Kokietuję „na dziewięćdziesięciolatka”

Kokietuję „na dziewięćdziesięciolatka”

Dzisiaj 18-letni Kott i Matuszewski poszliby na marketing albo na zarządzanie, nie na polonistykę

Ryszard Matuszewski, krytyk literacki

– Na pana 90. urodziny Iskry wydały gruby tom wspomnień pt. „Alfabet. Wybór z pamięci dziewięćdziesięciolatka”. Niebawem ukaże się także tom szkiców o Miłoszu. Czy trzeba koniecznie mieć okrągły jubileusz, żeby wydawcy zdecydowali się opublikować niekomercyjne książki?
– Rocznice dobrze robią autorom, bo „na jubilata” łatwiej zdobyć dotację w Ministerstwie Kultury. I media interesują się jubilatem. Dlatego i ja uległem tej modzie – kokietuję „na dziewięćdziesięciolatka”.
– Który od najmłodszych lat para się literaturą. Jak, z pana perspektywy, wypada ocena kondycji współczesnej literatury polskiej?
– W ciągu jednego ćwierćwiecza dostaliśmy dwie literackie Nagrody Nobla, co o naszej poezji świadczyłoby bardzo dobrze, gdyby Nobel nie był trochę loterią. Bo i wcześniej mieliśmy wybitnych poetów, jednak nikomu nie przyszło do głowy, żeby dać Nobla Iwaszkiewiczowi, Tuwimowi czy Leśmianowi. Inna rzecz, że Leśmian nigdy by nie dostał Nobla, bo nikt by go nie potrafił przetłumaczyć, tak samo jak Białoszewskiego. W aktywnym dziś pokoleniu mamy też sporo dobrych pisarzy, ale wybitnych poetów wśród młodszych od Barańczaka i Ewy Lipskiej nie widzę. Jest trochę niezłych prozaików, np. Jarosław Abramow, Paweł Huelle, Olga Tokarczuk.
– Przeczytałam, że w Polsce jest około 2 tys. młodych poetów…
– …zawsze tak było.
– I pan to wszystko śledzi?
– Teraz już nie. Skończyło się to, gdy przestał wychodzić „Rocznik Literacki”. Na jego łamach omawiałem poezję od 1956 do 1984 r., prawie 30 lat! Cały okres poezji polskiej, od tzw. przełomu październikowego, kiedy pojawiły się rewelacyjne debiuty Białoszewskiego, Herberta, Grochowiaka, Harasymowicza. Jeszcze kiedy pisałem do „Rocznika”, debiutowało pokolenie Barańczaka, Lipskiej, Tomka Jastruna. W roku 1985, gdy już „Rocznika” nie było, przestałem dostawać tomiki z wydawnictw i moja orientacja w ruchu młodopoetyckim stała się znacznie bardziej ograniczona. Pisząc do „Rocznika”, miałem świadomość, że piszę dla kogoś, że to się ukaże. Krytyk krakowski, Jerzy Kwiatkowski, docenił mój trud i dał temu wyraz w jednym ze swoich felietonów. Ale miałem pecha, bo kiedy to napisał, znalazłem się na liście autorów, których nie wolno było drukować ani wymieniać. Powodem była dyskusja w tygodniku „Literatura”, do udziału w której zaprosiłem dwóch źle widzianych wtedy krytyków – niezwykle utalentowanego Stanisława Barańczaka oraz Tomasza Burka, wówczas też odważnego, nonkonformistycznego w swych wypowiedziach człowieka. I ktoś to źle ocenił w KC.
– A ja słyszałam, że pan miał bardzo dobrą opinię w KC. Że był pan ich ulubieńcem.
– Ulubieńcem to przesada… Ale faktycznie zacząłem od współpracy z marksizującym tygodnikiem „Kuźnica”, co stworzyło dobrą atmosferę dla mojego startu. Mój przyjaciel Janek Kott, który był wierzącym komunistą, wciągnął mnie do tego pisma – jednego z najlepszych w ówczesnej Polsce. Ja się za żadnego komunistę nie uważałem, miałem mnóstwo zastrzeżeń do tego, co się działo, ale uważałem, że jeśli się żyje w tym kraju, to trzeba robić, co można. Nawet zapisałem się potem do partii, ale dopiero wtedy, gdy zapisał się Paweł Hertz, który był znacznie bardziej farbowanym lisem ode mnie i miał za sobą lata zsyłki za Uralem. Kiedy Paweł Hertz wstąpił do PPR, uważałem, że wie, co robi, i zastosowałem metodę podobną. Wydawało mi się, że jako członek partii będę miał trochę luzu w moim zawodzie. I stało się tak, że Janek Kott z hukiem wystąpił z partii w 1956 r., a ja na zasadzie, że jestem zwyczajnym kolaborantem, a nie buntownikiem, zostałem w niej znacznie dłużej. Ale już od 1966 r. byłem źle widziany, bo podpisałem list w sprawie Leszka Kołakowskiego, i wreszcie też z partii wystąpiłem.
– Ale wróćmy do literatury, jest ciekawsza niż polityka. Czy po zamknięciu „Rocznika Literackiego”, gdy przestał pan zawodowo zajmować się poezją współczesną, prywatnie stracił pan zainteresowanie nią?
– Moim zdaniem to, że jeszcze odbierałem ze świeżością poezję Barańczaka i Lipskiej, poetów młodszych ode mnie o około 30 lat, to i tak dużo. Przecież kiedy zamknięto „Rocznik Literacki”, miałem prawie 75 lat! Prawda jest taka, że odetchnąłem z ulgą, że już nie muszę śledzić tych wszystkich, często bardzo słabych i średnich poetów, żeby z nich wyłowić kogoś w miarę dobrego. Jeszcze dokonywałem pewnych prób. Mniej więcej dziewięć lat temu na Zamku Ujazdowskim zorganizowano festiwal młodej poezji i ja się tam wybrałem. Byłem ciekaw pokolenia „bruLionu”, m.in. zapowiedzieli tam swoje wieczory autorskie Jacek Podsiadło i Marcin Świetlicki. To właśnie osobiste zetknięcie się z nimi odczułem jako coś bardzo zniechęcającego. Podsiadło zachował się w sposób ostentacyjnie szczeniacki. Stroił jakieś grymasy, powiedział do publiczności, która przyszła na jego wieczór, że nie będzie czytał wierszy, „bo mu się nie chce”. Uświadomiłem sobie, że był wtedy w wieku Tuwima, kiedy wydał „Rzecz czarnoleską”, a Podsiadło strugał młodzieniaszka, popisywał się złymi manierami. I choć wiersze pisał niezłe, bardzo mnie do siebie zniechęcił.
– Przez wiele lat poza szkicami krytycznymi pisał pan też podręczniki o literaturze.
– Faktycznie przez ponad 30 lat na moich podręcznikach o literaturze polskiej po 1939 r. kolejne roczniki maturzystów przygotowywały się do egzaminów dojrzałości. To nieco dyskusyjna karta z mojego życiorysu, ponieważ byli ludzie, którzy twierdzili, że nie powinienem był pisać podręczników w warunkach drastycznych niekiedy restrykcji cenzuralnych.
– Jakie były pana argumenty?
– Podjąłem się napisania pierwszego podręcznika na fali odwilży przedpaździernikowej. Wcześniej ukazał się podręcznik, napisany przez kogo innego, w myśl kanonów socrealistycznych. Był słabiutki, pisany pośpiesznie i stał się przedmiotem kpin na posiedzeniu Związku Literatów, kiedy to Antoni Słonimski nie zostawił na nim suchej nitki. Po jego wystąpieniu Zofia Dembińska, ówczesna wiceminister oświaty, podeszła do mnie i poprosiła z czarującym uśmiechem: „Rysiu, może byś napisał nowy podręcznik, lepszy? Na takiej zasadzie jak stary Chrzanowski: za co kochamy naszych pisarzy”. Autorzy tego wyśmianego pisali w duchu, że Żeromski czegoś tam nie zrozumiał, bo nie dorósł do marksizmu itd. I ja, pełen optymizmu, podrajcowany jeszcze dowcipem Słonimskiego i urokiem Dembińskiej zgodziłem się i podręcznik napisałem. W praktyce to było jednak pewnym ryzykiem, bo programy szkolne były sztywne. Ale udało mi się przemycić nazwiska spoza programu, takie jak Czechowicz, Leśmian, Przyboś, Pawlikowska – i to uważałem za swój sukces. Jednocześnie nie mogłem napisać słowa o Miłoszu, był wyklęty jako emigrant. Bardzo żałowałem, bo go kochałem. Wiem, że wszystkie moje podręczniki bez Miłosza są nieuczciwe, ponieważ nie ma w nich tak wybitnego poety. Ale za to udało mi się poszerzyć wiadomości o źle widzianych pisarzach, przemycić wzmianki o wielu, których nie było w programie, np. o Konwickim.
– Dużo ludzi miało panu za złe, że napisał pan te podręczniki?
– Tak. Nawet przyjaciółka Miłosza, Irena Sławińska, gdy spotkaliśmy się po jego Noblu, powiedziała: „Nie powinien pan był pisać tych podręczników”. A ja uważam, że powinienem. I że moja metoda „rozpychania się” była słuszna. Pokolenia, które uczyły się z moich podręczników, dowiadywały się z nich tyle, ile mogły. I mam dowody, że sporo ludzi było mi wdzięcznych.
– Szymborska nazwała pana krytykiem bardzo łaskawym i z szerokimi gustami.
– Odpowiadała mi formuła „za co kochamy naszych pisarzy”. W zasadzie rzadko pisałem napastliwe artykuły. Broniłem Gałczyńskiego, gdy atakowano go za „drobnomieszczańskie świecidełka”, Iwaszkiewicza, gdy wytykano mu jego estetyzm. Pisałem przychylnie o Leśmianie, Pawlikowskiej, Czechowiczu, których chciałem wprowadzić do szkół. Zawsze lubiłem bronić pisarzy, a nie atakować.
– Teraz miałby pan idealne warunki. Nie ma już cenzury, więc krytyk literacki może być bezstronny, pisać, co mu się podoba i gdzie mu się podoba.
– Dzisiaj krytyk ma, oczywiście, więcej swobody, ale to nie znaczy, że nie ma problemów. Warunki pracy krytyka literackiego są dużo trudniejsze niż w czasach PRL. Co prawda, nie ma cenzury, ale daje się mocno we znaki „nieubłagana ręka rynku”. Trudności dotyczą także pisania na bieżąco o wydarzeniach literackich, ponieważ znikły tygodniki literackie. Są miesięczniki, np. „Nowe Książki” czy „Twórczość”, ale mają bardzo mały nakład i wąski krąg czytelników. Poza tym teksty muszą być krótkie. Mowy nie ma, żeby jakaś recenzja miała więcej niż cztery strony. Może to ma dobrą stronę, ale czasem chce się coś poważniejszego napisać.
– Czy te zjawiska – zabiegi o popularność w mediach, wymóg krótkich recenzji, brak ogólnopolskich tygodników kulturalnych i dyskusji literackich o szerokim zasięgu – świadczą o tym, że obniżyła się ranga literatury?
– Literatura w postaci sobie właściwej, tzn. jako książka, dociera dziś do dość ograniczonej liczby odbiorców. co prawda, zawsze tak było, ale to, że ogromna liczba nastolatków żyje Internetem i telewizją, sprawia, że książka nie jest dla nich czymś tak ważnym, jak dla mojego pokolenia. Oczywiście, część młodzieży czyta książki. Ale nie lamentujmy, literatura zawsze była pokarmem wybranych, zwłaszcza niektóre jej gatunki.
– To uwidoczniło się po wprowadzeniu wolnego rynku. Na listy bestsellerów literackich zaczęły coraz częściej trafiać książki grafomańskie.
– Znawstwo w dziedzinie literatury nie jest domeną większości. Większość ma złe gusta. Mniejszość ma dobre. Pewne ograniczenie horyzontów, gdy chodzi o literaturę współczesną, cechowało, zresztą i dawniej, nawet polonistów. Dla mojego nauczyciela z gimnazjum literatura kończyła się na 1900 r. Miał gusty dość konserwatywne, ze współczesnych pisarzy podobali mu się tylko Kossak-Szczucka i wczesny Zegadłowicz. Przed 70 laty napisałem o tym, wraz z Jankiem Kottem, wierszyk do szkolnej szopki: „Literaturo piękna, gdzieś mi się podziała / Po tobie teraz doba upadku nastała / Nie żyje cny Sienkiewicz, Prus się w grób położył / A kimże był Żeromski, cóż wielkiego stworzył? / Jego język zepsuty i brak wykształcenia… / Na próżno gmin jego zdolności przecenia / Czytajcie Kossak-Szczucką i Zegadłowicza / Lecz wprzódy – Krasickiego i Naruszewicza”.
– Jednak nie przejął pan upodobań literackich swojego nauczyciela.
– Mnie od najmłodszych lat ciągnęło do literatury, przede wszystkim oczywiście tej nowszej. Z tym że chciałem być poetą, nie krytykiem, podobnie jak wielu moich kolegów. Więc siłą rzeczy interesowało mnie to, co się działo w literaturze.
– Ale jako kierunek studiów wybrał pan prawo. Ciekawa jestem, czy gdyby dzisiaj był pan w wieku maturalnym i wybierał drogę zawodową, zdecydowałby się pan zostać zawodowym krytykiem literackim?
– Paradoks polega na tym, że nie mogę tak jak np. Jacek Trznadel twierdzić, że kiedyś było piekło Polski Ludowej, a teraz jest niebo Polski suwerennej. Dobro ze złem było przeplatane zarówno w czasach mojej młodości, jak i później. Zdawałem maturę w 1932 r., obaj z Jankiem Kottem poszliśmy na prawo, bo wiadomo było, że z literatury nie da się żyć, a studia polonistyczne też dawały możliwości życiowe raczej ograniczone. Nie bałem się pracy belfra – mama była nauczycielką geografii i bardzo swój zawód kochała. Ale ojciec przestrzegał mnie przed perspektywą nauczycielskiej biedy. Więc kiedy Janek Kott zapisał się na prawo, ja owczym pędem poleciałem za nim. Bardzo potem tego żałowałem, bo to były śmiertelnie nudne studia, a do zawodów prawniczych nigdy nie czułem pociągu.
– A marzenia o pisaniu? Co się z nimi stało?
– To były marzenia chłopca zakochanego w książkach. Życie z pisania było możliwe, jeśli się było wziętym i popularnym powieściopisarzem. Tak jak dziś. Dołęga-Mostowicz mógł dobrze żyć ze swoich książek, ale takich jak on było niewielu. Na ogół życie z literatury było ciernistą drogą. Tuwim żył bardzo dobrze dzięki temu, że miał talent satyryka i pisał do kabaretu – z samej poezji by się nie utrzymał. Słonimski żył dzięki temu, że miał wysoką pensję jako stały felietonista „Wiadomości Literackich”. Lechoń pracował jako dyplomata, nie żył z literatury. Iwaszkiewicz przed wojną też był sekretarzem poselstwa za granicą, poza tym bogato się ożenił, żona wniosła mu w posagu Stawisko. Krótko mówiąc, dopiero w PRL można było żyć z literatury, nawet będąc tylko skromnym krytykiem i recenzentem. Myślę, że dzisiejsi maturzyści o zainteresowaniach literackich są w takiej samej sytuacji jak ja, zdający maturę 72 lata temu. Teraz literatura jest w podobnej sytuacji. Dzisiaj 18-letni Janek Kott i Ryś Matuszewski poszliby prawdopodobnie albo na marketing, albo na zarządzanie, albo na prawo, a nie na polonistykę. Wprawdzie to dość nudne kierunki, ale po nich można dobrze zarabiać i dobrze żyć. Z literatury mogą żyć tylko autorzy popularnej beletrystyki pisanej pod masowe gusta.


Ryszard Matuszewski (ur. w 1914 r. w Warszawie), krytyk literacki, eseista, tłumacz literatury francuskiej, autor podręczników szkolnych. Debiutował w 1933 r. jako poeta. Uczestnik kampanii w 1939 r., w czasach wojny działacz podziemia kulturalnego. Po wojnie pracował w redakcji „Kuźnicy” i „Nowej Kultury”, był kierownikiem pracowni literatury współczesnej IBL PAN (1953-1958) oraz długoletnim kierownikiem działu literatury współczesnej SW „Czytelnik” (1956-1985). Przez 30 lat pisał sprawozdania z ruchu poetyckiego w „Roczniku Literackim.” Wydał m.in. książki: „Literatura po wojnie”, „Doświadczenia i mity”, „Z bliska”, „Powroty i pożegnania”, „Literatura polska 1939-1991”, „Współcześni pisarze polscy”, „Olśnienia i świadectwa”. Opracował wiele antologii (m.in. „Poezję polską 1914-1939” – wspólnie z S. Pollakiem i „Poezję polską 1939-1991”) i wyborów wierszy (m.in. Staffa, Leśmiana, Tuwima, Brzechwy, Jerzego Zagórskiego). Jego najnowsza książka to „Alfabet” (wyd. Iskry)

W 1992 r. Yad Vashem nadał mu tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

Wydanie: 38/2004

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy