Primum non nocere

Minister finansów, prof. Grzegorz Kołodko, dba o kondycję fizyczną. Wprawdzie do szlifowania formy obrał sobie dość zdradliwą dyscyplinę, jaką są biegi maratońskie, bowiem pierwszy maratończyk, nieznany Grek, który w roku 490 p.n.e. przebiegł w zbroi 42 km z Maratonu do Aten, krzyknął jedynie: „Zwycięstwo!” i padł martwy z wyczerpania, ale forma ministra jest zdecydowanie lepsza. Z doniesień prasowych wynika wręcz, że plasuje się on stale wśród pierwszych trzech tysięcy biegaczy kończących biegi uliczne we wszystkich miastach, do których jeździ się ścigać.
Jednak kondycja ministra, jak wszystko na świecie, z biegiem czasu zacznie słabnąć, czego mu oczywiście nie życzę. I wtedy dostanie się on w ręce lekarzy, których zasadą przy naprawianiu jego zdrowia będzie bez wątpienia przykazanie Hipokratesa Primum non nocere, czyli przede wszystkim nie szkodzić.
Maksymę tę warto przypomnieć ministrowi Kołodce obecnie, kiedy przystąpił do naprawy finansów publicznych, przedkładając w tym zakresie projekty, z których nie wszystkie potrafię ocenić. Z pewnym niepokojem jednak przyjąłem wiadomość, że pośród napraw proponowanych przez ministra znajduje się zniesienie wszelkich ulg podatkowych, w tym również tak zwanych kosztów uzysku, z których od czasów przedwojennych korzystają w Polsce wszelkiego rodzaju twórcy, pisarze, artyści, malarze, naukowcy, a także dziennikarze.
Idea 50-procentowej zniżki podatkowej związanej z „kosztami uzysku” narodziła się, jak rzekłem, przed wojną, jej rzecznikiem był Stefan Żeromski, a gorącym obrońcą przed zakusami któregoś z poprzedników ministra Kołodki był Tadeusz Boy-Żeleński. Jej logika jest dziecinnie prosta. Chodzi o to, że w sytuacji, gdy każdy pracownik najemny, a także każdy przedsiębiorca, wykonując swój zawód, korzysta bądź to z narzędzi i stanowiska pracy dostarczanych mu przez pracodawcę, bądź też stanowiących – odpisywane od podatku – koszty prowadzenia firmy, ludzie wykonujący zawody twórcze lub artystyczne wszystkie koszty związane ze swą pracą pokrywają z własnej kieszeni. A więc minister finansów na przykład, wykonując swoje obowiązki zawodowe, ma do dyspozycji krzesło, a nawet fotel, biurko, papier, komputer, telefon, ogrzane pomieszczenie, energię elektryczną, wodę, urządzenia toaletowe wraz z papierem, mydłem i ręcznikiem, a także samochód wraz z benzyną, codzienny komplet ważniejszych gazet, sprzątaczkę utrzymującą jego pomieszczenia we względnym porządku oraz sekretarkę częstującą jego i jego gości darmową kawą, herbatą oraz napojami chłodzącymi i rozgrzewającymi. I za to wszystko płaci ogół podatników. Z odpowiednich apanaży korzysta, zależnie od rangi, każdy pracownik sektora budżetowego, zaś przedsiębiorcy prywatni poniesione w ten sposób wydatki odpisują sobie od podatków jako koszty prowadzenia działalności gospodarczej.
Tymczasem w wypadku ludzi wykonujących zawody twórcze i zazwyczaj pracujących w domu wszystkie te koszty spadają na ich własne barki. Co więcej, zawody te, aby uprawiać je skutecznie, wymagają przeważnie dodatkowych kosztów, związanych na przykład z zakupem książek, które przedsiębiorcom i ministrom nie są potrzebne, biletów teatralnych i kinowych, w wypadku malarzy – farb i blejtramów, muzyków – instrumentów muzycznych do ćwiczeń, dziennikarzy – czasopism i połączeń internetowych oraz satelitarnych, itd. itp. I wszystko to składa się właśnie na „koszt uzyskania” pożądanego produktu, którym może być książka, rozprawa naukowa, obraz lub rzeźba, mistrzowskie wykonanie koncertu skrzypcowego, komentarz o wojnie w Iraku, scenariusz filmowy lub film, spektakl teatralny czy skomponowanie symfonii.
Minister Kołodko wie o tym bardzo dobrze, ponieważ sam jest nie tylko miłośnikiem sztuki i melomanem, ale w dodatku autorem wielu ważnych książek z zakresu ekonomii, które tworzy przeważnie w przerwach pomiędzy sprawowaniem wysokich funkcji państwowych. Ale kłopot z ministrem Kołodką polega na tym, że jeśli sprawuje zbyt długo funkcję ministerialną, zapomina o swojej funkcji autorskiej i wówczas zabiera się za likwidowanie „kosztów uzysku”. Raz już zdarzyło mu się to pod koniec pierwszego urzędowania w latach 90., ale zanim zdołał zrealizować swój pomysł, odszedł z rządu. Teraz, jak słychać, stary pomysł odżywa w nim znowu.
I dlatego właśnie wypadnie mu przypomnieć zasadę Hipokratesa: Primum non nocere. Nie wiem, czy ministrowi Kołodce uda się naprawić finanse publiczne. Ale na pewno zdolny jest zaszkodzić ludziom uprawiającym naukę, sztukę czy parającym się kulturą. Przy okazji zaś zaszkodzić rządowi, którego jest członkiem i który i tak nie ma się najlepiej.
Stosunki bowiem tego rządu i tworzącej go SLD-owskiej formacji politycznej ze środowiskami twórczymi i intelektualnymi są mocno powikłane. Jak wiadomo, środowiska te początkowo wyraziły radosny entuzjazm wobec upadku „komuny”, twierdząc, że znalazły się wreszcie „we własnym domu”. Nie trzeba było jednak wiele czasu, aby w tym domu sufit spadł im na głowę w postaci komercjalizacji kultury, pauperyzacji środowisk kulturalnych, upadku nakładów państwa na kulturę, załamania się masowej infrastruktury kulturalnej i innych nieszczęść, których nie będę tu wyliczał. Dlatego też dość szybko sympatie tych środowisk przesunęły się nieśmiało ku lewicy, być może na skutek przypomnienia sobie, że lewica ongiś interesowała się kulturą, a jej czołowi ideolodzy, z Marksem na czele, czytali książki i mieli coś do powiedzenia o sztuce, nawet antycznej.
Złudzenia te jednak już wkrótce wystawione zostały na dotkliwą próbę. Poza krótkim okresem sprawowania urzędu ministra przez Kazimierza Dejmka lewica pokazała środowiskom kulturalnym plecy, a ostatnio, jak wiemy, za najłatwiejszy sposób ugłaskania prywatnego kapitału w mediach uznała sprzedanie prywatnym nadawcom tantiem autorskich w środkach masowego przekazu.
Pomysł, który znowu zaczyna dręczyć ministra Kołodkę, odebrany zostanie jako nowy dowód, że środowiska kulturalne nie mają czego szukać po lewej stronie. Kiedyś uważało się je za opiniotwórcze. Dziś ich opinia nie spędza już snu z oczu rządzącym, ale mówi się – często dla parady – że w gospodarce może wypadamy marnie, za to w kulturze jesteśmy potęgą, co ma nam rzekomo zapewnić godne miejsce w Europie.
Lecz kultury nie robią krasnoludki, tylko żywi ludzie, którym właśnie – jeśli nastrój ministra Kołodki się utrzyma – zamierzamy zabrać połowę ich środków utrzymania.

 

Wydanie: 22/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy