Komu służą media?

Komu służą media?

Dziennikarze są bezkarni, przyznali sobie immunitet na tej zasadzie, że wolna prasa jest niezbędnym warunkiem demokracji. To prawda, że jest niezbędna, ale z wolności można zrobić dobry i zły użytek, i można nie zrobić żadnego.
Może mi czytelnicy uwierzą, a może nie uwierzą, ale zapewniam, że od czasu, gdy polskie władze wystąpiły do amerykańskiego sądu, a w końcu nawet do rządu, z wnioskiem o ekstradycję Edwarda Mazura, Polonusa absurdalnie podejrzanego o udział w zabójstwie generała Papały, nurtowało mnie pytanie, dlaczego żaden dziennikarz śledczy – a namnożyło się ich co niemiara – nie próbuje sprawdzić na własną rękę tak uderzająco nieprawdopodobnego podejrzenia. Było czym się zająć. Poszlaki, że śledztwo w tak ważnej sprawie skierowano na fałszywy trop, były bardzo silne, a jedyną gazetą, która okazała tyle przenikliwości, że zasugerowała trafnie, z jakich motywów to zrobiono, był „Przegląd”. Okazało się też wówczas – nie po raz pierwszy i nie ostatni – jak bardzo nieodważne jest środowisko kierownicze SLD, które miało być w aferę mało powiedzieć: umoczone, co wprost w niej utopione.
Przy tej okazji, jak i przy innych, dziennikarstwo śledcze się skompromitowało, wystąpiło nie w roli narzędzia kontroli władzy, lecz siły pomocniczej organów śledczych działających z motywów tak zwanych politycznych.
W sprawie ekstradycji Edwarda Mazura ówczesny minister sprawiedliwości wybrał się osobiście do Waszyngtonu, a dziennikarze nadali tej podróży oprawę należną ważnym wizytom, jakie składają sobie strategiczni partnerzy. Amerykański sędzia wyszydził polski wniosek o ekstradycję, nie zniechęciło to polskiego rządu do ponawiania żądań ekstradycji.
Ministrem sprawiedliwości zostaje się w Polsce jakby na zasadzie loterii. Czasami coś się wylosuje, ale przeważnie nic wartościowego. Gdy Zbigniew Ziobro został ministrem, pisałem, że jest na to stanowisko za młody. Z tej przypadłości się wyrasta, ale okazało się, że nie tylko z młodością mieliśmy do czynienia, ale także z infantylizmem. Człowiek, któremu oddano władzę nad sądownictwem i którego zrobiono prokuratorem generalnym, nie czuje powagi faktu, nie ma poczucia sprawiedliwości, nie przewiduje dalszych następstw swoich decyzji, nie hamuje swojej agresywności i tylko w jednym się nie myli: wie, że dopóki panuje obóz „posierpniowy”, wszystko ujdzie mu bezkarnie. Ponieważ przystał do „posierpniowych”, kontrolnej roli prasy nie poczuje: gdy jedna gazeta go skrytykuje, dziesięć innych go rozgrzeszy.
Partia PiS nieustannie skarży się na złe traktowanie przez prasę, a zwłaszcza przez telewizję. W rzeczywistości media to jej najważniejsi sprzymierzeńcy. Prezes partii nie jest postacią charyzmatyczną, ale ma coś niezmiennie atrakcyjnego dla dziennikarzy. Wygrywał czy przegrywał, znaczył coś czy nic nie znaczył, dziennikarze nadawali powiększone znaczenie jego słowom i wytwarzali stan napiętego oczekiwania na to, co on zrobi. PiS-owcy skarżą się na TVN, a przecież ta telewizja dawała i daje obraz rzeczywistości zasadniczo zgodny z PiS-owskim. Drobne uszczypliwości wobec prezesa i jego niektórych ludzi nie zmieniają w istocie propisowskiego przekazu. Nie było takiej PiS-owskiej bredni w sprawie katastrofy smoleńskiej, której TVN – podobnie jak inne stacje – nie upowszechniałby w swoich programach publicystycznych i pseudoinformacyjnych. Media z gorliwością powtarzały wszystkie plotki składające się na kaczystowską wizję III RP jako państwa, gdzie ludzie upadłego reżimu zorganizowali się w tajne układy i przejęli władzę gospodarczą. Dało to w końcowym bilansie taki efekt, że obecnie miliony ludzi upatrują w PiS jedyną partię radykalnie sprzeciwiającą się już znienawidzonemu panującemu systemowi. Beneficjenci zaistniałych stosunków politycznych związali z sobą propagandowo najbardziej pokrzywdzonych i mają duże szanse przejąć całą władzę po wyborach przyśpieszonych lub nie. Przyczółki władzy już posiadają w Platformie i rządzie.
Polityka historyczna w wydaniu lewicy. Rzecznik klubu parlamentarnego SLD datował powstanie warszawskie na rok 1988. Podobno przepraszał, jeżeli tak, to niepotrzebnie. Jak wiemy ze szkoły, z historii najtrudniej zapamiętać daty. Ja akurat mam pamięć do dat, co prawda nie wszystkich. Przypominam sobie dość dobrze, że w roku 1989 wielu skądinąd poważnych ludzi, z Władysławem Bartoszewskim na czele, powtarzało przy okazjach uroczystych, ale i na co dzień, że właśnie powstanie warszawskie zwyciężyło. Rok 1944, gdy Warszawa została zburzona, 700 tysięcy mieszkańców wygnanych, 200 tysięcy zabitych na miejscu, był tylko niezbyt pomyślnym początkiem, który doprowadził po półwieczu do tak wiekopomnego wydarzenia jak przejęcie przez „Solidarność” władzy od Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jeżeli powstanie zdaniem Władysława Bartoszewskiego zwyciężyło w roku 1989, to w 1988 jeszcze trwało, a więc poseł Joński wcale się nie pomylił. Gdyby nawet trzymać się uparcie daty 1944 r., to pomyłka posła Jońskiego wydaje mi się sympatyczna, bo jego zajęciem jest zmienianie rzeczywistości, a powstanie, niezależnie od daty, należy do rzeczy niezmiennych.

Wydanie: 19/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy