Koncertowy zawrót głowy

Koncertowy zawrót głowy

Za nami gwiazdy, przed nami gwiazdy…

Polska koncertami stoi. Tego lata mamy prawdziwy wysyp masowych imprez z wielkimi światowymi gwiazdami muzyki popularnej w rolach głównych. Za nami już występy m.in. Björk, Sinead O’Connor, Genesis, George’a Michaela i Marianne Faithfull. Przed nami – Rod Stewart (24 lipca w Stoczni Gdańskiej), a dzień później rock’n’rollowa grupa wszech czasów, czyli The Rolling Stones (warszawski Służewiec). W tym roku fanów ciężkiego brzmienia czeka jeszcze koncert sławnej Sepultury (30 lipca w warszawskim klubie Proxima), ponadto zagrają Joe Cocker (13 sierpnia w Krakowie) i Jethro Tull (15 sierpnia w Sopocie). Jeśli doliczyć do tego niezliczoną ilość koncertów artystów mniej znanych, alternatywnych, jazzowych (a w tym roku byli u nas giganci tego nurtu, choćby Wynton Marsalis czy Ornette Coleman), możemy mówić o koncertowym zawrocie głowy.
Co się dzieje? Prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny, widzi

przynajmniej trzy powody

takiego stanu rzeczy. – Po pierwsze, jest to sprawa ekonomiczna – mówi. – Pięć czy dziesięć lat temu też zapewne czuliśmy głód wielkich imprez masowych, ale zwyczajnie nie było nas na nie stać. Dziś jesteśmy troszkę bogatszym społeczeństwem i możemy sobie pozwolić na koncerty, które przecież wcale do tanich nie należą. Po drugie, Polacy odczuwają głód tego typu rozrywek, ponieważ kiedyś koncert wielkiej gwiazdy był rzadkością, czekało się na niego latami. Nawet w III RP to rozrywkowe koło, które nabiera rozmachu, nie kręciło się jeszcze tak szybko. No, a po trzecie, uczestnictwo w tych koncertach przydaje prestiżu, szczególnie w środowiskach młodzieżowych. Negatywna odpowiedź na pytanie, czy było się na przykład na Red Hot Chili Peppers, może przynieść ujmę – stwierdza prof. Czapiński.
Rzeczywiście, wygląda na to, że ten koncertowy szał – fakt, że organizatorzy sprowadzają do Polski coraz więcej gwiazd, i to w krótkich odstępach czasu, nie bojąc się klapy, oraz że bardzo chętnie bierzemy w tych imprezach udział – świadczyć może o tym, że jako społeczeństwo… zdrowiejemy. Okazuje się bowiem, że nie tylko gęsta atmosfera polityczna wypełnia polską przestrzeń społeczną, ale także chęć zwykłego życia, uczestnictwa w kulturze popularnej, nie tylko niskich lotów. – To jest tak – dodaje prof. Czapiński – że mamy przed sobą jeszcze daleką drogę do społeczeństw zachodnich, które mogą już sobie pozwolić na kaprysy i bojkotować koncerty ze względu na przykład na drogie bilety – mówi.
Organizatorzy koncertów przyznają, że Polska jest bardzo atrakcyjnym krajem dla muzyków – a w tym roku wielu z nich podróżuje w ramach tras koncertowych, więc było w czym wybierać – jednak dotychczas nie było profesjonalnych, bogatych promotorów, którzy nie baliby się ryzyka. Ten trend się jednak odwrócił. Raczkujący rynek koncertowy nabiera rozmachu, choć wciąż zdarza się, że koncerty, zwłaszcza mniej znanych gwiazd, są odwoływane, ponieważ nie spotkały się z zainteresowaniem słuchaczy. – Jest coraz lepiej – przyznaje Katarzyna Janiak z firmy Eventim.pl zajmującej się sprzedażą biletów na imprezy kulturalne i sportowe. – Znakomicie sprzedawały się bilety na George’a Michaela, choć

nie zostały wyprzedane,

świetnie sprzedają się na Rolling Stonesów. Rzadko zdarza się, choć czasem tak jest, jak w przypadku Red Hot Chili Peppers, by bilety sprzedano na pniu. Z drugiej strony polski słuchacz, jeśli ma do wyboru bilet za 70 zł i gorsze miejsce albo za 100 i lepsze – kupuje ten droższy. Taką sytuację obserwowałam przy sprzedaży biletów na koncert Sinead O’Connor.
Wiele wskazuje na to, że koncertowy bum i coraz większe zainteresowanie imprezami masowymi w niedługim czasie może uczynić z Polski muzyczne zagłębie, przynajmniej na jakiś czas, zanim nie dogonimy Europy. Fani z Europy Zachodniej bowiem odwracają się od swoich ulubieńców, a specjaliści mówią już nawet o swoistej modzie na niechodzenie na koncerty, za co odpowiada biletowa drożyzna, a także powszechna dostępność muzyki w internecie. W efekcie na niedawnych wielkich europejskich koncertach Barbra Streisand (bilety kosztowały nawet blisko 600 euro!) czy Rolling Stonesi mogli oglądać ze sceny rzędy pustych siedzeń, co zapewne nie przytrafi się grupie Micka Jaggera w Polsce.
Ten zachodni trend ekonomiści nazywają „efektem Bowiego” (od nazwiska Davida Bowiego, który jako jeden z pierwszych przestraszył się zjawiska wymiany plików w internecie, zagrażającego wielkim gwiazdom od strony finansowej) – polega on na tym, że o ile dawniej gwiazdy starały się grać koncerty za małe pieniądze, bo wówczas sprzedawały więcej albumów i zarabiały na tantiemach, o tyle dziś uważają koncerty za swoje główne źródło dochodów. No i właśnie się zawodzą, ponieważ europejskie sale koncertowe zaczynają świecić pustkami, podczas gdy w Polsce dopiero się zapełniają…
Katarzyna Janiak zwraca uwagę na jeszcze jeden problem polskiego rynku: największe szanse na sukces wciąż mają u nas organizatorzy koncertów zespołów i artystów z najwyższej komercyjnej półki, czyli sław totalnych, takich właśnie jak Stonesi czy Rod Stewart. – Nikt nie chce zapraszać do Polski nie tylko debiutantów, którzy gdzieś na świecie z powodzeniem

stawiają pierwsze kroki,

ale także uznanych, choć mniej znanych grup – mówi Janiak.
– A to dziwne, ponieważ w naszej agencji prowadzimy sprzedaż biletów na koncerty na przykład w Berlinie, gdzie występy grup mniej sławnych, ale uznanych w kręgach fanów, są na porządku dziennym, i bardzo wielu Polaków decyduje się na podróż do Berlina. U nas organizatorzy, decydując się, jakiego artystę zaprosić, bardzo często kierują się liczbą sprzedanych płyt, czyli kalkulacją finansową. No, ale to jest jeszcze świeży rynek – dodaje.
Tymczasem przed nami – Rod Stewart, który wystąpi w przemysłowej scenerii Stoczni Gdańskiej, pośród wielkich żurawi i dźwigów, i The Rolling Stones – legenda, na warszawskim koncercie, na którym spotkają się zapewne wszystkie pokolenia fanów… Do następnego koncertu!

 

Wydanie: 30/2007

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy