Łuk

Łuk

Pewien sfrustrowany kabareciarz – a dołączyli do niego niestety i ludzie, którym przypisywałbym więcej rozsądku czy przynajmniej wiedzy – postuluje budowę w Warszawie łuku triumfalnego ku czci polskiego zwycięstwa nad bolszewikami w sierpniu 1920 r. Zacznijmy od pewnego poplątania z pomieszaniem. Łuki rzymskie (a jest ich dziewięć, co trochę banalizuje patos) budowane były, by uczcić kolejne podboje imperium. Wchodzimy na Via Appia. Pisał Henryk Sienkiewicz: „I tak minął Nero, jak mija wicher, burza, pożar, wojna lub mór (…). Wedle zaś dawnej bramy Kapeńskiej wznosi się dzisiaj maleńka kapliczka z zatartym nieco napisem »Quo vadis, Domine?«”. Żeby dojść do kapliczki, sławiącej zgodę i przebaczenie, trzeba jednak przejść koło łuku ku czci Nerona Klaudiusza Druzusa, który wymordował Germanów (Markomanów w szczególności), a „więcej zabił wrogów, niż znieść mogą jaj rzymskie kury przez cztery miesiące”. Który symbol powinien być katolickiemu narodowi bliższy? Nie można jednak za wiele wymagać od kabareciarza. O Rzymie słyszał coś piąte przez dziesiąte, kiedy był jeszcze dzieckiem pułku u Berlinga. Łuki triumfalne mają prawo nie kojarzyć mu się z imperialistyczną przemocą czy chwałą absolutyzmu (łuk Ludwika XIV na Saint-Denis). Dla niego jest tylko ten jeden, o którym zapewne usłyszał, najsłynniejszy w Paryżu, na placu Gwiazdy (Charles’a de Gaulle’a).
Przyszedł, popatrzył – budowla, a jakże, okazała, turystów chmary, warto by i u nas. Przyszedł, popatrzył, ale zrozumiał niewiele. Łuk Triumfalny wieńczy skrzyżowanie 12 alej. Cztery przywołują pamięć zwycięstw napoleońskich: La Grande Armée, Jena, Wagram i Friedland. Można by jeszcze na siłę doliczyć avenue Kléber, ku chwale rewolucyjnego generała, zwycięzcy spod Fleurus, który zginął jednak zasztyletowany w Kairze już pod dowództwem Napoleona. Poza tym – aleje Marceau, Carnota i Hoche’a, trzech rewolucjonistów niemających z Bonapartem wiele wspólnego (ten ostatni, Ludwik Łazarz Hoche, uchodzi za pogromcę katolickiej Wandei), i fundamentalisty katolickiego (co przez dłuższy czas uniemożliwiało mu awans wojskowy) marsz. Ferdynanda Foche’a… A dodajmy jeszcze antyrewolucjonistę, pogromcę Komuny Paryskiej, gen. Edmé Patrice’a Mac-Mahona, który na pewno Hoche’owi ręki by nie podał. Wiktor Hugo również Napoleona w sercu nie nosił, a dodatkowo, zapewne z powodu prywatnych uraz, nienawidził Carnota. I oto oni wszyscy zjednoczeni na placu Gwiazdy…
Przebóg, byłbym zapomniał. Na płaskorzeźbie Łuku Triumfalnego od strony alei Klébera pojawia się Karol Franciszek Dumouriez. Znienawidzony na równi przez jakobinów i bonapartystów. Pewnie słusznie. Był to awanturnik, megaloman i koniec końców zdrajca, jeżeli przyłożymy do jego postępków dzisiejsze kryteria. Pod Valmy 20 września 1792 r. ocalił jednak wraz z Kellermannem rewolucyjną Francję i to mu się pamięta. Z tym że na płaskorzeźbie nie widzimy go pod Valmy, ale rozpoczynającego szarżę kawalerii pod Jemappes (6 listopada 1792 r.). Nie ma w tym przypadku. Uhonorowanie Dumourieza nie pod Valmy, lecz w nieskończenie mniej ważnej bitwie pod Jemappes pozwala bowiem na umieszczenie w tle, pośród grupy sztabowców, księcia Chartres – późniejszego króla Ludwika Filipa, a więc dołączenie jeszcze jednej tradycji do monumentu chwały Francji. Przypomnijmy, że ojcem Ludwika Filipa był książę Orleanu Ludwik Filip, niepoprawny intrygant, przeniewierca i oportunista, który, zmieniwszy dane personalne na Filip Égalité (Filip Równość), głosował za karą śmierci dla swojego krewnego Ludwika XVI. Nazywać się Równość to już jest błazeństwo, ale nawet imię Ludwik było dla niego nazbyt arystokratyczne (osobiście przepraszam, za błędy rodziców nie odpowiadam, niech mnie Waryński usprawiedliwi). Syn tego krwawego kabotyna znalazł jednak także swoje miejsce na Łuku Triumfalnym. Bo nie grzechy rodziców się liczą, nie ulotne ideologie, ale chwała ojczyzny. Uważni turyści zauważyli być może, że przy żadnej z wyrytych w kamieniu nazw bitew nie ma tu wzmianki, przeciw komu zostały odniesione. Bo też nie o to chodzi.
Carnot, Hugo, Hoche, Ludwik Filip, Napoleon… Dzieje każdego narodu są niejednoznaczne i spętlone. U nas nie inaczej niż we Francji. Pojęcie cudu nad Wisłą wymyślone zostało, żeby odwołaniem do opatrzności umniejszyć rolę Piłsudskiego. Od początku rozszalały się też potępieńcze swary. Kto wygrał? Piłsudski, Rozwadowski czy może Weygand? Ale może pomysłodawcy polskiego łuku dadzą sobie z tym radę? On ma być przecież nie za, tylko przeciw. Ma ukazać naszą wyższość nad Ruskimi, bolszewikami, Żydami, masonami, niezbyt pokornie klęczącymi przed papieskimi pomnikami, heretykami, liberałami…
Gdyby miano zbudować w Warszawie pomnik ku czci Kircholmu, Grunwaldu, Wiednia, Chocimia, Trzciany czy Cedyni do kupy wziętych, byłaby to groteska, ale w końcu można się zabawić. Kiedy jednak emerytowany kabareciarz proponuje nam pomnik nienawiści, wtedy nie, wtedy weto.

Wydanie: 42/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy