Nowa sytuacja na lewicy

Nowa sytuacja na lewicy

Zaryzykowałbym figurę retoryczną tej treści: 14% głosów w wyborach dla Grzegorza Napieralskiego to więcej niż 27% zdobytych przez SLD przed kilkunastoma laty. Wówczas wszystkie media przestrzegały przed powrotem „postkomunistów” do władzy i było to prawdą w tym znaczeniu, że koniunktura polityczna była dla lewicy bardzo korzystna. Obecnie, ale przed wyborami, wszystkie media ogłaszały upadek SLD i nie przewidywały dla Grzegorza Napieralskiego więcej niż parę procent poparcia. W tym także było sporo prawdy, bo SLD rzeczywiście został zepchnięty na margines, a Napieralski nie miał solidarnego poparcia całej swojej partii. Jeżeli mimo to przewodniczący SLD zdobył głosy dwu milionów wyborców, to znaczy, że posiada talent, jakiego mu odmawiano; nie jest młodym wcieleniem starego wzoru aparatczyka, jakim go malowali przeciwnicy z jego i innych partii. Z jego programu wyborczego do mnie nie dotarły prawie żadne treści. Dotarły za to do innych, młodszych ludzi i na tej zamianie – jeżeli okaże się ona rzeczywista i trwała – partia z pewnością nie straci. Piszę „program wyborczy”, a co przez to rozumiem? Czy dosłownie biorąc, główni rywale: Komorowski i Kaczyński mają jakiś program? Mają o tyle, że już ich znamy i wiemy, czego można się po jednym i drugim spodziewać. To, co o nich wiemy, jest ich programem.
Ponieważ doskonale wiadomo, czego się spodziewać po Kaczyńskim, człowiek lewicy może na niego głosować tylko w takim przypadku, gdy ma orientację zwaną fachowo masochizmem. Żeby się mniej więcej zorientować, czym na stanowisku prezydenta grozi lub co obiecuje Komorowski, trzeba by wiedzieć, do jakiego stopnia jest uzależniony od Donalda Tuska. Jeżeli mamy przekonanie, że ta zależność jest duża, w dniu wyborów zostajemy w domu. Komorowski mimo swojego konserwatyzmu, swoich bardzo konwencjonalnie „patriotycznych”, czyli dydaktycznie zmistyfikowanych wyobrażeń historycznych („fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki” – Szujski, jak wiadomo) budzi zaufanie jako osoba, ale skąd wziąć pewność, że nie będzie wykonawcą poleceń Tuska?
Tusk jest tak samo jak Kaczyński zaślepionym „antykomunistą”; to on ustalił dla PO doktrynę, że II wojna światowa dla Polski skończyła się w 1989 roku, dopiero wraz z przejęciem władzy przez „Solidarność”. W kraju, w którym poglądy bierze się poważnie, taka doktryna byłaby skrajnie niebezpieczna, mamy szczęście w nieszczęściu, że Polska takim krajem nie jest. Ludzie SLD powinni wiedzieć, że jakąkolwiek koalicję z nimi Tusk może zawrzeć tylko na takich warunkach i na takich przemilczanych oczywistościach jak Kaczyński z Samoobroną.
Rządy PiS-u nadużywały władzy w sposób nie do pomyślenia nawet w Rosji. Żeby wykazać, że SLD jest powiązany ze światem przestępczym i jako taki powinien być zdelegalizowany, wszczynano śledztwa przeciw osobom niewinnym, jedno ze skutkiem śmiertelnym. Gdy rządy objęła PO, należało ukazać ten ledwo zakamuflowany proceder, ale Donald Tusk już jako premier oświadczył, że nie będzie się „mścił”, jak gdyby egzekwowanie praworządności było zemstą. Sejmowa komisja śledcza do spraw „nacisków” powołana została w taki sposób, żeby niczego nie wyjaśniła. Usunięcie Leppera ze sceny politycznej uznano za cel tak chwalebny, że uświęcił gangsterskie metody, jakie przeciw niemu zastosowano.
Słyszę od ludzi, że w kręgu posłów SLD istnieje już znudzenie pozostawaniem w mniejszości i przegrywaniem głosowań w Sejmie. Można też zrozumieć liderów, gdy przemyśliwają, jakim by sposobem znaleźć się w rządzie. Podobna niecierpliwość zgubiła Samoobronę. Gdyby dłużej pozostawała w opozycji, mogłaby się stać solidną reprezentacją warstw najbiedniejszych, a jeśli nawet te przypuszczenia, co by było, gdyby… są próżne, to pewne, że Sojusz Lewicy Demokratycznej więcej zdziała, umacniając się przez parę lat w opozycji, niż zawierając samobójczą koalicję z jedną lub drugą partią postsolidarnościową. W Polsce nie chodzi o korektę błędów rządowych, lecz o zmianę tego, co nazywano formułą polityczną. Musiałaby się w niej mieścić również, a może przede wszystkim gruntowna zmiana obrazu rzeczywistości, urealistycznienie tego obrazu. Instytucje powołane do fałszowania samowiedzy narodowej odpowiednio do potrzeb obozu postsolidarnościowego – nie tylko IPN do tego służy – powinny być zniesione lub przesunięte w strefę inicjatyw prywatnych. Niedopuszczalne powinno być opłacanie propagandy jednego obozu kosztem wszystkich podatników.
Grzegorz Napieralski pokazał, że partia lewicowa może przyciągnąć młode pokolenie, szukające reprezentacji dla swoich dążeń. Zachodzi być może proces, jakiego sobie w SLD wielu życzyło, ale którego nikt nie potrafił do tej pory pobudzić. Partia Napieralskiego, że tak ją nazwę, z pewnością nie musi porzucać tematów ważnych dla starszego pokolenia, ponieważ SLD nigdy tych tematów albo nie podejmował, albo nie kładł na nie nacisku. Pomijano jako niebezpieczny problem własności: lewica przeszła drogę od utopijnego kolektywizmu, który zbyt późno porzuciła, do „świętego” prawa własności prywatnej jakby we śnie, nie starając się sprawy głębiej rozpatrzyć i nie sprzeciwiając się wydziedziczeniom tysięcy ludzi z nabytych praw posiadania, dokonywanym na korzyść przypadkowo uprzywilejowanych w imię zmyślonej „sprawiedliwości dziejowej”. W wymiarze ideowym nie bronił w zauważalny sposób sensu pracy dokonanej w okresie PRL i co się z tym wiąże, biografii milionów ludzi, którzy tej pracy dokonali. SLD bardzo słabo reagował na nadużycia władzy i prześladowania polityczne, jakie miały miejsce podczas rządów PiS-u, jak i wcześniej.
Odmładzającej się partii lewicowej będę się przyglądał z ciekawością, i to samo radzę innym, nie robiąc sobie zbytnich nadziei, że kierunek, jaki obierze, będzie po myśli konserwatywno-liberalnego-socjalisty. Nowe pokolenia mają nowe problemy.

Wydanie: 26/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy