Leczmy przyczyny, a nie skutki

Leczmy przyczyny, a nie skutki

Zamiast poprawiać warunki, w których żyją ludzie, modyfikujemy im mózgi, żeby w tych warunkach w ogóle byli w stanie wytrzymać Dr Radosław Stupak – psycholog Przyczyny depresji i skuteczność różnych metod jej leczenia są ostatnio przedmiotem burzliwych dyskusji, w tym z udziałem osób publicznych. – Duże zamieszanie wywołały zwłaszcza medialne streszczenia publikacji prof. Joanny Moncrieff, której zespół przeanalizował wyniki bardzo wielu odpowiednich badań i wykazał, że nie ma dowodów na potwierdzenie serotoninowej teorii depresji (przy czym można byłoby się spierać, czy powinniśmy w tym wypadku mówić w ogóle o teorii, czy raczej tylko o hipotezie). Nie jest to nowa wiedza, w tym sensie, że co najmniej od paru lat w ważnych czasopismach naukowych ukazywały się artykuły, z których wynikało, że to na pewno nie jest takie proste – ot, za mało serotoniny równa się depresja. O tym, że ta hipoteza jest nie do obrony, pisano np. w 2015 r. na łamach „World Psychiatry”, właściwie najważniejszego czasopisma psychiatrycznego na świecie. Podobne artykuły ukazywały się też wiele lat wcześniej. Mimo braku dowodów na potwierdzenie wspomnianej hipotezy przez lata dominowała ona w praktyce leczenia depresji. – Opartą na niej narrację wykreował przemysł farmaceutyczny we współpracy z wieloma ośrodkami akademickimi oraz tzw. kluczowymi liderami opinii w świecie psychiatrii. Doskonale nadawała się ona bowiem do przekonywania pacjentów do brania leków, a jednocześnie idealnie wpisywała się w klasyczne, biomedyczne myślenie na temat problemów zdrowotnych. W tym modelu mamy jasną przyczynę choroby, którą jest w tym przypadku niski poziom serotoniny, i proste rozwiązanie, którym są podnoszące go leki, tak jak antybiotyk działa na bakterie. W ramach evidence-based medicine, czyli medycyny opartej na dowodach, systematyczny przegląd metaanaliz Moncrieff i jej zespołu ma status najmocniejszego dowodu w hierarchii dowodów. W związku z tym, a także dlatego, że wyniki tego badania przebiły się do dużych mediów na Zachodzie, nie można już było udawać, że nic się nie stało. Właśnie stąd wzięły się, organizowane również w Polsce, akcje PR-owe w obronie dominującej opowieści o depresji i antydepresantach oraz personalne ataki na Moncrieff i jej zespół. Wiele z najpopularniejszych leków antydepresyjnych to tzw. selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI) lub serotoniny i noradrenaliny (SNRI). Badanie, o którym pan mówi, podważa powszechne przekonanie o ich skuteczności? – Na pewno podważa standardowy sposób przedstawiania antydepresantów, np. w kampaniach społecznych. Niezależnie jednak od tego, jaką teraz opowiemy ludziom historię na temat rzekomych biologicznych mechanizmów ich działania, pozostanie podstawowy problem ich małej skuteczności. Skuteczność takich leków badamy w sposób niemający w zasadzie nic wspólnego z tym, jak wyobrażamy sobie ich działanie biologiczne. W największym skrócie: losowo dzielimy pacjentów na dwie grupy, z których jedna otrzymuje dany specyfik, a druga placebo, a następnie prosimy ich o ocenę objawów, zadając pytania w stylu „Jak bardzo Pan/Pani jest smutny/smutna, w skali od 1 do 4”. W wielu metaanalizach różnica pomiędzy średnimi wynikami dla obu grup okazała się właściwie niezauważalna, bo wyniosła np. 2 pkt na skali, która ma ich ponad 50. Przy czym mowa o wynikach uśrednionych, indywidualne reakcje na dany lek mogą być bardzo różne. Części osób prawdopodobnie pomagają one istotnie bardziej niż placebo, podczas gdy wielu innym ich długotrwałe przyjmowanie może nawet szkodzić. Prof. Giovanni Fava, psychiatra, redaktor naczelny prestiżowego „Psychotherapy and Psychosomatics”, mówi wprost, że ze względu na biologiczny mechanizm ich działania popularne antydepresanty mogą sprawiać, że depresja stanie się bardziej chroniczna, lub wywoływać stany maniakalne. Dyskusja na ten temat jest prowadzona na łamach najważniejszych czasopism naukowych na świecie. Czy można oszacować, w jak wielu przypadkach leki antydepresyjne nie spełniają swojego zadania? – Tuż po badaniu Moncrieff opublikowano metaanalizę opartą na danych z badań klinicznych dla amerykańskiej FDA (rządowa Agencja Żywności i Leków – przyp. red.). Wynika z niej, że w najlepszym wypadku co siódma osoba odnosi istotne korzyści z przyjmowania antydepresantów. W przypadku USA, kraju, w którym bierze je ok. 15% populacji, mówimy o kilkudziesięciu milionach ludzi, którzy mogą nie odnosić korzyści ze stosowania leków, za to są z ich powodu narażeni na niepotrzebne szkody. W Polsce ten rodzaj leków nie jest jeszcze zażywany masowo, ale robi

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 12/2023, 2023

Kategorie: Wywiady, Zdrowie