dreptałam przez ich nieszczęście. Ludzie rozumieli, że jestem zagraniczną dziennikarką, ale wciąż nie wyobrażałam sobie, jak mam robić im zdjęcia, nie naruszając ich godności. (…) Kiwali głowami lub odwzajemniali uśmiech. Nigdy nie odmawiali. Kryzys w Darfurze szybko narastał i społeczność międzynarodowa zaczęła używać określenia „ludobójstwo”. Niewielu fotografów robiło wówczas zdjęcia uchodźcom. (…) Miałam nadzieję, że rozdzierające serce obrazy z Sudanu – zwłaszcza na pierwszej stronie „New York Timesa” – sprawią, że ONZ i organizacje pozarządowe szybciej zareagują na ten kryzys. Rząd Sudanu konsekwentnie zaprzeczał, jakoby krzywdził kogokolwiek w Darfurze, więc fotoreporterzy mogli przygotować historyczne świadectwo prawdy. • Sudański rząd nie wydawał dziennikarzom wiz do Darfuru, więc jedyna droga prowadziła przez nielegalne przejścia graniczne z Czadem. Dziennikarze często przekraczali granice wraz z oddziałami SLA (…). Przywódcy ruchu byli wystarczająco sprytni, by zrozumieć, że relacje w mediach mogą przysłużyć się ich sprawie, więc uciekali się do wszelkich sposobów, by ułatwić wyprawy do Darfuru. (…) Podczas mojej wyprawy SLA, z braku środków, zebrała czworo zagranicznych dziennikarzy, żeby zorganizować wyjazd do Darfuru, nie zważając na rywalizację ekip reporterów, z których każdy chciał mieć daną historię na wyłączność: ja, Somini, fotograf wolny strzelec Jehad Nga i Jahi Chikwendiu z „The Washington Post”. (…) Plan zakładał, że podjedziemy w pobliże granicy Czadu, potem pieszo pokonamy kilka kilometrów ziemi niczyjej między Czadem a Sudanem i spotkamy się z rebeliantami w Darfurze. Wiedzieliśmy, że w Darfurze będziemy musieli wszystko nosić na plecach, więc zabraliśmy jak najmniej rzeczy, zostawiając obiektywy, akumulatory, ubrania, buty i niezbyt inteligentnie – kilka butelek wody. Rozpoczęliśmy pięciodniową podróż przez Sahel, południowy skraj Sahary. Było potwornie gorąco. Nawet lekki

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 13/2017, 2017

Kategorie: Obserwacje