Samodzielni wyzywają media

Samodzielni wyzywają media

Jeśliby dać pracodawcom prawo do gospodarowania siłą roboczą jak bydłem, to zaraz problem bezrobocia rząd miałby z głowy

Media powinny umożliwiać obywatelom trzeźwy wybór polityki i rozsądny dobór polityków. W tym celu media muszą tłumaczyć to, co politycy mówią, na język potocznie zrozumiały. Jak prasa prasą trwa spór polityków z dziennikarzami o te tłumaczenia. Politycy często protestują, że “zostali źle zrozumiani”, co z reguły oznacza, że zorientowali się po fakcie, iż powiedzieli więcej, niż chcieli lub nie to, co chcieli. Ale to wcale nie powinno obchodzić dziennikarza. Jednak nie osobista nieporadność językowa polityka, która powoduje tego rodzaju lapsusy, jest najważniejszym problemem owego tłumaczenia z politycznego na zrozumiałe. Rzecz w tym, że mowa polityczna, będąca u nas w użyciu, jest

przepełniona bezmyślną sztampą,

fałszywymi mądrościami i rzekomymi pewnikami, które razem składają się na gęstą sieć quasi-rytualnej gadaniny, przeplatanej głupawymi uśmiechami (jeśli w ruchu są kamery). Funkcją tej konstrukcji nie jest zazwyczaj przekonanie czytelnika lub słuchacza o słuszności prezentowanej tezy – tak naiwni politycy nie są – lecz przedstawienie mówiącego jako przynależnego do grona namaszczonych, wiedzących lepiej. Ten bełkot to taka nasza obrzędowa łacina polityczna. Bertolt Brecht zwrócił kiedyś uwagę, że pompatyczna mowa polityczna (chodziło o propagandę nazistów) może być nieraz unicestwiona zabiegiem tak drobnym, jak nakłucie balonu szpilką. Wystarczy na przykład wszędzie podmienić dumne Volk (Lud) skromnym i rzeczowym Bevölkerung (Ludność). Nasza domorosła łacina polityczna też mogłaby być z łatwością rozszyfrowana przez media – ale nie jest lub raczej: każdy przekłuwa tylko cudze balony. Czujnemu oku felietonistów i redaktorów “Gazety Wyborczej” czy “Polityki” nie umknie nawet cień antysemity lub nacjonalisty prześlizgujący się po łamach konkurencji, ale za to w artykułach tych gazet, informacjach i depeszach odprawiany jest dzień po dniu różaniec na chwałę Wolnego Rynku i jego potomstwa (chyba że jest ono, jak Gudzowaty, z nieprawego łoża). W kraju, który w ciągu 10 lat dorobił się 15-procentowego bezrobocia – a na tym nie koniec, jak skromnie zapowiada minister Bauc – winę ponoszą, gdyby wierzyć tym gazetom i ich pupilom u władzy, ci wszyscy, którzy jeszcze pracują i bronią swoich “przywilejów”: związki zawodowe! Jeśliby dać wreszcie pracodawcom prawo do gospodarowania siłą roboczą jak bydłem, to zaraz problem bezrobocia rząd miałby z głowy – piszą ci redaktorzy, a całemu towarzystwu nie przychodzi nawet do głowy, że gdyby owo “bydło”, które nazwało się wtedy “Solidarnością”, nie upomniało się o swoje prawa u poprzedniego reżimu, to panie i panowie redaktorzy nie mieliby dziś żadnych akcji firmy Agora…
Niemal wszystkie media w Polsce reprezentują, mimo różnic wtórnego znaczenia, pewien konsensus ideowy, który

nazywa się solidaryzmem

– nie mylić z solidarnością! – a który kojarzy jako tako rozmaite inspiracje: katolickie, narodowe i zwłaszcza liberalne – i dostarcza alibi całej klasie politycznej. Wszyscy nasi politycy działają w imieniu całego narodu (Polski, społeczeństwa…) i bardzo rzadko przyznają się do swoich szczególnych sponsorów i wyborców. Tylko partie ludowe chlubią się czasem, że reprezentują chłopstwo. No, ale chłopstwo to, jak wiadomo każdemu liberałowi, relikt i zawada. Pierwszym przykazaniem solidaryzmu jest, w wydaniu medialnym, “pewnik Balcerowicza”: Jeśli bogatym się powiedzie, to i biedni się pożywią. Centralną postacią w społeczeństwie jest przedsiębiorca i wszelkie instytucje powinny być nastawione na wspomaganie tej postaci kosztem, gdy trzeba, wszystkich innych (ci pożywią się potem – patrz wyżej). Bieda jest wynikiem bezradności, a bezradność jest skazą charakteru, równa się pasożytnictwu. Itd., itp.
Recesja w Polsce uniemożliwia jednak konsekwentne realizowanie polityki opisywanej przez ten konsensus. Media poczuły się zdradzone przez rządzących: znalazły się ze swą gadaniną i pisaniną jak gdyby w pustym polu. Polityka nie nadążała za własną propagandą. Na taki właśnie moment przypadła inicjatywa trzech fundatorów Platformy Obywatelskiej. Rozgoryczeni propagandziści, których zawiedli dotychczasowi idole, poczuli nagle, że krew im znowu krąży w… klawiszach. I zaterkotało na cały kraj.
Trzej panowie nie mieli i nie mają nic nowego do powiedzenia. I to prawidłowo, ponieważ przychodzą przecież zrealizować to, co dotychczas rządzący głoszą, ale czego sprawić nie umieją. Wobec tego – pyta nieśmiało jeden, drugi redaktor – wiemy co, ale nie wiemy, jak wy tego chcecie dokonać? – Aaa – na to Donald Tusk – najpierw musimy się policzyć i znaleźć w Sejmie, zdobyć tam większość… Donald Tusk “obstawia”, że zdobędą

na początek 35% głosów.

Mniejsza o to, tupet jako najwłaściwszy sposób zachowania w polityce nie jest, oczywiście, wynalazkiem Tuska. Jedynie Olechowski znalazł dobrą formułę na określenie wyborców, do których zwraca się i na których liczy Platforma Obywatelska: ludzie samodzielni. Naprawdę świetny pomysł: samodzielni nie potrzebują niczyjej pomocy, radzą sobie sami. I wcale nie znaczy to, że muszą mieć dużo pieniędzy: Platforma Obywatelska nie stosuje cenzusu majątkowego. Wyklucza tylko tych, którzy biorą zasiłki, żebrzą o pomoc socjalną, nie umieją załatwić dziecku dobrej szkoły i znaleźć, gdy potrzeba, najlepszego lekarza. Jest tylko jeden szkopuł. Sądząc z kronik policyjnych i popularnych filmów, najbardziej samodzielnymi obywatelami w Polsce są gangsterzy…
Ciekaw jestem, jak otłuszczone media polskie, od dawna nienawykłe do szukania nowych definicji i ustalania nowych treści, poradzą sobie z samodzielnymi. Kiedy wspominam Stana Tymińskiego, poprzednią niespodziankę na naszym rynku politycznym, człowieka ze wszech miar samodzielnego, moja ciekawość wzrasta.

Wydanie: 5/2001

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy