Liga polska czy cudzoziemska?

Liga polska czy cudzoziemska?

Z góry wiadomo, że przynajmniej połowa transferów okaże się pomyłką

Niedzielne popołudnie 3 sierpnia. Piłkarskie zespoły rozpoczęły mecze. Pierwszy w składzie: Witan (Polska) – Ziajka (Polska), Micael (Portugalia), Araújo (Brazylia), Silva (Portugalia) – Drygas (Polska), Fleurival (Gwadelupa) – Carlos (Brazylia), Wágner (Brazylia), Álvarinho (Portugalia) – Vasconcelos (Portugalia); drugi: Burić (Bośnia i Hercegowina) – Wołąkiewicz (Polska), Arajuuri (Finlandia), Wilusz (Polska), Douglas (Szkocja) – Trałka (Polska), Jevtić (Szwajcaria) – Lovrencsics (Węgry), Hamalainen (Finlandia), Keita (Norwegia) – Teodorczyk (Polska). To 22 zawodników z 10 nacji. Mniej zorientowany czytelnik może zapytać: a cóż to za egzotyczne rozgrywki, jakiś wakacyjny turniej w jednym z renomowanych kurortów? Odpowiedź brzmi: nie, to wyjściowe jedenastki Zawiszy Bydgoszcz (ze Śląskiem) i Lecha Poznań (z Wisłą) w 3. kolejce naszej Ekstraklasy. Sympatyk polskiej piłki zastanawia się, o co chodzi z tym futbolowym panoptikum.

Piłkarski recykling

Prawdę powiedziawszy, ani jedno z wymienionych nazwisk nie rzuca na kolana. Co więcej, żaden z tych piłkarzy nie zrobił, nie robi i – mogę się założyć o pudełko najsmakowitszych belgijskich pralinek – nie zrobi oszałamiającej sportowej kariery. Jak powiadają profesjonaliści, nie mają papierów na wielkie granie. (Przejście Teodorczyka do mającego lata świetności za sobą Dynama Kijów jedynie to potwierdza). Dowodem mizerii jest niedawna postawa obu zespołów w eliminacjach Ligi Europejskiej. Zawisza dwukrotnie przegrał (1:2 i 1:3) z belgijskim Zulte-Waregem, a Lech poległ w konfrontacjach z islandzkim Stjarnan (0:1 i 0:0). Mamy do czynienia z niewytłumaczalną zagadką, z jakiego powodu autentyczni koneserzy futbolu przychodzą jeszcze na stadiony. Podkreślam: koneserzy, bo w jakim celu pojawiają się na nich tzw. kibole, wiemy niestety od dawna. W każdej kolejce Ekstraklasy selekcjoner reprezentacji Adam Nawałka zalicza kilka meczów, ale, jak się wydaje, raczej z tego powodu, że „wypada się pokazać”, niż z nadzieją, że nagle dozna kadrowego olśnienia. I tak przecież wiadomo, że nasi najwybitniejsi, najbardziej liczący się pracują za granicą. Selekcjoner dokonał przeglądu ponad 60 zawodników i nic specjalnego z tego nie wynika. Na wrześniowy eliminacyjny debiut z Gibraltarem zapewne starczy, ale co dalej?
W zeszłym roku w Przeglądzie (nr 48 „Mistrzowie własnego podwórka”) pisałem, że „poczynając od Ekstraklasy, polskie zespoły to jakieś dziwne twory. W klubowych kadrach piłkarzy przez duże P jak na lekarstwo. W zdecydowanej większości mamy do czynienia ze zlepkiem dość przypadkowo dobranych zawodników. Bo jeden nie kosztował za dużo, drugi może się przydać na kilku pozycjach, trzeci przyszedł właściwie za darmo, czwarty, piąty i szósty… Bardzo trudno zorientować się, według jakiego klucza (?) są dobierane te futbolowe kompanie. Dodajmy do tego klubowe grupy interesu, uwijające się (by nie powiedzieć dosłowniej – żerujące) chmary menedżerów itp. Ponadto każdy właściciel (szef) ma ambicję tzw. pozyskania obcokrajowców, ale przecież o futbolowych aktorach z zagranicy pierwszego, drugiego bądź nawet trzeciego planu możemy jedynie pomarzyć. Przez Ekstraklasę przewinęły się więc setki zagranicznych kopaczy, lecz tylko niektórzy dali z siebie coś ekstra”.
W artykule Izabeli Koprowiak („Przegląd Sportowy”) czytamy m.in.: „I z kilkuset cudzoziemców sprowadzanych do naszej ligi większość nie pozostawiła po sobie żadnych wspomnień. – Prowadzimy piłkarski recykling – stwierdza Bogusław Kaczmarek. Recykling, w ramach którego odpady są ponownie przetwarzane na produkty, najczęściej w naszej Ekstraklasie kończy się niepowodzeniem… – Ekstraklasa jest zaśmiecona piłkarzami o słabych albo bardzo średnich umiejętnościach. Wiem, że jest wolny rynek, ale jeśli nie wprowadzimy limitu obcokrajowców, wciąż będziemy szkodzić swoim – twierdzi i podaje przykład, jak problem ten rozwiązano w Holandii. – Tam obcokrajowiec musi zarabiać minimum 500 tys. euro. Poniżej tego pułapu uważają, że jakościowo piłkarz jest za słaby, że mają wystarczająco dużo swoich. Tym śladem powinniśmy podążać.
– Nie dzielę zawodników na polskich i zagranicznych, tylko na dobrych i słabych. Solidny piłkarz potrafi się zaaklimatyzować, utożsamić z klubem. Samo dobre wyszkolenie nie wystarcza, musi pasować do środowiska, do drużyny – zauważa Piotr Stokowiec, obecny szkoleniowiec Zagłębia Lubin. W poprzednim sezonie prowadził Jagiellonię. Przyznaje, że przeprowadzał analizy, z których wynikało, że im więcej w jego drużynie występowało Polaków, tym jego drużyna lepiej punktowała. – W momentach kryzysowych najlepiej stawiać na Polaków. Zrobiłem tak w Jagiellonii, po porażce z Koroną w lidze, w Pucharze Polski zaryzykowaliśmy i zdecydowaliśmy się na młodych Pawłowskiego, Drażbę, Waszkiewicza. Wygraliśmy ze Śląskiem 1:0. Kto ma ratować klub jak nie Polacy, skłonni oddać serce?”.
Rzeczywiście są kluby, w których (niezależnie od narodowości trenera) dba się o zachowanie proporcji, i to pod każdym względem. Wystarczy wymienić chociażby warszawską Legię, chorzowski Ruch czy krakowską Wisłę, ale…

Spisane na kolanie

Władze PZPN, nie po raz pierwszy, wykonują sprzeczne ruchy. Kiedy zarząd w listopadzie zeszłego roku podjął kilka ważnych decyzji dotyczących reorganizacji rozgrywek, wydawało się, że nareszcie sprawy potoczą się we właściwym kierunku. (O tym nieco szerzej poniżej). Wszystko zapowiadało się obiecująco… do lipca tego roku. Szczegóły w tekście Mateusza Migi („Przegląd Sportowy”): „PZPN nieoczekiwanie zmienił przepisy. Znów trzeba płacić! W środku okna transferowego zmienione zostały przepisy dotyczące ekwiwalentu za wyszkolenie piłkarzy powyżej 23. roku życia. – Zmiany, które wprowadził Polski Związek Piłki Nożnej, są zbyt daleko idące. Ten zapis stanowi ograniczenie swobody przepływu osób – mówi prawnik Polskiego Związku Piłkarzy Maciej Krzemiński. Czym jest ekwiwalent? To przepis, który w zawodowej piłce ma umożliwić odzyskanie kosztów szkolenia zawodnika. Do obliczania wysokości należnego ekwiwalentu stosuje się tabelki. Jedna dotyczy piłkarzy, którzy nie otrzymali propozycji przedłużenia kontraktu. Drugą stosuje się wobec zawodników, którzy propozycję podpisania umowy otrzymali, macierzysty klub chciał ich zatrzymać, mimo to zdecydowali się odejść i w tym drugim przypadku opłaty są znacznie wyższe. Według wytycznych FIFA, ekwiwalent za wyszkolenie obowiązuje do 23. roku życia. Zawodnika starszego uważa się za piłkarza wyszkolonego i w takim przypadku klub pozyskujący musi zapłacić jedynie opłatę ryczałtową (do 3 tys. zł). Tak było u nas do tej pory, jednak dwa tygodnie temu PZPN podjął uchwałę, która zmieniła zapis. Tak więc zawodnik, który otrzymał propozycję przedłużenia kontraktu, a z niej nie skorzystał i odszedł z klubu, nie jest darmowym zawodnikiem. Trzeba zapłacić ekwiwalent. Nawet jeśli skończył już 23 lata… Pomysł dobry, jednak zapis okazał się niefortunny. – Rozumiem ideę, która przyświecała PZPN, ale dla mnie przepis brzmi źle. Wygląda, jakby został spisany na kolanie – mówi jedna z osób dobrze znająca piłkarskie regulacje… Co gorsze, uchwała została podjęta w trakcie trwania okna transferowego, bez wcześniejszej zapowiedzi, kiedy kluby i piłkarze mieli pewne plany, których teraz nie mogą zrealizować. – Zazwyczaj tak jest, że sygnały dotyczące problemów ze stosowaniem uchwały ws. ekwiwalentów pojawiają się, w czasie gdy jest ona stosowana, czyli w trakcie okienka. Dlatego zarząd zdecydował się na zmianę już po rozpoczęciu okresu transferowego – mówi Jakub Kwiatkowski (rzecznik prasowy PZPN – przyp. red.).
– Sygnalizowana była wola wszystkich stron do podjęcia prac nad tą uchwałą, ale pojawienie się nowych przepisów jest dla nas zaskoczeniem – przekonuje Krzemiński. – Jeśli trzeba będzie płacić ekwiwalent za polskich zawodników powyżej 23. roku życia, kluby jeszcze chętniej sięgać będą po obcokrajowców – zwraca uwagę jeden z menedżerów”.
I tu jest – jak się wydaje – pies pogrzebany. Może tym razem nawet chciano dobrze, ale wyszło jak zwykle. Pospiesznie, byle jak, a co gorsza, stwarzając możliwość obejścia nowego prawa. Skąd my to znamy? Już w dniu wejścia w życie przepisu okazuje się, że ma on luki, innymi słowy, jest do bani i wymaga natychmiastowej poprawki. Świadczy o tym całkiem świeża historia zawodnika Krzysztofa Danielewicza, który z Cracovii trafił do Śląska Wrocław, via klub klasy okręgowej Sokół Marcinkowice. Dzięki takiemu manewrowi wrocławianie zamiast 160 tys. zapłacili krakowianom jako ekwiwalent symboliczne 8 tys.! Z tego, co nam wiadomo, nie wszyscy uważają, że jest po sprawie, ale żeby było całkiem śmiesznie, Danielewicz zagrał po raz pierwszy w Śląsku 17 sierpnia w spotkaniu z… Cracovią.
Pora wrócić do listopadowej decyzji Zarządu PZPN. Najważniejsza uchwała dotyczy limitu piłkarzy obcokrajowców, którzy będą mogli występować w polskich ligach od sezonu 2015/2016. Od 2015 r. w rozgrywkach Ekstraklasy na boisku będzie mogło przebywać tylko trzech piłkarzy spoza Unii Europejskiej, a od rozgrywek 2016/2017 już definitywnie tylko dwóch. We wszystkich innych kategoriach rozgrywek w Polsce będzie mógł występować jeden zawodnik spoza Unii.
O skomentowanie tych ustaleń poprosiłem byłego sekretarza generalnego PZPN Waldemara Baryłę. „Każde działanie, zachęcające polskie kluby do inwestycji w szkolenie młodzieży, jest godne pochwały. Czy nowe przepisy dotyczące limitu obcokrajowców spoza Unii Europejskiej będą miały taki wpływ? Czas pokaże. Należy jednak podkreślić, że ograniczenie to nie dotyczy piłkarzy z Unii Europejskiej. Można się spodziewać, że zamiast Brazylijczyków czy Nigeryjczyków będziemy mieli więcej Czechów, Słowaków czy Litwinów – przypuszcza. – Ponadto, gdy rozmawiałem z przedstawicielami niektórych klubów już po wprowadzeniu tych przepisów, sami przyznawali, że istnieją możliwości ich obejścia. Chociażby poprzez fikcyjny ślub lub poprzez uzyskanie drugiego obywatelstwa.
Kryterium zawodników szkolonych lokalnie, homegrown players, jest zdecydowanie bardziej precyzyjne. Jest ono stosowane przez UEFA w rozgrywkach Ligi Mistrzów i Ligi Europy i, co istotne, zostało zaakceptowane przez Komisję Europejską. Nie można go ominąć – mówi jasno, że zawodnik szkolony lokalnie spędził co najmniej trzy lata między 15. i 21. rokiem życia w klubach danego związku piłki nożnej. Jest ono również zawarte w polskich przepisach związkowych – na nim opiera się definicja młodzieżowca. Zastanawiające, dlaczego przy próbie regulacji liczby obcokrajowców z niego nie skorzystano.
Należy również podkreślić, że inne dyscypliny wprowadziły twarde zapisy, nakładające wymóg posiadania minimalnej liczby zawodników krajowych na boisku. »Podczas meczów ligi zawodowej drużyny uczestniczące muszą posiadać na boisku w każdym momencie gry co najmniej trzech zawodników krajowych«, to cytat z Regulaminu Profesjonalnego Współzawodnictwa w piłce siatkowej mężczyzn. »W każdej chwili podczas meczu w rozgrywkach organizowanych przez PLK, gdy piłka jest żywa (w rozumieniu przepisów gry w koszykówkę), na boisku musi przebywać co najmniej dwóch zawodników posiadających status zawodnika miejscowego«, to z kolei zapis Regulaminu Rozgrywek Polskiej Ligi Koszykówki SA. Może warto pójść ich śladem?”.

Probierz zagaił po niemiecku

„Czy Zawisza i (po części) Lechia nie przesadzają z obcokrajowcami?”, pyta Łukasz Klinkosz (www.czasfutbolu.pl) i próbuje odpowiedzieć: „W poprzednim sezonie przyklaskiwaliśmy, kiedy Radosław Osuch sprowadzał do klubów kolejnych obcokrajowców. Wszyscy podnieśli poziom nie tylko drużyny, ale i ligi. Hérold Goulon, Luís Carlos, z przyjemnością oglądało się ich grę. Teraz Zawisza zaczyna przypominać zbieraninę przypadkowych piłkarzy znających się tylko z boiska. Ten eksperyment nie ma prawa się udać… Zawisza powoli staje się drugą Pogonią Szczecin. Gdyby poszperać w Polsce i kupić dwóch, trzech dobrych Polaków, do tego taką samą liczbę obcokrajowców, nie byłoby tematu. Oczywiście, polski piłkarz to drogi piłkarz, nie wiedzieć czemu, ale tak jest. Skoro takiego Macieja Jankowskiego z Wisły Kraków wyceniają na milion euro, strach pomyśleć, ile mógłby kosztować Michał Żyro. Te ceny to jednak temat na zupełnie osobną dyskusję.
Z drugiej strony mamy gdańską Lechię, która w tym sezonie dokonała 15 transferów, a 16. jest już w drodze. Większość z tych transferów jest z góry skazana na niepowodzenie. Na kogo najbardziej liczymy? Takie hurtowe zakupy nie mają prawa przynieść efektu. Z góry wiadomo, że przynajmniej połowa transferów okaże się pomyłką. Nazwiskami jeszcze sypać nie będziemy, ale za kilka tygodni kilku chętnych do odstrzału z pewnością się znajdzie. Podobnie jak w Zawiszy, tu też mamy do czynienia z portugalskim szkoleniowcem. W Bydgoszczy mają Paixão, w Gdańsku Machado. Początkowo śmialiśmy się z Michała Probierza, kiedy na konferencji prasowej zaczął mówić po niemiecku, jednak teraz rozumiemy jego nieśmiałą szyderę z polskiej Ekstraklasy. Te doświadczenia z obcokrajowcami nie mają prawa się udać”.
Tak samo można się zastanawiać, jaka przyszłość czeka chociażby Piasta Gliwice czy kielecką Koronę, która niedawno przeciwko Legii w Warszawie zagrała w składzie: Cerniauskas (Litwa) – Malarczyk (Polska), Dejmek (Czechy), Ouattara (Wybrzeże Kości Słoniowej), Leandro (Brazylia) – Kiełb (Polska), Marković (Serbia), Jovanović (Bośnia i Hercegowina), Golański (Polska), Janota (Polska) – w 85. minucie Cebula (Polska) – Chiżniczenko (Kazachstan) – w 73. Kapo (Francja). Tak trener Ryszard Tarasiewicz kraje, jak mu piłkarskiej materii staje? W 73. minucie w kieleckim zespole zadebiutował Olivier Kapo, którego w tygodniku „Piłka Nożna” zaanonsowano: „Piłkarza o tak imponującym cv jeszcze w naszej lidze nie było. Olivier Kapo grał w takich klubach jak AJ Auxerre, Juventus, AS Monaco, Levante, Birmingham, Wigan Celtic, a po tym jak zdecydował się opuścić z powodu zaległości grecki Levadiakos, trafił do Korony Kielce”. Do tego sportowego życiorysu można dodać dziewięć występów w reprezentacji trójkolorowych, tyle że ostatni miał miejsce przed 10 laty! Nie mam nic przeciwko człowiekowi, nie mam nic przeciwko zawodnikowi, nie mam nic przeciwko jego ciekawej karierze, ale… jeżeli 34-letni francuski „emeryt” jest na przywitanie kreowany na gwiazdę pierwszej wielkości polskiej Ekstraklasy, to aż się prosi, by przypomnieć powiedzenie filmowego bohatera granego przez Jerzego Stuhra: „Ciemność widzę!”.

PS Chcę być dobrze zrozumiany. Intencją konkluzji absolutnie nie było deprecjonowanie umiejętności ani roli w zespole takich wybitnych piłkarzy jak chociażby legionista Marek Saganowski (gratulacje za 100 goli w Ekstraklasie!), który 31 października ukończy 36 lat. Bo to kompletnie inna bajka.

Wydanie: 36/2014

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy