Potrzebna jest IV RP, ale inna

Potrzebna jest IV RP, ale inna

IV Rzeczpospolitej należy nadać inną treść, niż robi to obecna koalicja nacjonalistyczno-populistyczna, a zwłaszcza PiS

Niedługo minie rok od wyborów parlamentarnych. Naturalne więc staje się pytanie, czy i jak zmienia się Polska sterowana przez prawicę, reprezentowaną przez Prawo i Sprawiedliwość. Ta formacja, po jesiennym sukcesie wyborczym – i to podwójnym, gdyż także prezydenckim – po kilku miesiącach rządów mniejszościowych na czele z politycznym iluzjonistą, jakim był Kazimierz Marcinkiewicz, na początku maja br. utworzyła dość stabilną, jak się wydaje, koalicję z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin, która może przetrwać pełną kadencję, a więc do 2009 r.
Ta koalicja, będąca tercetem egzotycznym – na pozór niespójnym programowo, a połączonym głównie lepiszczem władzy – ma w istocie charakter nacjonalistyczno-populistyczny oraz eurosceptyczny. Dokonywane w Polsce zmiany polegają na razie przede wszystkim na:
*• powoływaniu nowych instytucji, np. Centralnego Biura Antykorupcyjnego, mającego zatrudniać ok. 500 świetnie opłacanych pracowników, choć do tej pory 11 różnych struktur zajmowało się zwalczaniem rzeczywiście wielkiej plagi, jaką stanowi korupcja; stąd obawy, czy nie przekształci się ono w swoistą policję polityczną,
*• likwidowaniu innych instytucji, np. Wojskowych Służb Informacyjnych, i to w sposób zachęcający dotychczasowych i byłych funkcjonariuszy do donosów na swoich szefów,
*• brutalnych zmianach w spółkach skarbu państwa i innych czystkach personalnych, np. w rozmaitych agencjach czy urzędach wojewódzkich,
* •przygotowywaniu ustaw wprowadzających rozwiązania korzystne dla rządzących, np. nowe reguły funkcjonowania służby cywilnej.
Dochodzi do tego:
*• szaleństwo lustracyjne, gdyż nowa ustawa w przypadku uchwalenia obecnego projektu obejmie nawet do pół miliona osób, w tym kandydatów na radnych, dyrektorów szkół, pracowników samorządowych i naukowych – w stosunku do których nie będzie stosowana zasada domniemania niewinności i którzy nie będą mieli takich możliwości obrony jak Zyta Gilowska,
* postępująca klerykalizacja życia publicznego i, co się z tym wiąże, sprzeciwianie się postępowi w niektórych badaniach naukowych, np. nad zarodkowymi komórkami macierzystymi,
*• w polityce zagranicznej: pasywność i nieumiejętność ułożenia stosunków zarówno z niektórymi państwami UE (czego Niemcy, nasz najważniejszy partner gospodarczy, są najlepszym przykładem), jak i z Rosją.
Należy przy tym zaakcentować, iż tryb oraz charakter szeregu nowych ustaw wzbudzał i wzbudza poważne

wątpliwości natury prawnej

(np. co do zgodności ze standardami europejskimi), dlatego już zostały one lub wkrótce będą zaskarżone do Trybunału Konstytucyjnego.
Kierunek i charakter dotychczasowych przeobrażeń ma być zintensyfikowany po objęciu funkcji premiera przez prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego – polityka do tej pory znanego raczej z kłótliwości i nieodnoszącego znaczących sukcesów, ale teraz wyraźnie zdeterminowanego, by zasadniczo zmienić dotychczasowy stan rzeczy i zbudować nową, IV Rzeczpospolitą, którą określi ostatecznie nowa konstytucja (jej projekt PiS przedstawiło przed ubiegłorocznymi wyborami). To w sumie może być, choć nie musi, droga do rządów autorytarnych braci spod znaku Bliźniąt.
W nowych warunkach zdecydowanie silniej niż kiedyś ujawniają się przejawy ksenofobii, antysemityzmu czy tendencje nietolerancji wobec innych (np. mniejszości seksualnych, osób innej rasy), które de facto popiera skrajna partia, jaką jest LPR, a nie sposób przy tym zapomnieć, że niektórzy jej działacze w przeszłości prezentowali postawy neofaszystowskie. Nawet na tym tle muszą budzić wszakże oburzenie i opór dziwaczne pomysły lidera LPR, Romana Giertycha, będącego nie tylko wicepremierem, ale – bez jakichkolwiek kompetencji w tej dziedzinie – ministrem edukacji narodowej. Polityk ten nie dość, że swoimi działaniami ośmiesza politykę oświatową rządu, ale – jak ujął to plastycznie prof. Paweł Śpiewak – „cierpi na dziwną przypadłość, coś w rodzaju biegunki urzędowej, i co tydzień ogłasza nowe i zwykle wyjątkowo niemądre projekty”.
Nowe władze nie mają natomiast żadnych konkretnych projektów rozwiązania najważniejszych problemów społecznych i gospodarczych. Wprowadzenie kontrowersyjnego „becikowego” nie zmienia przecież tej oceny. Bezrobocie wciąż jest najwyższe w UE, a pewien jego spadek (do nadal porażających 16%) to efekt dużej migracji, szczególnie do Wielkiej Brytanii i Irlandii. Obiecane 3 mln mieszkań w obecnej kadencji parlamentu, to projekt nierealny, a przy tym ostatnio wyraźnie zminimalizowany. Nic się nie dzieje z zapowiedzianą reformą służby zdrowia ani z reklamowaną reformą finansów publicznych, w tym systemu podatkowego. Przy okazji: ponad 120 tys. lekarzy i ćwierć miliona pielęgniarek, podobnie jak ok. 600 tys. nauczycieli może nie otrzymać obiecanych podwyżek. Mogą bowiem wystąpić kłopoty z dopięciem budżetu, gdyż przeszacowano chyba doń wpływy (np. z zaplanowanych na ten rok 5,5 mld zł przychodów z prywatyzacji, w I połowie 2006 r. nie zrealizowano nawet dziesiątej części).
Wprawdzie tempo rozwoju gospodarczego Polski nie jest złe, ale odbiega od czołówki europejskiej. Nie ma żadnego planu wprowadzenia euro, podobnie jak jasnego stanowiska w sprawie tzw. konstytucji europejskiej. Dwuznaczna okazała się pompa, jaką była uroczystość oddania, w obecności Jarosława Kaczyńskiego, stukilometrowego odcinka autostrady, zbudowanego jeszcze za poprzedniego rządu. Na to nakłada się fatalny obraz Polski za granicą – zdecydowanie najgorszy od 17 lat, co jest efektem swoistej zaściankowości obecnych władz. W sumie kraj nad Wisłą jawi się dziś wielu jako przeciwieństwo nowoczesności, a niekiedy wprost skansen, i to jeszcze pretendujący do roli Mesjasza narodów. A w skansenie rządzący niemal nigdy nie cechują się poczuciem humoru czy odrobiną luzu – tak przecież potrzebnego i w stosunkach międzynarodowych.
Zbliżają się powoli wybory samorządowe, które prawdopodobnie (decyzję podejmuje premier) odbędą się 12 listopada br. Przesądzą one na cztery lata o mapie politycznej Polski na szczeblu lokalnym i regionalnym – 2478 gmin, 872 miasta, 314 powiatów ziemskich, 65 powiatów grodzkich oraz 16 województw. Wybieranych będzie ok. 40 tys. radnych oraz – bezpośrednio – wójtowie, burmistrzowie i prezydenci. Ci ostatni w miastach powyżej 50 tys. mieszkańców, a jest ich w naszym kraju 106. Wyjątkowe znaczenie tego wydarzenia polega m.in. na tym, że nowo wybrane samorządy (szczególne miejsce przypadnie tu sejmikom wojewódzkim) będą decydować

o przeznaczeniu ogromnych środków

unijnych z funduszy strukturalnych. Chodzi o kwotę 16 mld euro (ok. 60 mld zł) na lata 2007-2013. Na tym tle wyjątkowo razić muszą próby manipulacji ordynacją wyborczą do samorządów, podjęte niemal w ostatniej chwili, bo w lipcu. Nie wchodząc w szczegóły, projekt zgłoszony przez posłów PiS i Samoobrony ma na celu zapewnienie – poprzez blokowanie list wyborczych w tzw. grupy – rządzącej koalicji jak najlepszego rezultatu.
Ktoś może powiedzieć: lewica krytykuje obecne posunięcia w wielu dziedzinach sił dzisiaj sprawujących władzę, a sama w przeszłości postępowała podobnie. Jest w tym cząstka prawdy, ale tylko cząstka. Nobody is perfect (nikt nie jest doskonały) i rzeczywiście za rządów SLD – niezależnie od sukcesów gospodarczych i wprowadzenia Polski do Unii na najlepszych możliwych warunkach – nie w pełni realizowano program wyborczy i nie brakło różnego rodzaju afer (choć szereg z nich okazało się zaledwie pseudoaferami). Dlatego też lewica, dodatkowo podzielona wewnętrznie, poniosła tego konsekwencje: straciła władzę i znajdując się w głębokiej opozycji, musi mozolnie odrabiać straty. Ale gdy w szeregach Sojuszu przed minionymi wyborami parlamentarnymi pojawiły się propozycje korekty ordynacji, to ówczesny lewicowy marszałek Sejmu nie wprowadził ich pod obrady, a ówczesny prezydent zapowiedział, że w przypadku uchwalenia takiej ustawy nie podpisze jej. Teraz nie ma żadnych tego typu zahamowań, a przecież u steru rządu są siły przypisujące sobie moralną wyższość i monopol na patriotyzm.
W III RP, według Prawa i Sprawiedliwości, zło polega na funkcjonowaniu wszechogarniającego „układu”, który musi zostać za wszelką cenę i wszelkimi środkami rozbity. To magiczne dla rządzących dziś Polską słowo oznaczać ma czworokąt obejmujący: pewną część polityków, środowisk biznesowych, służb specjalnych i zorganizowanej przestępczości. Ale w praktyce, jak trafnie zauważyła Janina Paradowska, owo hasło swoistej przebudowy społecznej to „głównie wymiana elit”. Tych jakoby dominujących od czasu Okrągłego Stołu na te rzekomo przez lata marginalizowane. Aby tak się stało, konieczne były kolejne ataki wymierzone np. w środowisko prawnicze, dziennikarzy czy w struktury bankowe. I zapewne będą następne, w jakiejś mierze według stalinowskiej wykładni marksizmu – o zaostrzaniu się sprzeczności w miarę rozwoju procesu rewolucyjnego! W sumie ma to jakoby leżeć, choć PiS tego wprost nie chce mówić, również w interesie lewicy społecznej.
Postawmy w sposób otwarty następującą kwestię: czy III RP spełniła oczekiwania Polaków? Zapewne nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Duże grupy ludzi, zwłaszcza żyjących w biedzie, wykluczonych społecznie, wskażą na ogromne rozwarstwienie, na wysokie bezrobocie; przypomną kolosalne nadużycia prywatyzacyjne z początku lat 90. i późniejsze, uwypuklą bezrozumną likwidację wszystkich PGR-ów, bez względu na osiąganą efektywność ekonomiczną. Inni wskażą na brak poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji, na darwinistyczny model naszego kapitalizmu, a jeszcze inni – na nadmierny wpływ Kościoła katolickiego na nasze życie publiczne. Prof. Karol Modzelewski gorzko skonstatował niedawno, iż program polskiej transformacji znalazł się w otwartej sprzeczności z solidarnościowym egalitaryzmem, zaowocował dramatycznym pogorszeniem warunków życia pracowników dawnych wielkich zakładów pracy, doprowadzając do narastającego przekonania, że „demokracja jest tylko fasadą, za którą rządzą niejasne układy”. Tu leży pies pogrzebany! Oczywiście jest druga strona medalu: przyspieszenie unowocześniania Polski, wprowadzenie mechanizmów demokratycznych, wejście do UE i NATO, rozwój edukacji, czego wyrazem jest 2 mln studentów itd. Choć osobiście uważam, iż przemiany minionych 17 lat to

w sumie bilans pozytywny

– częściowo rozumiem postulat budowy IV RP, która by wyeliminowała słabości tego, co dzieje się od 1989 r. Ale kluczowe jest, by lekarstwo nie okazało się gorsze od choroby, a wszystko wskazuje na to, iż to właśnie ma miejsce.
Jak powinna się zachować w tej sytuacji lewica? Przede wszystkim dalej wyciągać wnioski z niedalekiej przeszłości i mądrze przygotować się do wyborów samorządowych. Chodzi m.in. o stawianie na ludzi ideowych i uczciwych, a nie karierowiczów czy koniunkturalistów oraz o kontynuowanie działań na rzecz szerokiego porozumienia centrolewicy. Jak zaakcentowano w ostatnim oświadczeniu SLD, SdPl i PD: „Polaków i Polski nie stać na zaprzepaszczenie szans gospodarczych, kulturowy regres, na wleczenie się w ogonie integrującej się Europy. Koalicja i jej rząd stanowi zagrożenie dla przyszłości naszego kraju, funkcjonowania demokratycznego porządku prawnego, dla tradycji polskiej tolerancji, dla wolności obywatelskiej i praw człowieka”. Inna sprawa, że – podobnie jak Andrzej Celiński – jestem dość sceptyczny co do oceny szans wspólnego z Partią Demokratyczną programu politycznego. Używając języka marksistowskiego, łączy nas bowiem podejście do nadbudowy, ale już nie do bazy.
Ale niemniej ważne jest kontynuowanie szerszych prac programowych, co może nastąpić również w toku pogłębionej dyskusji – nadal wydaje się ona zbyt wątła – nad projektem Konstytucji Programowej SLD „Polska demokratyczna i socjalna”. Nie należy przy tym bać się hasła „IV Rzeczypospolitej”, ale nadać mu inną treść, aniżeli czyni to obecna koalicja nacjonalistyczno-populistyczna, a zwłaszcza PiS. Potrzeba więcej konkretów ze sfery społeczno-gospodarczej oraz propozycji rozwiązań z zakresu systemu politycznego. Tak aby nie utrzymywała się sytuacja, którą – wprawdzie w cokolwiek przerysowanej, ale dobitnej formie – zdefiniował w „Przeglądzie” Robert Walenciak, pisząc, że lewica wyraźnie nie wie, „czego z dorobku III RP bronić, czego bronić z dorobku rządu Millera i rządu Belki (na pewno nie propozycji tego ostatniego wprowadzenia powszechnych płatnych studiów – T.I.), co krytykować; nie wie też, co atakować w IV RP”.
Wtedy – wbrew temu, co ostatnio twierdzi Ryszard Bugaj – po możliwym przyszłym zwycięstwie centrolewicy może udać się zachować wielkie plusy III RP, przy eliminacji istniejących rzeczywiście słabości, ale zarazem zablokować realizację takiego projektu IV RP, który by tworzył z naszego kraju swoisty skansen kontynentu. Polska byłaby wówczas naprawdę nowoczesna, otwarta, sprawiedliwa i proeuropejska.

Autor jest profesorem, posłem ziemi warmińsko-mazurskiej i członkiem Zarządu Krajowego SLD

Wydanie: 36/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy