Liczenie strat – polemika z Eugeniuszem Janułą

Ilu radzieckich żołnierzy zginęło w operacji berlińskiej

W interesującym skądinąd artykule Eugeniusza Januły o „wyścigu” trzech radzieckich marszałków do Berlina w ostatnich tygodniach II wojny światowej („Przegląd” nr 19) znalazły się informacje o wątpliwej ścisłości. Autor nie informuje o źródłach, ale odnosi się wrażenie, że korzysta z różnych, bardziej i mniej wiarygodnych.
Z przekonaniem pisze np. o marsz. Koniewie: „był to skryty wróg Żukowa”. Raczej legenda i plotka niż prawda. Obaj marszałkowie zawdzięczali sobie życie. Po niepowodzeniach dowodzonego przez Koniewa Frontu Kalinińskiego jesienią 1941 r. Stalin wytypował go na kozła ofiarnego i zamierzał postawić przed sądem polowym. Uratowała wtedy Koniewa interwencja Żukowa. Sześć lat później Koniew się zrewanżował. W 1947 r. radziecki dyktator, opętany strachem przed „bonapartyzmem”, chciał oddać Żukowa w ręce siepaczy Berii. Poprzedził to „naradą”, w której obok Berii i Mołotowa uczestniczyło kilku marszałków. Beria przedstawił „akt oskarżenia” z jednoznacznym wnioskiem. Koniew zdecydowanie i z wielką odwagą cywilną wystąpił w obronie Żukowa. Stalin zawahał się i marszałek ocalał. Został jedynie zesłany na podrzędne stanowisko. Nie wydaje się zatem, aby stosunki obu marszałków były wrogie.

Uchylona klauzula tajności

Ale to drobiazg. Istotniejsze wątpliwości budzą przytaczane przez autora dane o stratach radzieckich w bitwie o Berlin. Informuje, że poległo wówczas „co najmniej 360 tys. radzieckich żołnierzy”. Skąd te dane? Szacunek strat wojennych z reguły jest trudny i dyskusyjny. W miarę ścisłą wiedzą dysponuje tylko dowództwo armii, która straty poniosła. I to nie zawsze. Strona przeciwna może być pewna jedynie liczby jeńców, którzy dostali się w jej ręce. Inne dane to tylko szacunki. Informacje podawane do wiadomości publicznej w czasie wojny i jeszcze długo po niej ulegają zniekształceniom propagandowym. Zazwyczaj dopiero po dziesięcioleciach wyłania się obraz bliski rzeczywistości, najczęściej na podstawie archiwaliów strony, która poniosła straty. Otóż takie podliczenie radzieckich strat wojennych zostało wykonane w ostatnich latach istnienia ZSRR, za rządów Gorbaczowa, w ramach głasnosti. Na ogłoszenie wyników zdecydowano się dopiero w czasach Jelcyna, już po upadku ZSRR, w 1992 r., w publikacji „Gryf sekretnosti sniat” („Klauzula tajności uchylona”). Na wieluset stronach przedstawiono tam tabele o stratach w czasie II wojny światowej: w całości, w poszczególnych operacjach, na każdym froncie. Podstawę stanowiła ewidencja wojskowa, a więc jedyne dobrze poinformowane źródło. Wydawnictwo robi wrażenie solidnego i godnego zaufania. Nie unika bowiem informowania o sprawach propagandowo wrażliwych, takich jak liczba skazanych za dezercję (376 tys.!) czy skierowanych do kompanii karnych (400 tys.). Wątpliwości mogą budzić dane z 1941 r., kiedy w obliczu masowej klęski poszły w rozsypkę systemy ewidencji całych armii. Jak zawsze są problemy z interpretacją tej części strat bezpowrotnych, która jest kwalifikowana jako „zaginieni bez wieści”. W tej kategorii kryją się zarówno polegli, jak i wzięci do niewoli.

Archiwalna ewidencja

Otóż według tego informatora straty trzech frontów zaangażowanych w operację berlińską – 1. Ukraińskiego, 1. Białoruskiego i 2. Białoruskiego – w całym 1945 r. (od 1 stycznia do 9 maja) wyniosły 287.330 żołnierzy poległych i zmarłych od ran na etapach ewakuacji. Ponadto fronty te miały 23.256 zaginionych bez wieści. Są to straty zarówno operacji berlińskiej, jak i całej zimowej ofensywy, w wyniku której opanowano rozległe tereny między Wisłą i Odrą. W samej operacji berlińskiej „bezpowrotne straty” tych frontów wyniosły 78.291 żołnierzy. Pierwsza informacja wydaje się bezsporna, drugą trudniej ocenić, gdyż nie jest jasne, jaki zakres działań autorzy informatora zaliczyli do operacji berlińskiej. Z kontekstu wydaje się wynikać, że np. walki 2. Armii WP w rejonie Budziszyna i Drezna traktowali jako odrębną operację.
Można oczywiście dane tego informatora kwestionować i podważać, jednak nie gołosłownie. Nie wolno ich natomiast ignorować, trzeba bowiem mieć na uwadze, że jedynie ich autorzy dysponowali archiwalną ewidencją wojenną. Ewidencja ta oczywiście też bywała fałszowana, często już w momencie tworzenia. Same jednostki wojskowe ukrywały straty, aby polepszyć opinię lub uzyskać dodatkowe przydziały żywności. W ustabilizowanej sytuacji wojennej było to możliwe zaledwie przez kilka dni, wcześniej czy później dane o składzie osobowym musiały się zgodzić z rzeczywistością. Tak czy inaczej ewidencja stanów osobowych to jedyny twardy grunt do oceny strat. Konkurencyjne szacunki sporządzane bez dostępu do tej ewidencji muszą poprzestawać na materiale bardziej subiektywnym, na wspomnieniach uczestników, stronniczych obliczeniach przeciwnika i innych podobnych źródłach, z natury fragmentarycznych i mniej wiarygodnych.

Wydanie: 20/2012

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy