Z kogo pożytek publiczny

Z kogo pożytek publiczny

Wolontariusze w parafiach i zakonach nie są dziećmi gorszego Boga. Kościół przedwcześnie bije na alarm

Przyszli prosto z ulicy. Chcą spłacić dług albo poczuć się potrzebnym. Kontemplować Boga obecnego w człowieku cierpiącym czy upadłym albo zwyczajnie wypełnić czymś pożytecznym życie emeryta. Dla jeszcze innych to początek dorosłości lub nowego życia. Są też tacy, którzy cenią w wolontariacie niezależność i swobodę w podejmowaniu decyzji. – Mają wpływ na definiowanie celów swej pracy – mówi Izabela Rybka z Programu Organizacji Pozarządowych w Fundacji Batorego. Zamiast pieniędzy dostają coś cenniejszego: poczucie, że nie marnują życia. Każdy odnajduje w wolontariacie coś własnego, jakąś cząstkę siebie. Ktoś wyznał: – Patrzę na siebie w lustrze i myślę: ale ten facet fajny.
Niektórym działalność w wolontariacie ułatwia dostanie ciekawej pracy. Są firmy zagraniczne premiujące ludzi z praktyką w organizacjach pozarządowych – twierdzi Małgorzata Ochman z warszawskiego Centrum Wolontariatu.
Kuba Wygnański, założyciel Banku Informacji o Organizacjach Pozarządowych, mówi, że z tymi organizacjami – a jest ich ponad 30 tys. – jest tak jak z powietrzem: ponieważ są, nikt ich nie widzi, ale gdyby zniknęły, dopiero powstałby problem ich braku. Na te organizacje spada prawie cała opieka nad narkomanami, bezdomnymi matkami czy dziećmi ulicy.
Utarła się opinia, że wolontariusze to anioły na zawołanie: podaj, przynieś. Ludzie, który spalają się w działaniu, poświęcając szczęście rodzinne dla innych. Szlachetni leserzy, którzy byli za mało drapieżni, by zająć się polityką, i za mało przedsiębiorczy, by zająć się biznesem.
Jak na tym rysunku w Hospicjum św. Łazarza w Krakowie: ni to mężczyzna, ni kobieta, nad głową aureola i powiększone serce ze szczerego złota.
Tymczasem wolontariat zaczyna się profesjonalizować. U Janiny Ochojskiej z Polskiej Akcji Humanitarnej: organizacje pozarządowe muszą uprawiać marketing i public relations. Mimo to nadal brakuje odpowiedzi na pytanie, co to znaczy być organizacją non profit albo wolontariuszem, co to znaczy nie wchodzić w konflikt interesów, kiedy jednocześnie decydujesz o pieniądzach i jesteś ich dysponentem.

Skąd pieniądze?
Wolontariusze mówią o swych miejscach pracy „endżiosy”. Organizacje służebne, pozarządowe, kalka amerykańskich Non Governmental Organizations. Żyją z darowizn, budżetów lokalnych, pieniędzy z zagranicy. Wyczerpują się czynniki żywiołowego rozwoju sektora pozarządowego. Na plakatach z hasłem „Szukamy chętnych” coraz częściej nieznana ręka dopisuje: „Szukajcie frajerów”.
Oto powody, dlaczego rząd przygotował projekt ustawy o „działalności pożytku publicznego i wolontariacie”. Dwumilionową armię wolontariuszy trzeba wkomponować w system prawny. Uregulowania wymagają przede wszystkim relacje między instytucjami państwowymi a organizacjami pozarządowymi.
Projekt wprowadza pojęcie „organizacji pożytku publicznego”, którą może być organizacja pozarządowa, jeśli spełnia konkretne (osiem punktów) wymagania. Nie brano pod uwagę parafii i zakonów.
Dzięki ustawie osoby prywatne, które bez zapłaty oddają swój czas i energię na rozwiązywanie problemów publicznych, np. pomoc ludziom starszym i niepełnosprawnym, uzyskają minimum zabezpieczenia finansowego. Organizacja korzystająca z pracy wolontariusza ma obowiązek zapewnić mu takie świadczenia, jakie mają pracownicy: opiekę lekarską i ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków. Powinna też pokrywać koszty podróży służbowej, diet i inne wydatki związane z wykonywaniem świadczeń. Jest szansa, że powstrzyma to wielu młodych od rezygnacji ze społecznikowania (wolontariat to także forma kształcenia, co może okazać się przydatne w karierze zawodowej). Z drugiej strony, będzie można zmniejszyć wydatki rządu. Organizacje pozarządowe mogą dostarczyć usługi wysokiej jakości po niższych kosztach niż przedsiębiorcy.

Do dna
Jest jedna licząca się instytucja, której projekt się nie podoba. To Kościół. Zdaniem sekretarza Episkopatu Polski, bp. Piotra Libery, Kościoła nie potraktowano w projekcie na równi z innymi organizacjami pozarządowymi, ponieważ nie uwzględniono go jako podmiotu prowadzącego działalność charytatywno-społeczną. Wolontariat kościelny nie mieści się w nowej interpretacji pojęcia „organizacji pożytku publicznego”, a tylko one skorzystają ze zwolnień dotyczących m.in. podatku, opłaty skarbowej, sądowej, należności celnych i nabywania nieruchomości. Gdy od 2004 r. podatnik będzie mógł przekazać 1% swego podatku od dochodu na rzecz organizacji pożytku publicznego, nie wpłaci np. na Caritas, ponieważ w świetle projektu nie jest to organizacja pożytku publicznego.
Ministerstwo Pracy dementuje: Caritas mieści się w ustawie, ale nie zakony i parafie, nawet, jeśli prowadzą działalność charytatywną. Powód jest prosty – taka interpretacja, jakiej domagają się biskupi, spowodowałaby możliwość wystąpienia o ulgi wszystkich parafii i zakonów. Tego nie wytrzymałby budżet państwa. Obecnie koszt wprowadzenia ustawy szacuje się na ok. 660 tys. złotych rocznie.
Abp Tadeusz Gocłowski, przewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, powiedział „Gazecie Wyborczej”, że jeśli strona rządowa nie uwzględni propozycji Kościoła, to „rodzi się pytanie, czy ten rząd chce współpracować z Kościołem”. To już porażająca bezwzględność w przyciskaniu do muru politycznej ekipy, której bardzo zależy na dobrych stosunkach z Kościołem. Księża korzystają już przecież z wielu przywilejów natury finansowej, niedostępnych zwykłym śmiertelnikom, jak choćby z bardzo korzystnie zryczałtowanych podatków od dochodu, możliwości odpisu podatku na fundacje utworzone na inwestycje w parafii itd. Te wszystkie przywileje będą zachowane, a dla wolontariatu kościelnego przygotowywana jest odrębna ustawa.
Przedwcześnie więc bić w dzwon na alarm. Kościołowi, który bezinteresowną posługę biednym i nieszczęśliwym ma wpisaną w dekalog, to nie uchodzi.

Wydanie: 7/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy