Kościół, lustracja, Polska

Kościół, lustracja, Polska

Kościół, który milczał, kiedy rozszalało się piekło lustracji, albo wprost lustrację popierał, teraz przetarł oczy. Za późno! Ostrzegaliśmy, od kilkunastu lat moje środowisko dość zgodnie mówiło – dajcie sobie, kochani, spokój z rozliczeniami, chyba że idzie o zbrodnię, o ewidentne przestępstwo, którego w zwyczajnym sądowym postępowaniu można dowieść. Mieliśmy jakieś moralne prawo tak mówić, bo tworzyliśmy środowisko ludzi „od dziecka” walczących z „komuną”, podejmujących ryzyko i często płacących za to różne ceny, z których utrata pracy, możliwości dobrych studiów i rozwoju, paszportu, szans na mieszkanie – należały do niskich. To było w znakomitej swej większości środowisko Komitetu Obrony Robotników. Byli tam i Jacek Kuroń, i Adam Michnik, i wielu innych. Mamy czyste teczki i czyste sumienia. Nie, żeby ktoś te teczki wyczyścił, lecz dlatego, że Marzec 1968 r., w którym wszyscy jakoś uczestniczyliśmy, nauczył nas: z esbekami się nie rozmawia. O niczym, nawet o pogodzie, ciastku zjedzonym w kawiarni, kolorze skarpetek kolegi. Ale ludzi o takim treningu, na dodatek zżytych ze sobą, mających w sobie wzajemnie oparcie na złe przypadki, wiedzących, że nie są sami, kiedy przyjdzie milicja do domu, było w Polsce lat 70. może stu, może dwustu. Przyszła „Solidarność”. Uczestniczyliśmy w jej budowaniu. Ostrzegaliśmy młodszych stażem kolegów: – Spokojniej! Wolniej! Mądrzej! Oni, w gorącej często wodzie kąpani, odkrywszy uroki wolności i prawdy, chcieli wszystkiego naraz. Jakby Związku Radzieckiego pod bokiem już nie było. Znajdowali, niestety, często oparcie dla swego radykalizmu pośród swoich duszpasterzy. Mimo wielkiej roztropności i odpowiedzialności najwyższych hierarchów: księdza prymasa, księdza sekretarza generalnego, wielu biskupów diecezjalnych – w tym dzisiejszego kardynała wrocławskiego, arcybiskupa gdańskiego, biskupa opolskiego i wielu światłych, mądrych i prawdziwie odważnych ludzi Kościoła – w parafiach ludzie „Solidarności” słyszeli wsparcie dla nawet najmniej realnych (choć oczywiście słusznych) postulatów. My, ludzie KOR-u, doradcy Lecha Wałęsy i Komisji Krajowej, w większości swojej stawaliśmy wciąż pod pręgierzem zarzutu o uległość, nawet tchórzostwo. Gdyby nie Lech Wałęsa, kijami by nas popędzono. Pamiętam komisję krajową zaraz po konflikcie bydgoskim, po pobiciu Janka Rulewskiego. Pamiętam wybitnego terenowego działacza „Solidarności” krzyczącego (sądził, przeceniając moją rolę, że to ja byłem jednym z promotorów porozumienia): „Celiński pełne portki ma ze strachu…”. Ja odpowiadałem: „Wielokrotnie przekroczyliśmy wszelkie granice. Tak, wy macie rację – przekroczyliśmy i nic złego się nam nie dzieje. Ja dowiodę swojej racji, kiedy po ulicach Warszawy i Gdańska i innych miast polskich biegać będą czołgi. Ale wówczas na nic będzie moja racja…”. Ja to pamiętam. Podobnie jak 13 grudnia. I cieszyłem się, w więzieniu, że „Solidarność” była już słabsza niż w marcu, dziewięć miesięcy wcześniej. Gdyby była silna, morze krwi polałoby się na ulicach, w zakładach pracy. A gdyby to nie wystarczyło, Rosjanie by pomogli. Kto wie, czy byłby potem Okrągły Stół? Większość tych krzykaczy wyjechała. Do Australii, do USA, do Szwecji. Można sprawdzić. Wyjeżdżający mieli dobre powody, by wyjechać. Mniejsza o to. Stamtąd słali dobre rady. By bić komunę. Bić! Nie ustępować. Żadnych tam z nimi porozumień. Dość! Czasem dobrze pomyśleć, zanim się wykrzyczy słuszne zdania. Kościół hierarchiczny, może poza arcybiskupem lubelskim, milczał, kiedy rozszalało się piekło lustracji. A prawda jest taka – z ludzi prawdziwej, mocnej, konsekwentnej opozycji na palcach jednej ręki policzyć można by tych, którzy mają powody obawiania się. Większość z nich ostrzega i ostrzegała jednak: dajcie sobie spokój z lustracją. Dajmy sobie, my Polacy, szansę zacząć od nowa. Próbujmy zamknąć za sobą drzwi złej historii. Na moment. Na jedno pokolenie. Pamiętajmy o historii, rozpoznawajmy jej mechanizmy i instytucje, ale dajmy ludziom spokój. Zostawmy tych, którzy okazali się słabsi, niż myśleli. Którzy nie sprostali esbeckiej presji. Pękali bowiem częściej samotni, nieprzyzwyczajeni do presji, zaskoczeni. Ale coś najsamprzód chcieli dobrego zrobić. Ich szantażował aparat bezpieki, namierzał i niekiedy łamał. Byli pośród nich księża. Sami na swoich plebaniach po zapadnięciu zimowego zmroku, bez codziennego oparcia w rodzinie, odpowiedzialni za wiernych, i za dobytek parafii, czasem szantażowani z powodu ludzkich ułomności – wypadku samochodowego, alkoholu, kobiety. Teraz Kościół

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2006, 23/2006

Kategorie: Opinie