„Historia i teraźniejszość” bez przyszłości

„Historia i teraźniejszość” bez przyszłości

„HiT” to w zasadzie nie podręcznik, tylko esej konserwatysty zżymającego się na kierunek, który obrała cywilizacja Zachodu

O podręczniku do przedmiotu historia i teraźniejszość wypowiedzieli się już prawie wszyscy. Nawet aktorka Barbara Kurdej-Szatan („Obrzydliwe”), a także Donald Tusk („Moim zdaniem nie ma granic łajdactwa dla nich. Nie ma takiej linii, której nie przekroczą”, mówił to naturalnie ze łzami w oczach). Nie będę zatem streszczał książki prof. Wojciecha Roszkowskiego, tylko podsumuję, co dziś wie o niej opinia publiczna.

Po pierwsze: że w zasadzie nie jest podręcznikiem. To 500-stronicowy esej konserwatysty zżymającego się na kierunek, który obrała cywilizacja Zachodu. Naturalnie budzi on moralną i estetyczną odrazę autora, który nie potrafi tego odruchu ukryć, a pewnie i nie za bardzo chce go ukrywać. Książka nie ma typowej dla podręcznika struktury – zadań do wykonania, streszczonego w postaci krótkich haseł materiału do powtórzenia. Jeśli się pojawiają, to rzadko i ewidentnie wyglądają na dopisane później.

Po drugie: książka ukazała się nakładem wydawnictwa Biały Kruk, publikującego m.in. modlitewniki, ale także wielotomowe „Dzieje Polski” czołowego prawicowego intelektualisty, historyka, prof. Andrzeja Nowaka, który (naturalnie zbiegiem okoliczności) był też recenzentem wydawniczym książki Roszkowskiego. Drugim recenzentem wydawniczym był historyk z Torunia prof. Wojciech Polak, również znany z ultrakonserwatywnych poglądów. „Traktuje młodzież poważnie”, pisał w portalu braci Karnowskich o podręczniku. Recenzenci z ramienia ministerstwa także byli bezpieczni: prof. Tadeusz Wolsza należy do Kolegium IPN, dr Rafał Drabik jest członkiem Rady Historycznej przy Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Wszystko więc zostało w wielkiej konserwatywnej rodzinie. Wiemy zarazem, że recenzent niebędący kolegą ideowym autora miał z książką problem. Dr hab. Grzegorz Ptaszek, recenzent językowy, uznał m.in., że podręcznik „zawiera wiele błędów językowych i nie stanowi wzoru poprawnej polszczyzny”, prezentuje przy tym „jednostronną wizję kultury i świata”.

Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek jednoznacznie poparł Roszkowskiego. „Agresja i hejt ze strony potomków ubeków, resortowych dzieci”, skwitował po swojemu krytykę podręcznika. Który, dodajmy, pasuje do podstawy programowej przedmiotu. Jest ona dokładnie taka sama: wysoce zideologizowana i obliczona na to, żeby wychowywać przyszłych wyborców prawicy.

Błędy i projekcje

Wiemy, że w książce Roszkowskiego roi się od błędów oraz ideologicznych fantazji. Prawda, że żaden podręcznik nie jest wolny ani od jednego, ani od drugiego. Każdy autor i każda autorka ma swoje poglądy. Każdemu błędy się zdarzają. Na Twitterze internauci prześcigali się w wychwytywaniu tych z „Historii i teraźniejszości”. A znaleźli dużo. Złe mapy, błędy w faktach i datach, usterki i kurioza. Użytkownik „Pamięć / Remembrance” obliczył, że Roszkowski poleca licealistom 150 książek Białego Kruka, nazywając własnego wydawcę „ulubionym krakowskim wydawnictwem papieża”, naturalnie Jana Pawła II.

Całe passusy w podręczniku okazały się przepisane z poprzedniej książki Roszkowskiego, „Roztrzaskane lustro”. To nie przypadek, obie te książki są napisane tak samo o tym samym, czyli o upadku Zachodu.

Czasami trudno ocenić, czy opinie autora są po prostu merytorycznym błędem, czy konserwatywną fantazją, w którym miejscu górę bierze ideologia, a w którym zwykła niewiedza. Jedno i drugie tworzy unikatową mieszankę, której potencjał trzeba docenić. Dobrym przykładem jest fragment, w którym Roszkowski pisze o „produkcji dzieci” i zastanawia się, przez kogo będą kochane. Ten kuriozalny kawałek zdobył bodajże największy rozgłos: to o nim wypowiadali się m.in. Donald Tusk oraz Barbara Kurdej-Szatan, a także wielu innych krytyków i krytyczek. Tego fragmentu dotyczy proces o naruszenie dóbr osobistych, który z powództwa prywatnego planuje wytoczyć autorowi ojciec dziecka z in vitro.

Michnik jest Żydem, który chciał dogadać się z Rosjanami

W „Historii i teraźniejszości” znajdziemy fragmenty bardzo zabawne, ale też nieco straszne. Na przykład wśród opozycjonistów aktywnych w latach 60. i 70. w PRL autor wymienia Adama Michnika, o którym uczeń dowie się głównie, że jest „pochodzenia żydowskiego” (za to nie dowie się, dlaczego był ważną osobą). Oprócz Michnika wymienieni z imienia i nazwiska są Jakub Karpiński, Jacek Kuroń, Antoni Macierewicz, część składu KOR oraz bracia Kaczyńscy, przy czym na zdjęcie zasłużył Lech Kaczyński.

Roszkowski manipuluje poglądami ówczesnej opozycji, twierdząc, że środowisko KOR dążyło tylko do „większych swobód” i chciało „dogadać się” ze Związkiem Radzieckim. Pisze przy tym, że bracia Kaczyńscy – postacie wówczas bez żadnego znaczenia – nie chcieli „żadnych doraźnych kompromisów, jeśli chodzi o suwerenność Ojczyzny”. Każdy, kto choć trochę zna realia lat 70., kiedy właściwie wszyscy, łącznie z analitykami zachodnimi, uważali ZSRR za niepokonany (i kiedy na terenie PRL stacjonowały tysiące radzieckich żołnierzy), zrozumie, na czym polega manipulacja. Uczeń może nie zrozumieć. Zapamięta tyle, że Michnik jest Żydem, który w latach 70. chciał się dogadać z Rosjanami kosztem polskiej niepodległości.

Takich insynuacji i przeinaczeń jest w tym podręczniku mnóstwo. Z każdej strony wypływa także – co interesujące – pogarda oraz nienawiść do świata zachodniego i jego kultury. Te uczucia przybierają czasem formę groteskowych i kuriozalnych potępień różnych zjawisk, które Roszkowskiemu się nie podobają – np. muzyki popularnej oraz rewolucji seksualnej lat 60 i 70.

Konserwatyzm integralny

O błędach można pisać długo, jakie jest jednak najważniejsze przesłanie książki Roszkowskiego?

Rdzeniem opisu świata w jego książce jest radykalny konserwatyzm – a punktem wyjścia przekonanie, że zło w kulturze Zachodu zaczęło się z końcem średniowiecza, a w najlepszym wypadku razem z rewolucją francuską (która była już po prostu zwycięstwem szatana; Roszkowski tak nie pisze, robią to inni konserwatyści, ale niewiele mu do takiej opinii brakuje).

To także historia o trwającej stulecia degeneracji Zachodu i o jego upadku. Przyczyna zdaniem Roszkowskiego jest jasna: odejście od religii i autorytetu. To grzech pierworodny nowoczesności i z niego, jak z wielkiego pnia drzewa, wyrastają wszystkie wady Zachodu: marksizm, liberalizm, permisywne wychowanie dzieci, muzyka punkowa, rozwiązłość seksualna – wyliczanie można ciągnąć. Te wszystkie zjawiska postronnemu obserwatorowi mogą się wydawać mało związane ze sobą lub mogą być postrzegane jako element szerszego procesu sekularyzacji i uzyskiwania przez jednostkę ludzką autonomii – od presji Boga, kapłanów, tradycji i zwyczaju. Z punktu widzenia konserwatysty wszystkie składają się na moralną i cywilizacyjną katastrofę. Największym zaś lękiem polskiego konserwatysty – a więc i Roszkowskiego – jest to, że zmiany te przyjdą nad Wisłę.

Zatrzymajmy się jeszcze przy tym, jak Roszkowski rozumie historię i proces dziejowy. Jego podręcznik pokazuje to wyraźnie. Bezwarunkowo pozytywnie ocenia wyłącznie katolicyzm; mówi o Kościele dużo i przy różnych okazjach, nie zawsze potrzebnie. To Kościół katolicki jest jedynym źródłem prawdziwych wartości i jedyną podporą moralności – tę zaś w ogóle trudno sobie wyobrazić bez Kościoła.

Im mniejsza jego rola w życiu publicznym, tym bliżej do upadku cywilizacji. To proste kryterium oceny każdego zjawiska społecznego. Kiedy Zachód się sekularyzował, przestawał być Zachodem. W XX w. stał się tylko wielkim muzeum na świeżym powietrzu, gigantyczną masą upadłościową starej cywilizacji. Przed polskimi konserwatystami stoi zatem tytaniczne zadanie „rechrystianizacji” Europy (nie trzeba przypominać, kto do niego wzywał).

Kiedyś byliśmy przedmurzem broniącym cywilizacji od Wschodu. Teraz jesteśmy ostatnim bastionem prawdziwego Zachodu, obleganym ze Wschodu i z Zachodu – ze Wschodu przez agresywny azjatycki, rosyjski imperializm, a z Unii Europejskiej przez zgniłe demoliberalne miazmaty.

Polska chyli się ku upadkowi

Konserwatyści – wypada do nich zaliczyć też polityków PiS, ale nie jest to dokładnie to samo: można być konserwatystą i nie znosić PiS – z przerażeniem obserwują, że w Polsce bardzo szybko pojawiają się na dużą skalę te same zjawiska społeczne, które napełniają ich odrazą na dzisiejszym Zachodzie. Mamy młode pokolenie, które zdecydowanie rzadziej wierzy w Boga i jeszcze rzadziej praktykuje katolickie obrzędy. To pokolenie kompletnie ignoruje kościelną etykę seksualną, a jego przedstawiciele nie chcą być księżmi – przez ostatnie kilkanaście lat nastąpił drastyczny spadek powołań. Postawy młodych Polaków i Polek w wielu kwestiach światopoglądowych, np. dopuszczalności aborcji czy dopuszczalności związków jednopłciowych, stają się coraz bardziej podobne do postaw ich zachodnich rówieśników.

Groza. Po prostu groza. Duża część dyskursu konserwatywnego w Polsce – w tym sens książki Roszkowskiego – da się sprowadzić do takiego okrzyku: „Groza!”.

Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia konserwatywni publicyści, z „Frondy” i nie tylko, pisali, że Polska zostanie w świecie Zachodu wyjątkiem, podobnym nieco do Stanów Zjednoczonych. Mieliśmy przejść modernizację, ale bez sekularyzacji – zostać nowocześni i zachodni, ale prawdziwie zachodni, zakorzenieni w katolicyzmie, w odróżnieniu od Zachodu, który odciął się od swojego pierwotnego korzenia.

Dziś jednak okazuje się, że te nadzieje były płonne. Droga, którą przeszła Hiszpania czy Irlandia – od skrajnie konserwatywnego katolickiego kraju do jednego z najbardziej liberalnych w Europie – otwiera się także przed Polską. Odpowiedzią w środowiskach konserwatywnej prawicy jest fala moralnej paniki i histeryczny opór przed zmianami instytucjonalnymi, np. przyzwoleniem na związki jednopłciowe.

Zagrzebanie się w okopach Świętej Trójcy nie jest jednak strategią rokującą sukces. I co bystrzejsi autorzy to rozumieją. Trzeba wyjść z kontrofensywą – choćby wtłaczać młodzieży do głów własne idee. Wyjdzie to zapewne tak, jak komunistom udała się indoktrynacja marksizmem-leninizmem, a więc nie najlepiej. Wiadomo dlaczego – próba płynięcia pod prąd zmiany społecznej to zawracanie Wisły kijem. Jak widać, każda władza musi jednak doświadczyć tego na własnej skórze (i częściowo, niestety, na naszej).

Ta zła Unia

Roszkowski obwinia o to, co uważa za kryzys cywilizacji w Polsce, Unię Europejską i zgniłą zachodnią kulturę. To stały wątek w jego publikacjach, nie tylko w podręczniku, ale również w „Roztrzaskanym lustrze”.

Winni są też pośrednicy, czyli zwłaszcza antypolska lokalna lewica. Nieprzypadkowo zatem inny ważny intelektualista związany z PiS, Zdzisław Krasnodębski, wygłosił 18 sierpnia w Telewizji Republika pogląd, że Zachód jest większym zagrożeniem dla niepodległości Polski niż Wschód. Parafrazując go, Rosja ma tylko czołgi i rakiety, a Zachód działa w sposób perfidny i bardziej przewrotnymi metodami niszczy rdzeń polskości – przywiązanie do konserwatywnych wartości. To Zachód niszczy konserwatywną obyczajowość, dzieli Polaków (!) – referuję tutaj myśl Krasnodębskiego – co w sumie jest bardziej niebezpieczne.

W tle tych fobii oczywiście bardzo wyraźnie widać lęk przed utratą władzy. Polski konserwatyzm albo będzie musiał się zmienić na wzór konserwatyzmu zachodniego, akceptując świat nowoczesny, w tym małżeństwa jednopłciowe, aborcję oraz wiele innych rzeczy, które polskim konserwatystom się nie podobają – albo utraci władzę. Jak łatwo zrozumieć, dla polityków prawicy to przerażająca perspektywa. Nie chcą być postawieni przed tym wyborem. Przytulajmy więc naszych konserwatystów, za moment nie będzie ich u władzy, a podręcznik Roszkowskiego stanie się takim samym reliktem przeszłości, jakim dzisiaj jest „Krótki kurs historii WKP(b)”. Autor w głębi duszy wydaje się to wiedzieć. Być może dlatego napisał tak histeryczną, złą książkę.


Adam Leszczyński jest historykiem i publicystą, profesorem Uniwersytetu SWPS w Warszawie, dziennikarzem OKO.press


Fot. Polska Agencja Prasowa

Wydanie: 38/2022

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy