Kochliwy Mandelsztam

Kochliwy Mandelsztam

Osip był babiarz, cóż, poeta – Nadia uważała, że nie wypada okazywać zazdrości, to przeżytek, a my artyści…

W Kijowie, w roku 1919, była na jego wieczorze autorskim – i dech w niej zaparło, kiedy nagle, jak wspominała, „z ust mu wyleciał Bóg”. Dech w niej zaparło, kiedy usłyszała: „Panie Boże, odezwałem się przez pomyłkę, nie wiedząc wcale, że tak powiem. Boże imię, jak ptak ogromny, wyleciało z piersi mojej”. Już wiedziała, że Osip będzie miał ciężkie życie. I ona, Nadia, z nim.

Kijów przechodził z rąk do rąk. Petlura, bolszewicy, Niemcy z hetmanem Skoropadskim, znowu czerwoni, Polacy z Petlurą, czerwoni – zresztą niekoniecznie w tej kolejności. Do mieszkania Kozincewów, rodziców Luby, z którą zwiąże się na zawsze Ilja Erenburg, wtedy jeszcze przede wszystkim poeta, wpada dryblas w mundurze oficerskim, wrzeszczy: „Pana Jezusa ukrzyżowaliście! Rosję sprzedaliście!”. I już chce się mścić na doktorze Kozincewie za żydowskie zbrodnie, kiedy dostrzega leżącą na stole papierośnicę. Zniża głos: „Srebrna?”. Srebrna. No i chwała Bogu. Chwyta papierośnicę i wybiega. Uratowani.

Luba zapadła na tyfus i leżała w gorączce. Ilja stale przy niej. „Kiedy wreszcie gorączka spadła – opowiada Ilja – Luba była przekonana, że umarła i każą jej żyć, nie wiadomo po co, po śmierci”. Ilja krzątał się, zdobywał dla niej żywność, gotował. „Łykałem ślinę, ona zaś mówiła: Po co mam jeść? Przecież ja umarłam”.

Wszystkie drogi prowadziły do Piotrogrodu, myślę, przeglądając notatki. Wybieram te, które będę dzisiaj pani Matyldzie podsuwać. Czy ona na serio myśli o tym, żeby mi sekretarzować? „Będzie hit”. Temu wydawnictwu, z którym pani redaktor współpracuje, „Rakiecie”, hit by się przydał.

Tak, trzeba nam do Piotrogrodu, uciec z rozdzieranego przez watahy Kijowa pod skrzydła Gorkiego, ale najpierw może na Kaukaz lub na Krym, to schronienie bliższe i bardziej naturalne, pod ciepłym niebem, pośród palm i owoców. W Teodozji, na Krymie, kolejne rzezie. Najpierw mordują biali pod dowództwem gen. Antona Denikina, w grudniu będą się za te rzezie mścić czerwoni. (Kartka o Denikinie. Dzieciństwo spędził w Polsce, matka służąca, Polka, ale on sam wyrósł na zaciekłego rosyjskiego nacjonalistę. Piłsudski w 1919 r. posłał do niego tajnego emisariusza, Leona Wasilewskiego, ojca małej Wandeczki, żeby go zapytał, jak widzi przyszłość Polski, czy może obiecać niepodległość. Denikin odpowiedział, że o tym zadecyduje Duma w zwycięskim Imperium. „Na pewno możecie liczyć na autonomię”. Wasilewski pożegnał się i wrócił do Warszawy. Już wiadomo, że Polacy muszą się wstrzymać z popieraniem białogwardzistów. Wiele lat później Denikin, na emigracji w Paryżu, oskarżył Piłsudskiego, że pokumał się z Leninem – nie wspomniał tylko, że nie zadeklarował dla Polski niepodległości. A bolszewicy to zrobili. Z Zachodu przysyłano Denikinowi sygnały: musi pan rzucić hasło, dwa słowa: Republika i Federacja! Denikin wierzył tylko w rozstrzygnięcia na polu bitwy. „Nie poprzez deklaracje i formułki zmienia się bieg Historii”. Nie rozumiał swoich czasów. Hasła: „Ziemi, chleba, pokoju!” zmieniły właśnie „bieg historii”).

W Piotrogrodzie Aleksander Błok, najwybitniejszy poeta, ożeniony z córką wielkiego Mendelejewa, ten urodziwy Błok, który wyznał w osobistych zapiskach, że po pewnych wahaniach oddał w wyborach głos na listę numer „3” (eserzy i mienszewicy), nie może bolszewikom wybaczyć jednego: rewolucji w ortografii. „Las bez twardego znaku na końcu nie jest już dla mnie lasem”. Mandelsztamowie przeciw nowej ortografii się nie buntują. Przy stoliku w sanatorium na Krymie zaprzyjaźniony poeta Czułkow widzi, jak Nadia Mandelsztam wypisuje na kopercie adres zgodnie z nową ortografią. – To zdrada! – wykrzykuje Czułkow. Robi jej awanturę i przenosi się do innego stolika. (Za kilka lat, kiedy Gorki założy w Berlinie czasopismo „Biesieda”, ofiarują mu z Moskwy dotację, pod warunkiem że zastosuje nową ortografię). W Teodozji Erenburg był świadkiem, jak Osip przemówił do bogatych liberałów. „Na Sądzie Ostatecznym – mówił – zapytają was, czyście rozumieli poetę Mandelsztama. Odpowiecie: nie, nie rozumieliśmy. I wtedy zapytają: a czy dawaliście mu jeść? Jeśli odpowiecie: tak, dawaliśmy, wiele będzie wam wybaczone”.

A jednak żyliśmy wtedy nadzieją, wspomina na starość pani Mandelsztam, o imieniu Nadzieja. W Osipie, świadczy, nie było całkowitej negacji. Wciąż się bał, że „może my spoza drzew nie widzimy lasu”. (Martow, przywódca mienszewików, chwilami tak samo: a może to oni, bolszewicy, mają rację; może lepiej widzą? Takie typowo inteligenckie rozterki). Byli młodzi, Osip i Nadia – choć on o 14 lat starszy – cieszyli się sobą w łóżku. Ona nawet zamartwiała się z tego powodu: – Osia, czy to nie jest poniżające, szczęście dzięki rozkoszy fizycznej? – Ależ to wspaniale, Nadieńko, nic lepszego nie może się trafić. Nie chciała zawrzeć ślubu, taka była postępowa – powinniśmy czuć się wolni – towarzyszka Kołłontaj ma rację: „miłość to radość dwóch naskórków”, tak się wtedy mówiło. Ona zapamiętuje się w rozkoszy, a Erenburg słyszy podczas swojego wieczoru autorskiego: „Miłość płciowa to przeżytek burżuazyjny – dlaczego nie mówi się o tym wprost?”. Osip był babiarz, kochliwy, cóż, poeta – Nadia uważała, że nie wypada okazywać zazdrości, to mieszczańskie, przeżytek, a my artyści… Osip był bardziej zacofany, w gruncie rzeczy chciał mieć dom, lubił porządek, zwłaszcza na stole, to ja byłam z cyganerii, wspomina stara kobieta (…) i dopiero, jak opowiada, kiedy zrobiła mu awanturę, kiedy rozbiła mu talerz na głowie, wrzeszcząc: „Albo ona, albo ja!”, zachwycony Osip zawołał: „Nareszcie jesteś kobietą!”. Ale ślub w końcu wzięli w Piotrogrodzie, musieli się poddać, takie były wymogi kwaterunku. (Nigdy nie wziął ślubu towarzysz Mikojan, Anastas, zakochany w ormiańskiej dziewczynie, Aszchen. Ona też mówiła: masz rację, kochamy się, ślub niepotrzebny. Jej mama, Ormianka, była załamana, omal swojej Aszchen nie wyklęła. Mieli potem pięcioro dzieci i Bóg wie, jakim cudem, nikt w tej rodzinie nie padł ofiarą w okresie stalinowskim. Wszyscy nosili nazwisko ojca – mimo braku ślubu. Bo jak się jest członkiem politbiura, to wszystko da się załatwić, wystarczy telefon. Beria przychodził czasem do Mikojanów na obiady. Dzielna Aszchen zamykała się wtedy u siebie, udawała migrenę. Mówiła Anastasowi: „Jak możesz z tym potworem współpracować?”. „Zamilcz – na to mąż, oglądając się. – Gdyby nie on, dawno bylibyśmy wykończeni”. Kiedyś młody Mikojan, Sergo, próbował przeniknąć tajemnicę szczęścia ojca: przeżył wszystkich, działał od Iljicza [Lenina] do Iljicza [Breżniewa]. „Myślę – powiedział staremu ojcu, już emerytowi – że to dlatego, bo wiadomo było, że nigdy nie dążyłeś do władzy, zajmowałeś się sprawami handlu, nikomu nie zagrażałeś”. Anastas kiwał głową: tak, tak… tak było. Ale kiedyś warknął: „Wszyscy byliśmy łajdakami”. I kto wie, myślę sobie, czy nie to stwierdzenie, właśnie ono ratuje mu twarz).

Stara pani Mandelsztam wspomina, że poeci akmeiści, Chodasiewicz i Gieorgij Iwanow, jako dobrzy przyjaciele Osipa, uważali, że powinien się z nią rozstać. „To nie jest kobieta dla ciebie”, przekonywali go. I pewnie by tak zrobił, gdyby ona była typem kobiety silnej. Ale nie, była bezradna – silnych kobiet Osip nie lubił. „Szłam za nim jak piesek”. Kiedyś powiedziała mu: – Wolisz mnie od innych, bo jestem twoim tworem. On się rozgniewał. (I słusznie). Marzyła o jedwabnych pończochach. I pomyśleć, zwierzała się na starość, że mogliśmy mieć normalne życie, z awanturami, zdradami, złamanym sercem – ile bym za to dała! (Była silna, niezwykła w swojej miłości, ale o tym nie wiedziała).

Kiedyś, wiele lat później, zapytała Annę Achmatową: „Jak myślisz, czy gdybym się zestarzała przy Osii, on by mnie rzucił?”. „Na pewno by cię rzucił” – zawyrokowała bez wahania poetka przyjaciółka. Nikołaj Gumilow, czołowy akmeista, był jeszcze przed rewolucją przez 10 lat mężem pięknej Achmatowej. (Naprawdę nazywała się Gorenko; był kiedyś jakiś zjazd poetycki, na który przyjechała młoda wierszopisarka nazwiskiem Achmatowa; dwie Achmatowe spotkały się i rozmawiały ze sobą: „Widzisz – mówiła Anna do Nadii – to ona jest prawdziwą Achmatową, nie ja”). Kiedy się rozstali z Gumilowem, z niego wylazł straszny uwodziciel. „Ach, bo on mnie wciąż kocha – mówiła Anna Andriejewna – tylko mnie i dlatego zmienia kobiety”. Ona go nigdy nie kochała – uważa Nadieżda i chyba ma powody, by tak sądzić. Dwie stare kobiety wspominają mężów, kochanków, zdrajców i tych kilkoro, co odważali się czasem pomagać. Jedna z nich jest wdową po zamordowanym poecie, nieświadomą jeszcze swojego talentu prozatorskiego, druga – sławną na cały świat poetką. (Kiedyś, w Leningradzie, urządzono Achmatowej owację, wszyscy wstali, ona przyjmowała te oklaski przerażona, przeczuwała, co się stanie. Stalin się dowiedział i wybuchnął: „Kto pozwolił?”. Na stojąco – wsie wstajut, burnyje apłodismienty, standing ovation! – tak jak dla niego, Stalina. Anna jest przekonana, że to wtedy zapadła decyzja, żeby zaatakować miesięcznik „Zwiezda” za jej dekadencką, szkodliwą poezję i za opowiadania Zoszczenki). Więc tak sobie gawędzą i poetka Achmatowa roztacza wizję Raju dla poetów. Tak to będzie wyglądało: siedzą duchy poetów przy długim stole i recytują najlepsze wiersze. I kończy, zwracając się do Nadii: „Żony poetów nie będą tam miały żadnych przywilejów”.

Wdowa po Piotrze Stołypinie, zamordowanym w roku 1911 premierze, kieruje się z rodziną w stronę Niemirowa, tu znajdą schronienie pod rządami białych. Postanowiono, że Arkaszka Stołypin, praprawnuk Suworowa, 16-latek, którego buty się rozlatują, będzie do szkoły chodził boso – tak jak dzieci wiejskie. Chłopiec jest zachwycony.

Jego wuj, książę Włodzimierz Szczerbatow, schronił się niedaleko nich w chacie leśnika. Ma ze sobą kuferek, którego nigdy nie spuszcza z oka. Leśnik domyśla się, co tam może być: książęce klejnoty. W nocy morduje księcia siekierą i rzuca się na kuferek. Grzebie w papierach, ale żadnych klejnotów nie ma. Są listy, tylko listy – od ukochanej żony księcia.

Latem 1920 r., na Krymie, biali Kozacy dońscy aresztują Osipa Mandelsztama. Żyd, więc już przez to samo wróg, a do tego mógł mieć opinię komunisty. Maksymilian Wołoszyn, poeta i człowiek miejscowy (dom w Koktebelu), interweniuje, i to skutecznie, u szefa kontrwywiadu. Oskarżenie pana Mandelsztama „o bolszewizm – pisze – o partyjną robotę to absurd. Jest on człowiekiem lekkomyślnym, nienadającym się do żadnej roboty i niegrzeszącym żadnym przekonaniem politycznym”.

Stan psychiczny Osii jest rzeczywiście nie najlepszy. Rozdrażniony lub bliski depresji, powody są raczej oczywiste, niemniej oboje decydują, że powinien się poradzić psychiatry. Nadia poprosiła psychiatrę, by dyskretnie podzielił się z nią diagnozą. „Pacjent żyje w świecie rojeń – powiedział psychiatra. (W porządku, z tym się można zgodzić). – Uroił sobie, że jest poetą. I to wybitnym poetą. Stan ciężki”. „Kiedy to prawda” – na to Nadieżda. Lekarz przypatrzył jej się uważnie. „Wie pani, takie urojenia bywają często zaraźliwe”.

Kilka lat później Maksymilian Wołoszyn, wspominając swoje interwencje, tłumaczy: „Czerwonych za rządów białych i białych za rządów czerwonych broniłem, rozumie się, nie ze względu na neutralność ani nawet filantropię, ale dlatego, że nie sposób tolerować idiotyzmu wzajemnej masowej eksterminacji rosyjskich obywateli”. I dalej: „Nie jestem neutralny (neutralność zrównywano z kontrrewolucyjnością – J.T.), ale znacznie gorzej: uważam burżuazję i proletariat, białych i czerwonych, za antynomiczne przejawy jednej i tej samej istoty. Wojnę domową – za zgodną współpracę w jednej i tej samej sprawie”.

Izaak Babel, kawalerzysta w czerwonej Konnej Armii Budionnego (i korespondent wojenny), notuje:
(Wobec Żydów) „Ta sama nienawiść, ci sami Kozacy (po obu stronach – J.T.), ta sama srogość, a, prawda, wojska przecież różne, ale to brednie. (…) Nie ma dla nich ratunku (…) Polacy też nie dali im spokoju. Dziewczęta i kobiety ledwie powłóczą nogami”.
Rozstrzeliwują „chłopaka o przyjemnej twarzy”, mówi, że był „kimś w rodzaju chorążego”. „Polaczek w kalesonach pada w drgawkach na ziemię. Żyć się odechciewa, mordercy, niesłychana podłość, przestępstwo”.
„Błagamy, by nie zabijali jeńców. Apanasenko umywa ręce. Szeko bąknął: dlaczego nie…”
„Jakąż to wolność przynosimy, okropieństwo”. „Zarżnij go…”.
„Zarżnąć” – ulubione słowa Apanasenki. Bo to oszczędność na nabojach.

I tekst z tamtej strony, białej. Borys Sawinkow, przywódca eserów, w powieści „Koń wrony”. Narrator: „Człowiek żyje i oddycha zabójstwem, brnie przez krwawą mgłę, a wśród krwawej mgły umiera. Drapieżny zwierz, mówi, zabija, gdy dręczy go głód, człowiek zaś ze zmęczenia, z lenistwa i z nudów”.

Tamci zabijali w imię „Sprawiedliwości społecznej”, ci – w imię „Swobody”.


Pasjonująca powieść Józefa Hena, w której wątki miłosne mieszają się z intrygą kryminalną, a także z historią Rosji. Jest rok 2005. Prof. Jefferson S. Thompson, slawista z Indianapolis, w latach 80. studiował w Moskwie. Po latach przybywa do Warszawy wykładać na uczelni. Tam poznaje Matyldę, uwodzicielską redaktorkę. Profesor ma bogate notatki o konflikcie Gorkiego z Leninem oraz o wybitnych pisarzach w ówczesnym Piotrogrodzie. Redaktorka nakłania go, by na podstawie swoich brulionów napisał o rewolucji rosyjskiej – w sposób inny, nowatorski.

Józef Hen, Bruliony profesora T., Sonia Draga, Katowice 2016

Wydanie: 52/2016

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy