Liczy się bilans końcowy

Zapiski polityczne
5 grudnia 2002 r.

4 grudnia 2002 r. to raczej ponura data w niedługiej historii odradzającego się parlamentaryzmu polskiego. Tego dnia toczyliśmy zaciętą debatę o wejściu Polski do struktur Unii Europejskiej – wypełnioną „bardzo małym rozumkiem” wielu posłów, by sparafrazować znane określenie z opowieści o Kubusiu Puchatku. Można i ostrzej nazwać to, co się wydarzyło. Były liczne popisy chamstwa i głupoty.
Było też kilka mądrych i treściwych wystąpień, poczynając od świetnego zagajenia Józefa Oleksego. Zdumiewa mnie zawsze łatwość, z jaką ten były premier potrafi formułować zwięźle i niezwykle trafnie istotne i korzystne dla danej sprawy argumenty.
Spór o wejście do Unii jest wynikiem niezrozumienia przez sporą część parlamentarzystów historycznego procesu, jaki zachodzi bądź powinien zachodzić. To nie jest w Polsce nowość, ten brak zrozumienia. Polacy nie byli w stanie pojąć zmian, jakie niosła treść Konstytucji 3 maja. Nie rozumieli korzyści, jakie kraj mógł osiągać ze spokojnego rozwoju rodzącego się silnego przemysłu, i kolejnymi powstaniami blokowali pożytki, które mogło przynieść Polsce uprawianie pracy organicznej pod zaborami. Tylko poznaniacy, czy raczej Wielkopolanie, umieli swoją cząstkę Polski rozumnie rozwinąć. Ostatnio obserwowaliśmy raczej z przerażeniem, jak siły prawicy wspierane walnie przez sporą cześć Episkopatu usiłowały blokować nowoczesną i demokratyczną konstytucję służącą krajowi dobrze od pięciu lat.
Jeśli odejść od pasji politycznej i spojrzeć na te zjawiska z dystansu, jaki dają zasady poznania socjologicznego, uprzedzenia Polaków do wielu nowych zjawisk są zrozumiałe. Powoduje je lęk przed nowością, przed nieznanym, co jest charakterystyczne dla społeczności o rodowodzie wiejskim. A taka jest szlachecko-chłopska przeszłość naszego społeczeństwa. Nowe jest zawsze podejrzane i straszne, przeto każda głupota warta jest wypowiedzenia, byle tylko odstraszyć potwora zmiany.
W sporze o Unię Europejską charakterystyczny jest widoczny na każdym kroku dylemat sporej części działaczy PSL. W sposób oczywisty ich pozycji w zmaganiach politycznych zagraża nowa, agresywna siła, jaką stanowi Samoobrona, gdyż zdobywa tradycyjny elektorat. Z drugiej strony, udział w koalicji SLD-UP narzuca obowiązki partnerskie. Jak to pogodzić? Jak korzystać z olbrzymiej liczby stanowisk dla działaczy PSL w administracji państwa z chęcią czy nawet z koniecznością dorównywania w demagogii ostrym harcownikom z Samoobrony, którzy wprawdzie nie mają nawet śladu pozytywnego programu zarządzania krajem, ale dokonują ustawicznie często kłamliwej, ale zawsze trafiającej do szerokiego elektoratu, diagnozy błędów i wypaczeń popełnianych przez siły rządzące Polską?
Podobnie jest zresztą z innymi. Wszak znaczna część polityków tak zwanej opozycji to ludzie, którzy wszem wobec i każdemu Polakowi z osobna udowodnili niedawno, że nie mają ani programu, ani podstawowych umiejętności kierowania sprawami publicznymi – już choćby tylko dlatego, że w szale dobierania do współwładania sprawami państwowymi nowych, nieskażonych „czerwoną” przeszłością ludzi raz po raz trafiają na zwykłych złodziei i kanciarzy albo w najlepszym razie nieudaczników. Jak nie bałwan, to złodziej – skonstatowali zbrzydzeni rządami prawicy obywatele III Rzeczypospolitej i pozbawili prawicę kilku partii sprawujących tak nieudolnie władzę w Polsce. Teraz te partie odsunięte od „stołu” formują nowe twory polityczne i szarpią nieustannie tych, którzy dokonują (nie zawsze udanych) prób wyciągnięcia kraju z bagna, w jakie wpędziła go nieudolna prawica.
Wróćmy jednak do sporu o wejście do Unii. Jest dla mnie oczywiste, że nasze włączenie się w zespół państw europejskich przyniesie krajowi olbrzymie korzyści, ale również zrodzi wcale nie bagatelne trudności związane z naszym raczej niskim poziomem rozwoju gospodarczego i olbrzymim brakiem elementarnej dyscypliny społecznej, bowiem Polska nie tylko pod względem ekonomicznym będzie trudnym dla państw zachodu Europy partnerem. Wystarczy wymienić zachowanie się naszych kierowców na drogach publicznych, nagminne lekceważenie prawa drogowego owocujące corocznie tysiącami zabitych i dziesiątkami tysięcy rannych, a także doliczyć do tego dające o sobie znać na każdym kroku chuligaństwo, by zrozumieć, że obecność Polski w Unii może być dla jej dawnych członków dokuczliwa.
I wreszcie najważniejsze w całej tej wywołującej tyle kontrowersji sprawie. Nasze wejście do Unii przyniesie Polsce olbrzymie korzyści i zapewne niemałe kłopoty. W tym rachunku liczyć się będzie bilans. Jak to w gospodarce kapitalistycznej. Każda działalność daje korzyści i straty. Ważne jest ostateczne podsumowanie, czyli bilans końcowy. Aby go dokonać, trzeba jeszcze dość długo poczekać. Zapewne tego nie dożyję, ale jeśli sięgnąć do doświadczeń krajów już włączonych w struktury unijne, wolno przypuszczać, że Polska wygra na tej transakcji, tak jak skorzystały inne ubogie państwa: Grecja, Portugalia, Irlandia, Hiszpania i kto tam jeszcze.
Przewidywanie dla Polski gorszych konsekwencji wejścia do Unii Europejskiej, niż to było udziałem innych państw, jest dowodem braku odpowiedzialności za nasz kraj sporej części prawicy politycznej. Nie jesteśmy ani głupsi, ani mniej pracowici, ani mniej solidni – może tylko gorzej zdyscyplinowani niż inni – toteż wolno sądzić, że w ciągu kilku lat osiągniemy znaczną poprawę losu całego kraju i jego obywateli. Co oby się sprawdziło!

 

 

Wydanie: 49/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy