Zgęsiali Polacy

Zgęsiali Polacy

Bardzo poważne włoskie i francuskie (do tych miałem dostęp) badania językoznawcze wykazują, że w dobie, w której poezja staje się sztuką coraz bardziej elitarną, czytelnictwo, literatury pięknej przede wszystkim, jest w odwrocie – wzbogacającą język funkcję frazotwórczą przejmuje w znacznej mierze piosenka. Nikt nad Sekwaną nie pamięta nawet, ile „oczywistych”, codziennych powiedzonek zawdzięcza jej mowa potoczna. Nawet c’est si bon! Nie inaczej nad Wisłą. W wielkim słowniku cytatów „Skrzydlate słowa” (Kraków 2007) profesorowie Henryk Markiewicz i Andrzej Romanowski nijak nie mogą się obejść bez tekstów piosenek. Przytaczają Jacka Cygana, Mariana Hemara (23 razy), Wojciecha Młynarskiego, Leszka Aleksandra Moczulskiego, Agnieszkę Osiecką (25 razy), Jeremiego Przyborę (16 razy), Andrzeja Sikorowskiego, Andrzeja Waligórskiego, Kazimierza Winklera… i słusznie. Jakże bowiem można żyć, a tym bardziej rozmawiać, bez dylematu „Czy te oczy mogą kłamać?”, „światowego życia”, spostrzeżenia „pierwszego siwego włosa na twej skroni”, miłości, która „ci wszystko wybaczy”… Poza tym jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach, oglądamy malarstwo włoskie – rany boskie, jak nudno, rany boskie, ale o mnie się nie martw, ja sobie radę dam, po prostu bardzo spokojnie wypiję trzecią kawę i od razu będę w skowronkach. A jeszcze „tanie dranie”, „addio, pomidory”, życie będące „balem nad bale”, „autobusy zapłakane deszczem” i te inne, które „zaglądają do okien tramwajom”…
Dodajmy, że piosenka polska nie tylko czarowała własnym pawim ogonem, lecz także promowała klasyczną twórczość poetycką i niekiedy wcale nie tę najłatwiejszą. Wystarczy wspomnieć Ewę Demarczyk (Baczyński, Pawlikowska-Jasnorzewska, Leśmian, Tuwim, Mandelsztam, Cwietajewa, Goethe, Trakl, zapomniany bez niej zupełnie Andrzej Szmidt), Marka Grechutę (Mickiewicz, Wyspiański, Leśmian, Witkiewicz, Gałczyński, Nowak), Czesława Niemena (Norwid, Mickiewicz, Słowacki, Iwaszkiewicz, Tuwim), Halinę Wyrodek (Mandelsztam, Szekspir, Śliwiak), Olę Maurer (Baliński, Lechoń), Wandę Warską (Norwid, Poświatowska, F. Karpiński, Kochanowski, Iwaszkiewicz) etc. Dam sobie głowę uciąć, że bez Niemena dla 99% polskich licealistów nazwisko Norwid – jeżeli nawet zapamiętaliby je ze szkoły – nie nabrałoby żadnego znaczenia. Podobnie z Demarczyk i Baczyńskim czy też Grechutą i Tadeuszem Nowakiem. Sięgając głębiej – Franciszek Karpiński przetrwał w pamięci narodowej tylko dzięki kolędzie „Bóg się rodzi”, modlitewnym „Kiedy ranne wstają zorze”, „Wszystkie nasze dzienne sprawy…” czy wreszcie „Laurze i Filonowi”, czyli polszczyźnie śpiewanej. Współcześni mu poeci, choć mieszczą się w podręcznikach, zniknęli całkowicie z realnego obiegu kulturalnego, łącznie z biskupem Ignacym Krasickim (nie mylić z imiennikiem z „Trybuny Ludu”).
Przy okazji podstępne pytanie: byłli Karpiński poetą czy „tekściarzem”? Odpowiedzi nie ma. Zarówno w tradycji polskiej, jak i francuskiej, hiszpańskiej czy rosyjskiej różnica ta w wielu wypadkach kompletnie się zatarła. Przypomnijmy tylko, że poezja Federica Garcii Lorki w znacznej części przeznaczona była do śpiewania flamenco („Canciones” 1927). Śpiewem przekazywali swoją poezję w Rosji Wysocki i Okudżawa, we Francji Brassens, Brel i Vian. U nas teksty piosenek pisali tak wybitni poeci, jak Julian Tuwim, Leszek A. Moczulski, Jacek Cygan albo bardziej już „piosenkarscy” Jonasz Kofta, Agnieszka Osiecka, Wiesław Dymny, Tadeusz Śliwiak.
Piosenka towarzyszyła wszystkim skomplikowanym meandrom polskiej historii. Osiecka pisała w „Orszakach” aktualne do dzisiaj:

Historio, historio,
tyle w tobie marzeń,
bywa, że cię piszą
kłamcy i gówniarze.

Swój bunt wydrapywali z trzewi Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski czy zespoły rockowe w Jarocinie. Zbyszek Raj w Piwnicy pod Baranami wykpiwał oficjalne dokumenty państwowe. Jacek Kleyff ośmieszał instytucje („»Żyj na huśtawce żyj« to najdoskonalszy owoc pokoleniowej świadomości roku 1973”, pisał wtedy Tadeusz Nyczek). O rzeczywistości po 1989 r. zdążyli jeszcze pisnąć Kazik (Kazimierz Staszewski), Paweł Kukiz (teraz mu odbiło, ale bywał świetny), Muniek Staszczyk (T.Love):

Znów dziś myślałem o emigracji.
To jest melodia mojej generacji.

Było też jeszcze parę świetnych piosenek bez polityki oraz podtekstów, o maju, wiośnie, wódce, gitarze, dziewczynie i połoninie.
Ale… Piszę to wszystko w czasie przeszłym. Na naszych oczach i za naszym głupkowatym przyzwoleniem odbywa się bowiem oto mord na polskiej piosence. Włączam – nostalgiczny emigrant – polskie radio i co słyszę (jeśli akurat nie ma mszy albo ciekawostek z Watykanu)? Anglo-amerykańskie piosenki. Włączam – nostalgiczny emigrant – telewizję polską (program muzyczny, żeby uniknąć mszy i ciekawostek z Watykanu) i co słyszę? Anglo-amerykańskie piosenki. W programach mających promować młode polskie talenty – anglo-amerykańskie piosenki. Zabawne, że nie oznacza to wcale, żeby śpiewający znali lingwidż. Jeśli nie skalkują pierwowzoru, to gesty i uczucia rozkładają niestety nie do tekstu. Może to i lepiej, bo gdyby rozumieli, co śpiewają, to często wstyd by było – po polsku takie banialuki to plama. Zresztą prywatnie język przodków im powraca. Ale nie w mediach. Tutaj jakbyś słuchał staruszka Reja: „Postronni narodowie, język (a podobno i dowcip) polski na małej pieczy mają, jakoż też z łaski bożej nie bardzo się czym chlubić, gdyż niedbalszych ludzi nie masz jako Polacy, a co by się w swym języku mniej kochali”. Po cóż tu jednak od razu o kochaniu. Jeśli chcesz zrobić karierę, młody piosenkarzu mój, zacznij od polskiego. Wszystko po kolei. Inaczej nie ma. I nigdy nie było.

Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście.
Cdn.

Wydanie: 16/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy