Lubię mężczyzn

Lubię mężczyzn

Liberum veto

Do tego cokolwiek osobliwego oświadczenia skłoniły mnie różne wypowiedzi feministyczne, najwidoczniej podszyte niechęcią do „misiów”, jak chętnie nazywa się w nich przedstawicieli płci odmiennej. Taka postawa wynika chyba z negatywnych doświadczeń, jakich autorki tych tekstów (lub ich matki) zaznały za sprawą ojców bądź partnerów. A dziś już wiadomo, że stosunek „rodzica” do córki w dużej mierze determinuje jej samoocenę, a eo ipso samorealizację zarówno intelektualną, jak emocjonalną.
Klasycznym przykładem może tu być pani de Staël (1766-1817), prekursorka romantyzmu, wielbicielka Szekspira i Goethego, a przeciwniczka Napoleona, który skazał ją na wygnanie (przy okazji trafiła m.in. do Polski). Ta wybitna intelektualistka była ulubienicą ojca, słynnego finansisty Jakuba Neckera, któremu odpłacała wręcz kultem. Pani de Staël mimo przeciętnej urody cieszyła się także powodzeniem u panów, miała m.in. burzliwy romans z pisarzem i teoretykiem Benjaminem Constantem; jej drugi mąż, znacznie od niej młodszy, wręcz ją uwielbiał. Narzuca się tu analogia ze związkiem, jaki łączy Leni Riefenstahl z mężczyzną, który – zważywszy na różnicę wieku – mógłby być jej wnukiem. Można to było zobaczyć w arcyciekawym dokumentalnym filmie nadanym niedawno w regionalnej Trójce (nie wiem, dlaczego dyskredytowanej przez stołecznych zoilów). Pani de Staël, żyjąca w dobie konwencjonalnych, „odgórnie” aranżowanych związków, żartobliwie powiadała, że własną córkę

„zmusi do małżeństwa z miłości”.

I miała rację – moim zdaniem, małżeństwo „z rozsądku” (dziś również wcale nierzadkie) to fatalny błąd i powód frustracji nękającej wiele „rozsądnych” kobiet, które nie zawsze zdają sobie sprawę, co jest powodem ich marnego samopoczucia.
Warto pamiętać, jak wyglądało życie osobiste „papieżycy feminizmu”, Simone de Beauvoir. Z jej wspomnień wiadomo, że za młodu durzyła się w kuzynie, który najpierw ostro z nią flirtował, by ostatecznie ożenić się z posażniejszą wybranką. Potem Simone związała się z Sartre’em, by z czasem wyznać, że ten mędrzec nigdy „nie zrobił jej dobrze”: swój pierwszy orgazm zawdzięczała pewnemu amerykańskiemu pisarzowi, do którego pisała wręcz niesamowite listy, deklarując m.in., że gotowa być dla niego „arabską żoną” (dosłownie), tylko że kochaś zza oceanu z tej oferty nie skorzystał (swego czasu źródłowe informacje na ten temat przekazywało „Forum”).
Przed pisaniem tego tekstu uświadomiłam sobie, że osobiście jako człowiek płci kobiecej od ludzi płci męskiej zaznałam więcej dobrego niż złego. Oczywiście, najważniejsza była akceptacja ze strony mego śp. Ojca, który w ogóle lubił dzieci, więc z natury rzeczy darzył

uczuciem rudowłosą jedynaczkę.

Ale poza mężczyznami rodzinnymi (Ojciec, Mąż, Syn, Wnuk) w moim życiu pozytywną rolę odegrali też obcy. A było to tak.
Edukację szkolną zaczęłam późno, mając 11 lat (przedtem uczyłam się w domu). W szóstej klasie szkoły podstawowej w Zaleszczykach (właśnie wdrażano reformę „jędrzejowiczowską” z czteroletnim gimnazjum i dwuletnim liceum) trafiłam na wychowawczynię, jak wówczas mówiono, „starą pannę”, która uznała mnie za wyjątkowo tępą. A w gimnazjum, gdzie dominowali nauczyciele mężczyźni, od razu zaczęto mnie wyróżniać, co zresztą nie całkiem zneutralizowało poprzednie, traumatyczne doświadczenie. Dozgonną wdzięczność winnam Boyowi-Żeleńskiemu, dzięki któremu jesienią 1939 r. zdałam z pierwszą lokatą na lwowską romanistykę. Po wojnie zakończenie studiów ułatwił mi pierwszy naczelny reaktywowanej „Polski Zbrojnej”, Henryk Werner, ideowy komunista, który skądinąd usilnie werbował mnie do partii. W tamtych stalinowskich czasach trzeba było należeć do jakiejś organizacji, jeśli nie do partii bądź ZWM, to przynajmniej do Ligi Kobiet. Na to odpowiadałam, że czuję się bardziej człowiekiem niż kobietą…
Prawdę mówiąc, kobietą tak naprawdę poczułam się dopiero, zostawszy matką, i właśnie stosunek do macierzyństwa zasadniczo różni mnie od większości feministek.
Dżentelmeni, a jak mniemam także damy, nie dyskutują o faktach. Otóż faktem jest, że natura zaprogramowała nas na matki, co determinuje zarówno naszą fizjologię, jak psychikę. Przede wszystkim dlatego jesteśmy inne niż mężczyźni, co nie znaczy, że gorsze. I właśnie w imię tej inności powinnyśmy przeciwstawiać się superrywalizacyjnemu ładowi stworzonemu – warto sobie to uświadomić – przez

synów sfrustrowanych kobiet.

Tymczasem nasze feministki (na Zachodzie to się zmienia) zamiast walczyć o radykalną transformację, same włączają się w „wyścig szczurów”, starając się pod każdym względem dorównać wynaturzonym mężczyznom!
Znajduje to jaskrawy wyraz m.in. w sygnalizowanym na łamach „Przeglądu” zwulgaryzowaniu języka, jakiemu chętnie poddają się kobiety. Ileż to razy widziałam w autobusie, jak „nowoczesna” dziewczyna, stojąc przed rozwalonym na fotelu „bysiem”, prowadzi z nim dialog gęsto przeplatany „polską łaciną”. Taka to i wolność!
Na szczęście mój Mąż nie pije, nie pali i nigdy – naprawdę NIGDY – nie używa wulgarnych słów. Pod tym względem się nie różnimy, pod wieloma innymi – tak. Na przykład mój Mąż – w przeciwieństwie do mnie – fenomenalnie orientuje się w przestrzeni, co podobno jest typowe dla mężczyzn. No i bardzo dobrze. (Moje „przewagi” dyplomatycznie przemilczę…)

 

Wydanie: 40/2002

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy