Pomnik analfabetyzmu

Myślę, że nie tylko ja, ale i wielu innych felietonistów spotyka się obecnie z opiniami znajomych, że dla felietonu prasowego nastał złoty sezon, tematy felietonowe – a więc głupstwa, nonsensy, paradoksy, niedorzeczne sformułowania i namaszczone sentencje niedouczków – leżą na ulicy i można w nich przebierać jak w ulęgałkach.
Można, ale po co?
Jest to ten sam dylemat, przed którym stoi obecnie satyra, jeśli coś takiego jeszcze u nas istnieje: jak można napisać dobry tekst satyryczny, jeśli takie same teksty znajdują się na pierwszych stronach gazet jako sprawozdania z Sejmu, dysputy lustracyjne, sprzeczne oświadczenia tak samo wyglądających dwóch głów państwa lub reformy oświatowe panów Giertycha i Orzechowskiego?
Rzecz w tym jednak, że pośród całej tej szampańskiej zabawy dzieją się także rzeczy, których sens i znaczenie wcale nie jest śmieszne.
Ukazała się właśnie – nakładem Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku, ponieważ, jak mi powiedziano, „markowe wydawnictwa”, PIW czy Czytelnik, nie miały do tego głowy – książka Mieczysława Jastruna „Pamięć i milczenie”, będąca rekonstrukcją rozsianych zapisków autobiograficznych poety, dotyczących m.in. okresu okupacji radzieckiej we Lwowie oraz okupacji hitlerowskiej w Warszawie. W tym drugim okresie Jastrun opisuje swoje spotkania z niejakim N., ponoć literatem, który wówczas, w roku 1942, obdarzony zapewne „wieszczym darem Ariów”, przepowiadał „ostateczną zagładę żydostwa, co uzasadniał rozpanoszeniem się Żydów lub pół-Żydów w życiu kulturalnym, przemyśle i handlu wszystkich niemal krajów Europy”. W mieszkaniu, w którym ukrywał się Jastrun, za ścianą odbywały się dość głośne zebrania konspiracyjne, rozwijające myśli owego N., który – trzeba mu to przyznać – okazał się jednak na tyle przyzwoity, że nie zadenuncjował poety, choć jego środowisko nie stroniło od takich praktyk. „Zdumiewająca ślepota! – pisze Jastrun. – Kiedy im nóż przykładają do gardła, oni jeszcze mają czas i ochotę nienawidzić innych, którzy tu żyją, i cieszyć się z ich męczeństwa! Nie tylko to. Mają przyjemność patriotyczną z pomagania w morderstwie, ci pomocnicy kata”.
Nie zebrało mi się tu nagle na historyczne wspominki, sprawa jest aktualna. Oto bowiem w ramach obchodów 11 listopada w centrum Warszawy, na placu Na Rozdrożu ma być odsłonięty w III czy też IV Rzeczypospolitej – nie sposób tego ustalić – pomnik Romana Dmowskiego. Dmowski ma już w Warszawie rondo swego imienia, pomnik ten ma być więc dalszą eskalacją.
Eskalacją czego? Otóż tych właśnie nauk i nastrojów, których monstrualny kształt przypomniał Jastrun w swoich pamiętnikach.
Po wojnie, w PRL, o ile dobrze pamiętam, ukazały się dwie książki o Dmowskim, Andrzeja Micewskiego i Romana Wapińskiego. Obie były bardzo oględne, umiarkowanie krytyczne, co wówczas miało sens jako zapisywanie „białych plam” w najnowszej historii Polski w przekonaniu, że Dmowskiego trzeba pamiętać jako polityka, ale nigdy on już nie powróci.
Otóż, jak widać, powraca. Dlatego też pora powiedzieć, że jeśli za konspiracyjną ścianą Jastruna zbierali się owi „patriotyczni pomocnicy kata”, byli oni wychowankami Dmowskiego. Pięknie jest rozprawiać o Dmowskim jako o negocjatorze polskich granic w Wersalu (po czym Piłsudski przyjął go, jak pisze o tym Dmowski, obojętnie lub opryskliwie) albo mówić o nim jako o konstruktorze przegranej koncepcji odzyskania niepodległości w oparciu o carską Rosję.
Prawda jednak jest taka, że głównym dziełem politycznym Dmowskiego jest i pozostaje przekształcenie polskiego tradycyjnego antysemityzmu obyczajowego i religijnego w doktrynę polityczną, budowa – jak mówił – „organizacji narodu”, z której Żydzi powinni być usunięci, a może wręcz wytępieni. W marcu 1933 r. Dmowski pisał sielsko do przyjaciela, Karola Waligórskiego: „Wczoraj i dziś słońce pięknie świeci, więc zaczynam się rozweselać. Nadto poczciwy Hitler pracuje nad umocnieniem mojego dobrego humoru”. Jeśli dzisiaj świat traktuje Polskę jako kraj organicznie antysemicki, a dziennikarze używają potocznego zwrotu o „polskich obozach zagłady”, to jest w tym praca Romana Dmowskiego oraz jego wyznawców i kontynuatorów.
Dmowski nie osiągnął przed wojną politycznego sukcesu, zmarł w styczniu 1939 r. i chwała Bogu, bo niewykluczone, że nie bylibyśmy jedynym krajem okupowanym przez Niemców dumnym z tego, że nie wydał swego Quislinga, czyli jawnej kolaboracji z hitlerowcami.
Ale, mówiąc językiem tamtych czasów, Dmowski zatruł duszę polską. Wpoił polityce polskiej maniakalną obsesję spiskowości, animowanej przez Żydów i masonów, stworzył schemat Polaka katolika, pisząc, że „katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej w pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła jest niszczeniem samej istoty narodu”. Dążył także do wprowadzenia rządów elitarnych, „wyodrębnienia z ogółu ludności – jak pisał – warstwy kierowniczej”, co „zostało ostatecznie uznane w ideologii narodowej”.
Jest zaiste zdumiewające, że wszystkie te posępne idee pojawiają się znowu, w publicystyce „Gazety Polskiej”, w audycjach Radia Maryja, a nawet – tak jak idea rządzącej elity narodowej, „co uskutecznić można przy pomocy postanowień prawnych różnego rodzaju, zamkniętych w konstytucji” – w marzeniach polityków obozu władzy.
Siew Dmowskiego cofał Polskę i cofa, czyniąc ją krajem anachronicznym. Co ciekawe jednak i co warto przypomnieć jego żyjącym w coraz lepszym samopoczuciu pogrobowcom, sam Roman Dmowski, człowiek tyleż inteligentny, co cyniczny, zdawał sobie doskonale sprawę, że ziszczenie się jego „idei narodowej” możliwe jest tylko na tle ogólnej ciemnoty społeczeństwa. Roman Wapiński cytuje list Dmowskiego do Ignacego Chrzanowskiego, w którym Dmowski mówi: „Wierzę w Polskę dopóty, dopóki są w niej analfabeci”.
Jest to rachuba klarowna. Liczy na nią dzisiaj zarówno rozgłośnia o. Rydzyka, opierająca swoje działanie na przysłowiowych moherowych beretach, jak i program oświatowy Romana Giertycha, eliminujący ze szkół dyskusję światopoglądową razem z teorią ewolucji. Otóż 11 listopada, w dniu święta narodowego, odsłonić mamy w stolicy pomnik polskiego analfabetyzmu, mimo że kiczowata rzeźba nosić ma rysy Romana Dmowskiego.
Nie jestem za burzeniem pomników. Poprzez powstające w różnych okresach pomniki nakłada się na miasto jego historia i imponuje mi zawsze plac przed parlamentem w Helsinkach, na którym, mimo krwawej wojny fińsko-radzieckiej, stoi spokojnie pomnik cara Aleksandra, ponieważ dał on kiedyś Finlandii autonomię.
Mam jednak nadzieję, że pomnik złowieszczego analfabetyzmu w centrum Warszawy zostanie rychło zburzony lub przeniesiony do muzeum osobliwości.

Wydanie: 46/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy