W kraju, w którym każdy dobry uczynek musi być ukarany

W kraju, w którym każdy dobry uczynek musi być ukarany

Na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, na którym omawiano przygotowywaną wizytę prezydenta Rosji Miedwiediewa, prezydent Komorowski zaprosił wszystkich byłych prezydentów i premierów III Rzeczypospolitej. Wśród nich gen. Jaruzelskiego. Zapraszając Generała, jakkolwiek by było pierwszego prezydenta wybranego w demokratycznych wyborach, prezydent Bronisław Komorowski zachował się przyzwoicie i w dodatku roztropnie. Dał tym samym aż dwie podstawy do tego, by go skrytykowano.
Najpierw dał głos Jarosław Kaczyński. Wyjaśniając, że w posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego, na które zapraszany jest gen. Jaruzelski, on uczestniczyć nie będzie. Zaproszenie Generała uznał za skandal. Szydził, że „za chwilę w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego zostanie zaproszony gen. Kiszczak, a w sprawach wolności prasy Urban”. Prezes Kaczyński uznał więc, że „wybrany przez pomyłkę” na prezydenta RP Bronisław Komorowski tą decyzją dokonał „powrotu do okresu okrągłostołowego”. Ludziom niepamiętającym Okrągłego Stołu przypomnieć trzeba dla porządku, że w jego obradach uczestniczył Jarosław Kaczyński, natomiast Bronisław Komorowski odmówił w nim udziału.
Do tego, co Jarosław Kaczyński wygaduje o Generale i prezydencie Komorowskim, już przywykliśmy. Do tego, że ci, którzy w PiS jeszcze zostali, nie są zdolni do sformułowania jakiegokolwiek samodzielnego sądu i potrafią co najwyżej zacytować swego przewodniczącego, też przywykliśmy. Nowością jest to, że prezydenta zaatakował cały legion obłudników z jego własnej Platformy. Jarosław Gowin – ten, co to w stanie wojennym, wśród szarżujących czołgów i krwi lejącej się strumieniami po ulicach, przemykał na seminarium Tischnera, który zamiast porwać seminarzystów na barykady, zaczął coś gadać o Heglu, co naszego bojownika zniesmaczyło i sfrustrowało tak okropnie, że trzyma go do dziś – pierwszy wyraził oburzenie i moralny sprzeciw.
Za Gowinem poszli inni. Najbardziej bojowo natarł na prezydenta Jan Rulewski. Natarł z całą mocą swego intelektu. Swoją drogą na doradcę w sprawach rosyjskich Rulewski nadaje się najbardziej. Jeszcze w 1981 r. był gotów „w trampkach maszerować na Moskwę”. Mógł go prezydent zaprosić, może by myśl o marszu w trampkach rozwinął. Przed wizytą Miedwiediewa mieć taki wariant rezerwowy w zanadrzu dobrze by było. Ale prezydent Rulewskiego nie zaprosił, zaprosił Jaruzelskiego. Skandal i hańba!
Moralistów z Platformy wspierali wcale liczni dziennikarze, a nawet jeden historyk z tytułem profesora. Historyk, który swego czasu ubiegał się o posadę prezesa IPN, ale zapomniał o pewnym fragmencie swego życiorysu, tym mianowicie, że był wiernym towarzyszem w PZPR. Sprawa się wydała, prezesura IPN odjechała sprzed nosa, ale chęć wiernego służenia prawicy pozostała, a nawet została wzmożona. Trzeba bowiem zasługami zmyć hańbę z czasów PRL. Profesor służy więc i zmywa. Tym razem, występując w telewizji, wsparł swą historyczną wiedzą argumentację prawicowych polityków, że zaproszenie na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego gen. Jaruzelskiego było skandalem, który okrył hańbą prezydenturę Bronisława Komorowskiego i całą ojczyznę naszą. Otóż historyk ów, aby pokazać, jak czarną figurą jest gen. Jaruzelski, przypomniał, że Generał zapraszał i zachęcał Sowietów do interwencji w Polsce. Profesor mówił tak, jakby problem wszechstronnie zbadał i miał na swą tezę niezbite dowody. Kto choć trochę interesuje się historią najnowszą, a stanem wojennym w szczególności, wie, że niczego takiego nie ma, poza brulionami Anoszkina, które, jak już po stokroć wykazywano, są bardziej niż wątpliwym źródłem historycznym. Dokumentów i faktów przeczących rewelacjom Anoszkina są za to dziesiątki.
Wracając do zaproszenia Generała do Pałacu Prezydenckiego – klucz, wedle którego zapraszano, był oczywisty. Zaproszono nawet takiego byłego premiera, który robi ostatnio raczej kabaretowe wrażenie, i chyba nie spodziewano się, że jego rady w sprawie Rosji mogłyby być bardziej wartościowe niż rady innych celebrytów, np. Dody. Ekspremier jednak, jakkolwiek by było, jest ekspremierem, w kluczu się mieścił, Doda niestety, przy całej swej atrakcyjności i elokwencji, nie.
Gen. Jaruzelski ze swą zagmatwaną biografią – zagmatwaną podobnie jak zagmatwane są losy narodu polskiego – był człowiekiem, który w końcu system komunistyczny w Polsce czynnie rozmontowywał, dobrowolnie oddał władzę i był przez Zgromadzenie Narodowe wybrany na pierwszego prezydenta wolnej Polski. Jako prezydent wspierał rząd Tadeusza Mazowieckiego i był wobec niego lojalny. Na koniec, wcale tego nie musząc, skrócił swoją kadencję, umożliwiając tym samym wybór Lecha Wałęsy na prezydenta Rzeczypospolitej.
Od samego początku prezydentowi Jaruzelskiemu nie szczędzono rozmaitych upokorzeń i afrontów, na koniec zaś wytoczono mu haniebne procesy sądowe. Rzecz charakterystyczna, w tych afrontach i przykrościach celowali nie ci, którzy za walkę o wolną Polskę płacili więzieniem czy internowaniem i którzy mieliby prawo traktować Generała jako swego wroga. Nie Wałęsa, Michnik, Kuroń, Lis czy Celiński. Najbardziej zajadli, najsurowsi w ocenach są dziś przeważnie ci, którzy w walce z komuną niczym się nie wykazali, bezpiece niczym nie narazili. Przypływ odwagi i „wzmożenie moralne” nastąpiły u nich dopiero w III RP.
Zaproszenie gen. Jaruzelskiego przez prezydenta Komorowskiego było aktem przyzwoitości. Tej przyzwoitości, której wobec Generała tak często przez ostatnie 20 lat brakowało.
Było też aktem rozsądku. Gen. Jaruzelski zna Rosję jak mało kto w Polsce. Zna rosyjską mentalność, rosyjską duszę, rosyjską dumę i rosyjskie kompleksy. Poznał je jako zesłaniec, później jako żołnierz, na koniec jako wysoki rangą wojskowy i działacz państwowy. To wystarczy, by go prosić o radę przed spotkaniem z prezydentem Rosji. Jest i powód drugi. Dla Rosjan gen. Jaruzelski jest postacią znaną i ważną. Cenią go za wojenną przeszłość, wiedzą, że przyjaźni się z Gorbaczowem. Dlatego zapraszają go na uroczystości jubileuszowe związane z rocznicami zakończenia II wojny światowej.
Konsultowanie przygotowań do spotkania z prezydentem Rosji z najszerszym spektrum politycznym Polski ma też wymiar symboliczny. Symboliczny podwójnie. Dla Rosjan jest to znak, że to, co mówi polski prezydent, wyraża poglądy wszystkich Polaków. Dla Polaków jest to sygnał, że czas zakończyć wojnę polsko-polską, a w sprawach dla kraju najważniejszych – a do takich należą stosunki z Rosją – trzeba działać ponad partyjnymi podziałami.
Paradoksalnie krytyka prezydenta ze strony Platformy pokazuje, że Bronisław Komorowski chce być prezydentem wszystkich Polaków, nie prezydentem Platformy.
Niech więc kto chce, plecie o hańbie i skandalu. Ja przed prezydentem Komorowskim chylę czoła z najwyższym szacunkiem. Za jego mądrość i przyzwoitość. I za odwagę. Bo swoje dotychczasowe środowisko polityczne on zna i na pewno spodziewał się takiej właśnie jego reakcji.

Wydanie: 48/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy