Listy

Listy

*NIE JESTEM WNUKIEM FOLKSDOJCZA
Jako urodzony i wychowywany w Nowym Sączu do 23. roku życia (1923-1945), którego babka ze strony ojca nosiła panieńskie nazwisko Ohly i była ewangelickiego wyznania, oraz jako były wywiadowca BCh/AK z czasów ostatniej wojny, mogę potwierdzić niemal wszystkie zdarzenia podane przez autorkę reportażu “Nie jestem wnukiem folksdojcza” (“Przegląd” nr 2).
Piszę jednak “niemal”, ponieważ jedną sprawę muszę sprostować. Jak pisze autorka: “Konstanty Aleksander (…) wydawał lewe kenkarty ludziom ukrywającym się lub poszukiwanym przez gestapo (…)”. Otóż żaden folksdojczer nawet w randze wójta nie mógł wydawać lewych kenkart, ponieważ nie miał dostępu ani do oryginalnych druków ścisłego zarachowania, ani do oryginalnych pieczątek, a tym bardziej oryginalnych… podpisów szefów wydziału policji nowosądeckiego starostwa. Mogę to napisać z absolutną pewnością, ponieważ w tym właśnie wydziale policji, tego właśnie (byłego) starostwa ja sam pracowałem w latach 1941-1944.
Czy wydawane były zatem lewe kenkarty?… Oczywiście! Ale odbywało się to albo w starostwie, albo też na tzw. wyjeździe w teren (właśnie do gminy), gdzie – już po przejściu wniosku przez gestapo i zatwierdzenie go przez szefa wydziału policji – kenkartę podpisywał Niemiec z Rzeszy, urzędnik wydziału policji Kreishaptmannschaftu.
Przygotowanie do wydania lewej kenkarty wymagało wielu zabiegów od uzyskania na wniosku tzw. parafy szefa wydziału policji począwszy, którą najczęściej ja osobiście podrabiałem, aż do – szczęśliwego zazwyczaj – uzyskania na wniosku stempla gestapo, z którego treści nie było skreślone słowo “keine” (żadne). Pieczęć ta bowiem miała treść: “Von hieraus bestehen keine bedenken” – jeśli więc słowa keine zostało atramentem skreślone, oznaczało to, że “… bestehen bedenken”, a więc istnieją zastrzeżenia i wtedy całą sprawę trzeba było zaczynać od początku, oczywiście, już pod innym, zmyślonym nazwiskiem petenta. Czy było to ryzykowne?…
Naturalnie! Zgłaszał się bowiem do mnie petent, którego ja nie znałem, a który podawał mi w powitaniu hasło, przekazane mi wcześniej przez mego łącznika Zdzisia Legutkę (rozstrzelanego bodaj w 1944 roku pod Piwniczną). Petent w mojej obecności podpisywał wniosek (w ten sposób ja miałem możliwość sprawdzenia później autentyczności podpisu pod ewentualnym, nowym wnioskiem). Następnie ja podrabiałem parafę szefa wydziału i wysyłałem wniosek do gestapo. Jeśli wniosek z gestapo wracał bez skreślonego słowa “keine” na pieczęci – wszystko było w porządku; szedłem z tym wnioskiem do szefa, który nie przyglądał się dokładnie parafie (przecież wniosek był już na gestapo!), i na podstawie tego wniosku dopiero wydawał mi z pancernej kasy oryginalny druk kenkarty, który ja wypełniałem, wzywając jednocześnie pisemnie petenta do odbioru kenkarty. Zainteresowany zgłaszał się, ja pobierałem od niego odciski palców wskazujących lewej i prawej ręki (sic!) i wyciskałem je na blankiecie kenkarty oraz na blankiecie wniosku i ponownie szedłem do szefa wydziału, który składał swój podpis na obu tych dokumentach. Dopiero potem następowało wręczenie kenkarty petentowi.
Jerzy Geisler, Warszawa

*Janusowe oblicze tolerancji
Międzynarodowy Dzień Tolerancji rzeczywiście, jak napisał T. Zieliński w swym felietonie pt. “Janusowe oblicze tolerancji”, minął bez większego echa. Słusznie zauważa autor, że “brak szerszego zainteresowania tegorocznym Dniem Tolerancji ukazał w nie najlepszym świetle ludzi uważanych za autorytety moralne”. I tu pozwolę sobie na przewrotną uwagę. A może to dobrze, że tzw. autorytety moralne nie wypowiadały się na ten temat. Bo jeśli tak, to zapewne usłyszelibyśmy puste, okazjonalne, często dogmatyczne, formułki.
Istotą rzeczy jest praktyka, nasze doświadczenia wynikające z codziennej rzeczywistości, a nie piękne słowa.
Naszym zdaniem, to jest Rady Wojewódzkiej Towarzystwa Kultury Świeckiej im. T. Kotarbińskiego w Katowicach i Klubu Kultury Współżycia i Tolerancji im. T. Kotarbińskiego: zjawiska nietolerancji, ksenofobii oraz bezwzględnego potępiania ludzi lub wręcz całych grup społecznych za odmienność zachowań i sposobów myślenia, niestety, towarzyszą naszemu życiu społecznemu, politycznemu oraz światopoglądowemu. Uważamy również, że u podstaw łamania zasad zawartych w powszechnej deklaracji praw człowieka (prawo do wolności myśli, sumienia i wyznania oraz wolności poglądów i wypowiedzi), a także w naszej konstytucji, leży, najczęściej, nie brak ich znajomości, ale godny potępienia brak tolerancji.
Zachęcaliśmy lokalne mass media oraz polityków (także szczebla centralnego) do podejmowania problematyki tolerancji.
Wymienione działania, ku miłemu zaskoczeniu, spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Poprosił on, by Pani Minister Barbara Labuda wyraziła poparcie, w jego imieniu, dla naszych działań, co też w bardzo ciepłej, osobistej i serdecznej rozmowie telefonicznej, uczyniła. Te życzenia z satysfakcją zostały przekazane uczestnikom sympozjum.
Mimo uzasadnionych powodów do zadowolenia mam uczucie niespełnienia i niedosytu. Uważam, że nie jest rolą organizacji społecznych animacja wszelkich działań na rzecz tolerancji. My możemy takie działania tylko wspierać, bardziej lub mniej skutecznie. Międzynarodowy Dzień Tolerancji ustanowiony z inicjatywy UNESCO w 1996 roku jest pod patronatem ONZ. Polska jest członkiem tej organizacji i z tych względów mam prawo oczekiwać od swojego państwa, adekwatnych do okazji, działań (ale nie okazjonalnych).
Bez szerokiego, zaangażowanego udziału środków masowego przekazu, a także szkoły, środowisk kultury oraz Kościoła katolickiego i innych trudno będzie szerzyć idee tolerancji.
Joachim Patryas, Bytom
przewodniczący Klubu Kultury Współżycia i Tolerancji
im. T. Kotarbińskiego w Katowicach

*Nie żałuję kapitalizmu
W 2. numerze „Przeglądu” z tego roku został zamieszczony sondaż „Czy kapitalizm będzie dominował u schyłku XXI wieku”. Osobiście nie wiem, czy będzie, czy nie i w związku z tym, że nie będzie mnie już wśród żyjących, jest mi to obojętne, choć życzę mu z pewnych względów szybkiej i możliwie bezbolesnej śmierci. Dziwią mnie jednak zachwyty osób, i to utytułowanych, nad kapitalizmem oraz ich totalna krytyka socjalizmu. W przyszłości kapitalizmu dyskutanci ci widzą nawet ludzi ekonomicznie zbędnych (i to większość).
Problem sprawiedliwości i niesprawiedliwości istniał od dawna, ale problemem kapitalizmu i jego zbrodnią jest w większym czy mniejszym stopniu nierówny podział wytworzonych dóbr. Jeżeli ten kapitalizm jest tak dobry, to dlaczego w tak wielu krajach (w których nie było socjalizmu ani nawet jego namiastki) jest tak wielu ludzi ubogich i to wcale nie są lenie unikający pracy, tylko bezskutecznie jej szukający bądź pracujący za nędzne wynagrodzenie, wymuszane na nich bezrobociem – stałym elementem kapitalizmu. W III RP jest zresztą podobnie, jeśli chcą się o tym przekonać ci chwalcy kapitalizmu, to niech przejdą się po dworcach i zaułkach naszych miast.
Karol Wyszyński, Elbląg

*Bumerang reprywatyzacji
Jak odpowiadać na żądania reprywatyzacyjne?
Osobom, które rzeczywiście utraciły w czasach PRL swoje dawne obiekty – trzeba wyrażać ubolewanie z powodu tamtych zaszłości, ale równocześnie wyjaśniać im, co następuje.
Fakty uspołeczniania lub upaństwawiania wielu dawniej prywatnych obiektów, w tym również reforma rolna, zaistniały w latach powojennych w ramach PRL, ale jednak nie były one dokonywane przez samowolnych urzędników lokalnych lub działaczy partyjnych dla zaspokajania ich chęci posiadania tych obiektów, a więc jako czyny bezwzględnie naganne i jako takie wymagające pełnego zadośćuczynienia.
Dokonało ich ówczesne państwo polskie, sprawujące wówczas rzeczywistą władzę w Polsce, uznawane przez inne państwa świata, będące stałym członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Akty te realizowano na podstawie uchwalanych wówczas, jawnych i obowiązujących aktów prawnych. Państwo polskie decydowało się na nie, stojąc w obliczu gigantycznych zniszczeń wojennych kraju, w obliczu cierpień wielu milionów ocalałych z wojny obywateli bezdomnych oraz setek tysięcy bezrolnych rodzin chłopskich, wegetujących w skrajnej, głodowej nędzy.
Odbudowując kraj z powojennych zniszczeń, w warunkach ogromnych niedoborów środków budżetowych państwa – nie było ono w stanie wypłacać dawnym właścicielom rekompensat za przejmowane od nich obiekty.
Ciesząc się odzyskaną dopiero niedawno pełną suwerennością i samodzielnością, a dźwigając wciąż jeszcze ciężar narosłych, licznych braków, niezaspokojonych potrzeb ludności, współczesna Rzeczpospolita Polska nie jest obecnie w stanie regulować rachunków za znacjonalizowane po ostatniej wojnie obiekty, zakłady oraz majątki ziemskie. Ewentualne zaspokojenie takich obecnych żądań rewindykacyjnych groziłoby pewną ekonomiczną klęską państwa oraz wielu jego obywateli, a w dalszej perspektywie mogłoby nawet zagrażać stabilności jego obecnych granic.
Niemniej aktualnie przestrzegane w Rzeczpospolitej Polskiej stosunki własnościowe są uregulowane w pełnej zgodności z obowiązującą obecnie konstytucją, która zabezpiecza prywatną własność obiektów użytkowych, gospodarczych i innych, tworząc pełne warunki i gwarancje dla szerokiego rozwoju gospodarczego w myśl zasad nowoczesnej gospodarki wolnorynkowej.
Sądzę, że tego rodzaju wyjaśnienia mogłyby być przedstawiane przez nasze władze centralne, stanowiąc rzeczową i uzasadnioną odmowę zrealizowania w obecnej Polsce reprywatyzacji dotyczącej lat powojennych – a równocześnie gwarancję przestrzegania nowoczesnych zasad własności oraz zachętę do szerokiego inwestowania zagranicznych środków w obecnej, odrodzonej Rzeczpospolitej.
Andrzej Jan Kruszyński, Warszawa

*Szkoły niepubliczne nie są gorsze
W powodzi listów do redakcji dotyczących szkół prywatnych znalazło się jedyne, krótkie oświadczenie założyciela PSB SW, p. Jana Spiechowicza o masowych atakach na uczelnie niepaństwowe. To był dla mnie bodziec do napisania tego listu.
Jestem babcią studentki Wyższej Szkoły Handlu i Prawa, z siedzibą przy ul. Świeradowskiej. Profesor Ziejka, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, wypowiedział dwa zdania, które mnie poruszyły: “Nie potępiam ich wszystkich. Jest sporo dobrych szkół…”, “Absolwenci szkół niepublicznych dostają dyplomy, wydaje im się, że te dyplomy coś znaczą, a one w rzeczywistości są nic nie wartym papierkiem”.
Pierwsze zdanie z trzykropkiem niczego nie wyjaśnia, nie osładza goryczy. Drugie zdanie – no cóż, nieodwołalnie przekreśla całą nadzieję, radość i dumę rodziców i dziadków. Strasznie będzie z tym żyć.
Utarło się przekonanie, że do szkół niepublicznych zapisują swoje dzieci-nieuki bardzo bogaci rodzice, aby za “ciężki szmal” zdobyli papierek. Mojej wnuczce nie powiodło się na egzaminie na Uniwersytet Warszawski – zabrakło kilku punktów. Jej rodzice – skromni pracownicy instytucji państwowych, postanowili zapisać córkę do WSHiP. O ile wiem, jej koleżanki i koledzy z bardzo podobnych powodów są studentami tej uczelni, na której wykładowcami są wybitni profesorowie o znanych i szanowanych nazwiskach.
Ewa Władyczańska, Warszawa

*Urząd Nadzoru Ubezpieczeń odpowiada
W związku z opublikowaniem w drugim numerze “Przeglądu” z dnia 8 stycznia 2001 r. listu pana Alojzego Lamparczyka, w którym pan Lamparczyk stwierdził, że złożywszy w miesiącu październiku 2000 roku skargę do Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń, do chwili obecnej nie uzyskał odpowiedzi, zarzucając jednocześnie urzędowi naruszenie obowiązujących przepisów prawa oraz brak poszanowania klientów, uprzejmie wyjaśniam:
Skarga pana Lamparczyka wpłynęła do Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń w dniu 23 listopada 2000 roku, a nie – jak twierdzi zainteresowany – w październiku. Z uwagi na fakt, iż skarga dotyczyła działalności Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, a urząd nie posiada kompetencji nadzorczych wobec tego podmiotu, pismem z dnia 13 grudnia 2000 roku skargę przekazano zgodnie z właściwością do Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. O fakcie przekazania skargi pan Lamparczyk został powiadomiony pismem z dnia 13 grudnia 2000 roku. Działanie takie wypełnia dyspozycję przepisu art. 65 kodeksu postępowania administracyjnego, który w sytuacji, gdy pismo skierowano do organu administracji państwowej, który jest niewłaściwy w sprawie, nakazuje niezwłocznie przekazać je do organu właściwego, zawiadamiając o tym wnoszącego podanie.
Podkreślenia wymaga fakt, że zgodnie z obowiązującymi przepisami organy administracji mogą działać wyłącznie w granicach swoich ustawowych kompetencji. W opisywanym przez pana Lamparczyka wypadku kompetencje do podjęcia działania urzędowi nie przysługują, co oznacza, iż poza przekazaniem wyjaśnienia – tak, jak to uczyniono – urząd nie mógł podjąć jakichkolwiek działań.

Dorota Habich, rzecznik prasowy

Wydanie: 4/2001

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy