Kto żyje z leków?

Kto żyje z leków?

W ciągu minionych dziesięciu lat Polak został zmuszony do 17-krotnego zwiększenia wydatków na lekarstwa

Ratowanie życia, ale także reklama, często na granicy uczciwości. Szlachetni lekarze i ci kupieni przez koncerny farmaceutyczne. Ratowanie życia i walka o wielkie pieniądze – taka jest historia polskich leków, historia wzruszająca i drapieżna. Jak zawsze, gdy leczenie miesza się z olbrzymim zyskiem.
Coraz większe zyski osiągają firmy farmaceutyczne, choć sprzedają coraz mniej leków. Firmy kwitną, pacjenci nie. Polak dopłaca do lekarstw najwięcej ze wszystkich mieszkańców Europy. Ostatnio coraz częściej nie dopłaca, bo ich po prostu nie kupuje. Tak twierdzi 34% respondentów Sopockiej Pracowni Badań Społecznych. Choć leki są u nas tańsze o 30% niż w krajach Grupy Wyszehradzkiej i cztery razy tańsze niż w Unii, to dla Polaka i tak za drogie. – W ciągu minionych dziesięciu lat Polak został zmuszony do 17-krotnego zwiększenia wydatków na leki – wylicza oburzona Małgorzata Wychowaniec, dyrektor Polfarmedu zrzeszającego polskich producentów lekarstw.

Rynek nakręcają pacjenci

Choć jesteśmy ubezpieczeni, za najdroższe leki najczęściej musimy zapłacić z własnej kieszeni. I ciągle kupujemy ich dużo. W Europie więcej zjadają tylko Francuzi.
– Ceny leków? To temat zastępczy, który ma ukryć niewydolność systemu ochrony zdrowia – uważa Mariusz Jatymowicz z Bristol-Myers Squibb (leki kardiologiczne, onkologiczne, antybiotyki, leki dla pacjentów z HIV).
Nie sądzę, by był to temat zastępczy. Przecież dotyczy nas wszystkich. Przy tym lek jest dziwnym towarem – kto inny wydaje zlecenie jego kupna, kto inny produkuje, kto inny sprzedaje. Wszyscy chcą zarobić. A to, czy towar się dobrze sprzedaje, nie zawsze zależy od ceny. Głębokie jest przeświadczenie, że lek tańszy, do tego nieoryginalny, polskiej produkcji nie może pomóc. Rynek nakręcają pacjenci, którzy domagają się zapisania droższego, najlepiej zagranicznego, bo tylko taki pomoże. Albo reklamowanego, „tego, który pomógł Goździkowej”.
Najwięcej farmaceutyków (65%) sprzedaje się na receptę. 23% kupujemy bez recepty, 12% biorą szpitale. Lekarstwa o największej wartości kupuje się w aptekach na Śląsku i na Mazowszu. Od kilku lat rośnie tam sprzedaż, tam najwięcej można na lekach zarobić.

Fałszowanie recept

Wydają więcej pacjenci, wydaje więcej państwo. W ciągu minionych czterech lat wydatki z budżetu państwa na ten cel podwoiły się. Kasy chorych coraz więcej pieniędzy przeznaczają na refundację leków. W 1999 r. było to 16,4% ich budżetu, w 2001 r. – 22%. – Jednak wcale nie oznacza to, że leczymy się skuteczniej – dodaje Małgorzata Wychowaniec z Polfarmedu. – Wzrost wydatków na leki powoduje zmniejszenie środków finansowych na inne działy ochrony zdrowia. Poza tym udział pacjentów w kosztach leków w latach 1994-2000 wzrósł z 8% do 67%. Tymczasem zdaniem WHO, 40-procentowa dopłata pacjenta to maksimum. Jeżeli jest większa, oznacza to, że państwo nie zapewnia pacjentom dostępu do leków.
Jeśli farmaceutyki są drogie, nasila się kombinowanie, żeby dostać je nawet za darmo. Kontrole kas chorych wykazały: wypisywanie recept bezpłatnych na osoby nieuprawnione i fałszowanie recept, potężne przestępstwa, na przykład bezpłatne wydanie leków ogromnej wartości. Szczególne zainteresowanie wzbudziły recepty inwalidów wojennych. Jest to zaledwie 0,34% ubezpieczonych. Tymczasem koszty ich recept stanowią aż 10% wydatków na leki ponoszonych przez kasy chorych. Oznacza to, że z recept inwalidów korzystały osoby nieuprawnione. Przykład – lekarz na Dolnym Śląsku przez pięć miesięcy wypisał na 308 receptach dla inwalidów wojennych 26 litrów Amolu i Melisany, co kosztowało podatników 19 tys. zł.
Najnowszą aferą ilustrującą hasło „kto (nielegalnie) zarabia na lekach?” jest kontrola prowadzona przez urzędy celne i skarbowe. Twierdzą one, że przedstawicielstwa firm farmaceutycznych w wyniku zawyżania cen naraziły budżet na wielomilionowe straty. Mechanizm był prosty. Najpierw wynegocjowano z resortem zdrowia cenę, potem z macierzystych firm sprowadzano towar o wiele taniej – rabaty wynosiły co najmniej 30%. Na fakturach wpisywano ceny wynegocjowane, zarabiając w ten sposób kilkadziesiąt procent.
Krajowi producenci twierdzą, że zdobyte pieniądze zachodnie firmy przeznaczały na promocję swoich drogich specyfików, które wyparły tańsze, polskie. A to powodowało wzrost refundacji leków z publicznych pieniędzy.
W cieniu tych afer jest chory, który z długiej recepty wybiera środki najtańsze, choć akurat tylko pominięty drogi lek poprawiłby jego zdrowie. „Czy pana będzie stać na wykupienie leku?” – niektórzy lekarze wstydzą się zadawać takie pytanie, innym się nie chce. Tak twierdzi prof. Andrzej Członkowski, krajowy konsultant ds. farmakologii klinicznej. I dodaje, że lekarze często mają słabą wiedzę o refundacji.

Nowy kosztuje

Leki oryginalne i generyki. To dziś bardzo ważny problem, gdy rozmawia się na temat „kto zarabia na lekach?”. Otóż leki dzielą się na oryginalne, czyli stworzone od podstaw, oraz generyczne – odtwórcze, opracowane na podstawie oryginalnych po wygaśnięciu ich ochrony patentowej. Preparaty nowatorskie są drogie, bo koszt wprowadzenia ich do produkcji to nawet 500 mln dolarów. Generyki są o 30% tańsze, w Polsce ta różnica wynosi nawet 400%.
Po wejściu do Unii sytuacja może się pogorszyć, bo okres ochronny na leki oryginalne może się wydłużyć. W 1993 r. wydłużyliśmy ochronę patentową z 15 do 20 lat. Po wejściu do Unii może to być jeszcze pięć lat. Co oznacza, że przez ten czas nie będzie można zarejestrować leku tańszego, generycznego, a zatem dłużej będziemy się leczyli środkami oryginalnymi, często kilka razy droższymi. Skutki odczuje pacjent i budżet kas chorych. – Jeżeli nie będziemy chronić praw patentowych, producenci leków oryginalnych wycofają się z rynku – to ostrzeżenie słyszę w wielu przedstawicielstwach zagranicznych firm.
Tymczasem powinniśmy dążyć do zastępowania oryginalnych preparatów własnymi, odtwórczymi. W znacznie przecież bogatszych Niemczech, w Japonii czy USA leki oryginalne zastępuje się generykami z mocy decyzji administracyjnej. Zachęty i ograniczenia spowodowały, że mieszkańcy tamtych krajów leczą się taniej. U nas nie działają podobne rozwiązania. Lekarze mają swobodę w ordynowaniu leków. – W przypadku cen powinien istnieć wolny rynek – oponuje Mariusz Jatymowicz. – Natomiast refundacja winna się znajdować pod ścisłą ochroną państwa.
Na liście leków oryginalnych odnajduję prozac, słynną antydepresyjną tabletkę szczęścia. Poniżej kilka tańszych leków generycznych. Skład ten sam. Różni są producenci, różne – niższe – ceny.
A jednak dobrze sprzedają się leki o ugruntowanej pozycji, także preparaty nowe, ostro reklamowane. Dobrze sprzedają się leki modne. Dobrze wreszcie sprzedają się leki, wokół których zrobi się szum. Przed kilkoma laty głośno było o konieczności szczepienia przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu. Tłumy rzuciły się na drogą szczepionkę. Dziś szumu nie ma, reklamy nie ma, zainteresowanie opadło. Inny przykład to leki przeciwko przeziębieniu. Stanowią nietypowy fragment rynku, bo wyjątkowo mocni są tu krajowi producenci. W ciągu ostatnich trzech lat sprzedaż rośnie o 20% rocznie. Wszystkie firmy na reklamę witamin wydały w 2000 r. ponad 120 mln zł., podczas gdy w 1996 r. – tylko 25 mln zł. Walka jest ostra, marże są tu najwyższe, jest o co się bić. Słodkie dzieci z reklam telewizyjnych – jedno pije vibowit, drugie plussssz. Walczą o ciężkie pieniądze dla swoich firm.
Dobrze sprzedają się leki, które polecą lekarze. Dobrze sprzedają się leki zagraniczne. – Z nimi jest trochę tak jak z placebo – złośliwie komentuje prof. Witold Wieniawski z Instytutu Leków. – Już samo zażycie, bez względu na działanie, pomaga w powrocie do zdrowia.

Lekarz sponsorowany

Dlaczego lekarz poleca pewien lek? Czasami coś z tego ma, na przykład wyjazd. – Obrady sponsorowane przez firmy farmaceutyczne dziś najchętniej organizuje się w małych ośrodkach. Nie trzeba zapraszać prominentów – wyjaśnia szef jednej z zachodnich firm. Dobre strony zjazdów sponsorowanych widzi Andrzej W., ginekolog z Łodzi. – Dają tam literaturę fachową, na którą mnie nie stać – tłumaczy. – Wpisowe na zjazd naukowy wynosi dziś co najmniej 500 dol. – dodaje prof. X. – Za to mogę wejść na obrady i na koktajl. A podróż? A hotel? Bez 2-3 tys. dol. nie ma co startować. Gdyby nie wsparcie firmy farmaceutycznej, siedziałbym w Warszawie jak w zaścianku.
Zjazdy naukowe organizowane w Polsce oblepione są znakami firm. Ale przyznać trzeba, że udaje nam się balansować między wiedzą czystą a sponsorowaną. Nie zetknęłam się jeszcze z taką sytuacją jak w Argentynie, gdzie na zjeździe poświęconym epilepsji najlepsze godziny dostały sesje sponsorowane, zaś lekarzy zepchnięto na obrzeża.
Poza zjazdami są także towarzystwa naukowe, które nie mają pieniędzy na szkolenia. Gdyby nie pomoc firm farmaceutycznych, ten fragment ich działalności byłby mocno ograniczony.
Osobnym tematem w zarabianiu na lekach jest, mówiąc najogólniej, wspomniane namawianie lekarzy, by zapisali ten, a nie inny lek. Namawiającym jest bardzo często inny lekarz zwany repem (od ang. medical representive). Ten, kto godzi się zapisywać lek danej firmy, otrzymuje honorarium za konsultacje marketingowe. – Każdy dostaje według zasług – wyjaśnia jeden z repów. – Najpierw są to gadżety, potem pomoce medyczne, pieniądze i zagraniczne wycieczki.
Sprawdzenie lojalności lekarza wobec firmy nie jest bardzo trudne. Trzeba znaleźć życzliwego pracownika kasy chorych. Prześledzi dane zarejestrowane w kasie. Tam w jednej linijce zapisuje się chorego, receptę i lekarza. Można też spróbować dogadać się z apteką, która ujawni, co kto przepisał. Z prywatnych rozmów z przedstawicielami firm wynika, że takie porozumienie zawarte z aptekarzem zdarza się często. W ostateczności można zastosować najbardziej prymitywny chwyt – niech lekarz odbiera od pacjentów puste opakowania. To będzie dowód. – Na początku wstydziłem się – przyznaje lekarz rodzinny z podwarszawskiej miejscowości – ale kiedy zorientowałem się, że zarobię 4 tys. zł, nauczyłem się chwytów, które wymusiły zwrot opakowań.
Bo dziś wszystko zależy od moralności lekarzy i od nowego prawa farmaceutycznego, które ograniczy promocję i reklamę leku. Tymczasem specjaliści twierdzą, że na promocję produktów firmy wydają nawet miliard rocznie. A lekarze, którzy w podręcznikach znajdują wiedzę sprzed paru lat, w dobrej wierze kierują się reklamą.

Czy pomoże nowa lista leków refundowanych

– Co państwo może i powinno zrobić w sprawie cen leków? – zastanawia się Małgorzata Wychowaniec. – Stworzyć listę refundacyjną na odpowiednim poziomie cenowym. Czekam na decyzję resortu zdrowia. Wiemy wszyscy, że resort nad nią pracuje.
Zdaniem pani dyrektor, zasada umieszczania leku na liście refundacyjnej jest prosta. Powinny znaleźć się tam leki tanie.
Jednak tworzenie nowej listy kojarzy się z jej przycinaniem, nie wydłużaniem. Optymiści mówią, że będzie to racjonalizacja listy, bo minister Łapiński chce zahamować wzrost wydatków na refundację leków przez kasy chorych. Jednocześnie minister zapewnia, że tworzy się ją tak, by zapewnić dostępność do lekarstw także tym, którzy dzisiaj ich nie wykupują.
Minister Łapiński przekonuje, że gdy zacznie działać Rejestr Usług Medycznych, będzie można zidentyfikować lekarza, który przepisuje pacjentom tylko drogie, zachodnie preparaty.

– Każda firma farmaceutyczna chce mieć swoje wyroby na liście leków refundowanych – przyznaje Robert Jarecki z Scheringa. – Jest to stały przypływ dochodu. Bo jak pacjenta przestraszy cena, po prostu leku nie kupi.
Inny specjalista dodaje, że ten, kto nie ma leku na liście refundacyjnej, ma małe szanse rynkowe. Trudno się dziwić, że w Polsce dochodzi do agresywnego lobbingu. Pewnie dlatego minister zdrowia podkreślał w wywiadach, że zespół opracowujący nową listę pracuje w najgłębszym utajnieniu.
Na listę leków refundowanych czeka również Ewa Król z Janssen Cilag. Firma przeprowadziła badania, z których wynika, że kobiety bez finansowego wahania kupiłyby pigułki antykoncepcyjne w cenie ok. 10 zł za opakowanie. Cena powyżej 30 zł jest nie do pokonania. – Nasze najnowsze, najbezpieczniejsze tabletki kosztują w okolicach tej kwoty – komentuje Ewa Król. – Mogę mieć tylko nadzieję, że z nowej listy znikną stare leki, a będą refundowane bezpieczne. Poza tym warto dopłacać do środków antykoncepcyjnych właśnie ze względu na pieniądze. Niechciane ciąże i niechciane dzieci kosztują państwo o wiele więcej niż paczka pigułek.
To słuszna uwaga. Jednak farmaekonomika, czyli – mówiąc najprościej – porównanie skuteczności i kosztów, ciągle jest w Polsce mało popularna. Jako pierwsi na alarm zaczęli bić onkolodzy. Kliniki onkologiczne trzęsą się nad każdą złotówką. Nie zastosują drogiej i skutecznej kuracji, bo nie ma zgody kasy chorych. No to decydują się na tanią i długą. W sumie wydają więcej. A pacjent? Często żyje krócej.

Kilka lat temu włoscy farmakolodzy, stosując kryterium udowodnionej skuteczności, zbadali 50 najlepiej sprzedających się leków w krajach europejskich. Okazało się, że w Wielkiej Brytanii, gdzie najtrudniej jest zarejestrować lek, potwierdzoną skuteczność ma 92% preparatów. Jak jest w Polsce, nie wiadomo. Nie wiemy, czy leki dziś refundowane są najskuteczniejsze.
Nie udały się próby oszacowania kosztów leczenia poprzez receptariusze. Jedna z kas chorych próbowała narzucić lekarzom listę zalecanych specyfików. Podniósł się alarm. Tymczasem takie receptariusze funkcjonują w Anglii. Poza tym prowadzi się tam badania skuteczności leku. Jeśli okaże się mniej skuteczny niż firma zapowiadała, wylatuje z listy leków refundowanych. I następuje obniżenie ceny.
Pomimo wspomnianego alarmu kasy nie rezygnują. W kasie zachodniopomorskiej istnieje lista leków sugerowanych. Powiadomiono o niej lekarzy rodzinnych. Podobną listę szykuje się dla lekarzy specjalistów. Ma być taniej i jest taniej. Wyliczono, że w zeszłym roku kasa zaoszczędziła ponad 8 mln zł, pacjenci wydali o 7 mln mniej.
Robert Jarecki z Scheringa uważa, że kontrola rynku farmaceutycznego w Polsce jest dostateczna. – Każdy lek ma cenę, której nie można przekroczyć – tłumaczy. – Jeśli firma chce podnieść cenę, musi liczyć się z tym, że wypadnie on z listy leków refundowanych, a wtedy pacjent w ogóle go nie kupi.

Wojna Polfy z Zachodem

– Uważam, że ceny krajowych leków nie zawsze są oparte na realnych kosztach produkcji. Bywają świadomie zaniżane – to opinia Roberta Jareckiego. – Leki zagraniczne mają wyższe koszty produkcji. Opracowanie nowego preparatu i jego wdrożenie pociągają za sobą olbrzymie wydatki, na które nie stać żadnej polskiej firmy farmaceutycznej.
– Polskie leki są tańsze, ale to nie znaczy, że gorsze – oponuje prof. Witold Wieniawski z Instytutu Leków. – Wszystkie leki dopuszczone na rynek są dobrej jakości. Inaczej nie znalazłyby się w aptekach.
– Jedno opakowanie generyku polskiej produkcji kosztuje średnio 3,8 zł, natomiast zagranicznego – 17,5 zł – wylicza Małgorzata Wychowaniec. – Lek oryginalny o potężnie zawyżonej cenie i odpowiadający mu lek generyczny produkcji krajowej mają takie same właściwości lecznicze. Jednak różnica w cenie jest ogromna, a najczęściej pokrywa ją pacjent z własnej kieszeni.
Obrońcą polskich leków jakby z urzędu jest dyrektor warszawskiej Polfy, Władysław Karaś. – Twierdzenie, że leki zachodnie są lepsze, nie ma uzasadnienia w rzeczywistości. Powinniśmy zastanowić się nad sposobem zwiększenia dostępności farmaceutyków – dodaje dyrektor Polfy. Jego zdaniem, w Polsce uprawia się masochizm gospodarczy. Wylicza: polski producent płaci cło od półproduktów, a wyroby z importu są zwolnione od cła. Polskie leki mają ceny urzędowe, zaś importowane – ceny wolne. Kolejny przejaw dyskryminacji to pozycja polskiego wytwórcy. Płaci podatek od niezrealizowanego zysku – w momencie, kiedy towar opuszcza zakład, już musi deklarować podatek. Zachodni producenci płacą podatek wtedy, gdy dostaną pieniądze za leki. Nie ma też równości podatku między niektórymi polskimi i zachodnimi producentami.
Mariusz Jatymowicz, dyrektor generalny Bristol-Myers Squibb, nie zgadza się z opinią, że „zagraniczni mają lepiej”: – Wyroby producentów zagranicznych w Polsce są tańsze niż na Zachodzie Europy. Działa geografia portfela. Niemców stać na to, by płacić osiem razy tyle za lek, który w Polsce musi być tańszy. Leki generyczne? Producent powinien być zobowiązany do przedstawienia parametrów swojego preparatu. Ciąży na nim duża odpowiedzialność.

Czy pomogą ceny urzędowe?

Wygląda na to, że skończy się przewaga firm zachodnich. Dotychczas ceny urzędowe, ustalane przez resort zdrowia, obowiązywały tylko producentów krajowych. Zagraniczni negocjowali swoje z ministrem finansów. Teraz – zgodnie z nową ustawą o cenach – władza nad cenami leków należy już tylko do ministra zdrowia, a firmy zagraniczne będą miały, tak jak krajowe, ceny urzędowe.
Minister zdrowia utworzył specjalny zespół, który przygotowuje ceny urzędowe dla leków zagranicznych. Na pewno nie będą takie jak krajowych, ale można się spodziewać ich obniżenia. Tak więc pracują dwa zespoły – jeden do spraw gospodarki lekami, drugi, który tworzy nową listę leków refundowanych. W tym drugim zespole ekspertami nie są konsultanci krajowi. Będą uczestniczyć dopiero w uzgadnianiu ostatecznego projektu.
A dzisiaj nikt nie chce się przyznać do zarabiania na lekach. Pod koniec ubiegłego roku firmy zagraniczne wyliczyły, że ceny ich leków nie wzrosły w ciągu minionych 12 miesięcy. Wpłynęła na to silna złotówka – W Polsce nie zarabiamy więcej niż w innych krajach – twierdzą przedstawiciele firm. – Dla Polaków ceny są wysokie, bo państwo mało dopłaca. A poza tym drożeją leki krajowe.

Zdaniem Władysława Karasia, dyrektora warszawskiej Polfy, koszt wytwarzania leku zagranicznego stanowi 2% jego ceny. Reszta to zysk, w dużej części wydawany na promocję. Nie zgadza się z tym Mariusz Jatymowicz. – Jest pan marzycielem – odpowiada. – Chciałbym, aby koszt nowego produktu wahał się w granicach 2% jego ceny. Jest tak zaledwie w kilku przypadkach. Koszty leków to zazwyczaj kilkadziesiąt procent jego ceny. Górna granica opłacalności to 60%.

Co doradzi pani magister?

Z leków żyją także apteki, choć narzekają, bo od połowy grudnia marże mają mniejsze. 12%, gdy średnia europejska to 20%. Największy zysk mają na preparatach paramedycznych. Polak, co nie wyróżnia go w Europie, chętnie leczy się sam, tylko przy wsparciu pani magister z apteki, która doradzi tabletki przeciw grypie. Wykorzystują to zręcznie firmy farmaceutyczne. Wiele reklam pokazuje rzężącego Polaka, który z trudem dociera do okienka aptecznego. – Te reklamy są bezwstydne, a do tego wmawiają, że proponują nowy lek – oburzają się specjaliści z Federacji Konsumenta.
– Na aptekarzy nałożony był obowiązek informowania klientów o istnieniu tańszych, polskich odpowiedników. Dlaczego ich się z tego nie rozlicza? Może należałoby zmienić system rozliczenia z aptekarzami? Można by wprowadzić premie dla aptekarzy, którzy sprzedawaliby nie droższe, lecz tańsze preparaty – proponuje dyrektor warszawskiej Polfy. I dodaje, że dzisiaj mamy do czynienia nie tylko z wolnym rynkiem, ale już z wolną amerykanką.
Prognozy na najbliższe lata są złe. Leki będą drożeć. Ktoś znowu na tym zarobi. I na pewno nie będzie to pacjent. A może jednak po latach dyskusji nowy minister zdrowia zdoła uporządkować rynek farmaceutyczny i wprowadzić jasne kryteria refundacji? Jedynym przegranym przestanie być pacjent. Bo dzisiaj każda choroba w rodzinie nadweręża budżet. Przewlekła choroba go rujnuje.


* W Polsce leki wytwarzane są w 80 przedsiębiorstwach, 61 zatrudnia ponad 50 osób. Znaczącym producentem jest 15 przedsiębiorstw wchodzących w skład byłej Polfy. Krajowy potencjał to ponadto dwa instytuty naukowo-badawcze, 10 zakładów zielarskich Herbapol, 14 przedsiębiorstw chemiczno-farmaceutycznych, trzy wytwórnie surowic i szczepionek Biomed, trzy wytwórnie preparatów weterynaryjnych i filie producentów zagranicznych.


* Przeciętna rodzina wydaje na leki 244 zł rocznie.
* Jedno opakowanie leku kosztuje średnio 6 zł.
* 75% Polaków domaga się, by leki staniały.
* Na koniec 1999 r. (ostatnie dane Ministerstwa Zdrowia) było zarejestrowanych w Polsce ok. 12 tys. leków i materiałów medycznych produkowanych przez ponad 450 firm z całego świata.
* Ponad 2 tys. leków wytwarzają krajowi dostawcy.
* W ciągu minionych pięciu lat udział krajowych producentów spadł z 12% do 6%.
* Wartość polskiego rynku leków została obliczona na około 12 mld zł.
* Kasy chorych płacą około 5 mld, resztę – 7 mld – wydają pacjenci – dopłacają do refundacji lub płacą za leki nierefundowane.
* 2,4 tys. leków można kupić bez recepty. Są to głównie środki przeciwbólowe, przeciwgrypowe, uspokajające i na problemy żołądkowe. To o ich kupowanie toczy się najostrzejsza wojna reklamowa.
* W 2001 r. sprzedaż leków była wyższa o ponad 10% w stosunku do 2000 r.

 

Wydanie: 8/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy