Łzy pana premiera

Łzy pana premiera

Dlaczego szef rządu, dymisjonując Zytę Gilowską, tak się spieszył?

W czwartek, 29 czerwca br., Sąd Lustracyjny odmówił wszczęcia procesu lustracyjnego byłej wicepremier Zyty Gilowskiej. „To jest draństwo”, powiedział premier Kazimerz Marcinkiewicz i zaproponował Gilowskiej stanowisko wicepremiera ds. gospodarczych, bo jej stanowisko, ministra finansów, już jest zajęte.
„Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”, napisał kiedyś poeta. Czy te odległe fakty mają ze sobą coś wspólnego? Spróbujmy rzecz całą prześledzić od początku.

Nie wiem, ale wiem
Nic tak w ostatnich dniach nie było dyskutowane w mediach jak dymisja wicepremiera rządu, ministra finansów, Zyty Gilowskiej. Prawdziwa zdobycz PiS, do niedawna jedna z najmocniejszych postaci PO, została ugodzona teczką i w ciągu kilku dni z czołowej postaci rządu Kazimierza Marcinkiewicza stała się osobą prywatną. Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Najpierw delikatny cynk dała „Rzeczpospolita”, informując (10-11.06), że „na portalach internetowych pojawiły się w piątek przed południem informacje o dymisji wicepremier i minister finansów, Zyty Gilowskiej”. Informacje okazały się nieprawdziwe, a komentujący je dla gazety główny ekonomista ING Banku Śląskiego powiedział, że „rezygnacja Zyty Gilowskiej mogłaby najbardziej zachwiać polskim rynkiem”.
Kilka dni później, w piątek (23.06), „Gazeta Wyborcza” na pierwszej kolumnie pytała: „Gilowska do dymisji?”. W południe było już po wszystkim. Zyta Gilowska oddała się do dyspozycji premiera. Rzecznik interesu publicznego skierował sprawę do Sądu Lustracyjnego, a premier podejrzaną o kłamstwo lustracyjne zdymisjonował.
Szok. Dla mało zorientowanego obserwatora naszej sceny politycznej tym większy, że premier dymisjonuje Gilowską, choć nie musi, Gilowska mówi: „Mamy do czynienia z kłamstwem, szantażem i jakimiś fałszywkami, których nie znam”. Na konferencji prasowej Gilowska mówi, że nie wie, o co chodzi, że nikt jej nie pokazał żadnych papierów, a jeśli w papierach coś jest, to są to „fałszywki”. Na drugi dzień, gdy nieco opadły emocje, Gilowska wie już chyba nieco więcej, bo na spotkaniu z leśnikami w Starym Tartaku na Lubelszczyźnie mówi „o człowieku” ze Świdnika, który jest „sprawcą tego, co się dzieje”, i apeluje do swojej przyjaciółki: „Urszulo, czy ty Boga w sercu nie masz? Twój mąż wrobił mnie w gigantyczną historię”. Więc jednak coś chyba wie.
Wie więcej niż poseł Wrzodak, który w marcu 2004 r. na konferencji prasowej mówił dziennikarzom, że Platforma popiera ustawy Hausnera w zamian za wyciszenie lustracyjnej sprawy Gilowskiej? Więcej niż dziennikarz „Rzeczpospolitej”, który jak informuje gazeta (24-25.06), już w 2003 r. pytał Gilowską, czy rzecznik interesu publicznego kwestionuje jej oświadczenie lustracyjne, bo taka informacja „chodziła” wówczas w kuluarach Sejmu?
W środę Zyta Gilowska wie jeszcze więcej. Mówi, że „dopiero teraz uświadomiła sobie, że była wielokrotnie ostrzegana i że jej grożono”. Nie mówi wprawdzie, przed czym czy przed kim była ostrzegana i co to ma wspólnego z jej oświadczeniem lustracyjnym, ale przypomina sobie, że w grudniu 2004 r. i maju 2005 r. znana posłanka PO mówiła jej, że jest przeciwko niej prowadzona akcja „oparta na fałszywych papierach”, a „tropy tej akcji prowadzą do Poznania”. Tu Świdnik, tam Poznań – coraz trudniej połapać się w tym, co Zyta Gilowska wie i co sobie w tych dramatycznych dla siebie chwilach przypomina i kojarzy. Można zrozumieć człowieka, któremu nagle cały świat zaczyna się walić. Trudniej zrozumieć zachowanie „przyjaciół”, a najtrudniej premiera.

Kto za tym stoi?
Takie pytanie zadaje sobie premier i, jak przyznaje, nie wie. Wie natomiast, że o całej sprawie rzecznik interesu publicznego informował go w pierwszej połowie czerwca. Wie z całą pewnością, że o swojej sprawie pani premier rozmawiała z nim w styczniu tego roku, zaraz po przesłuchaniu jej przez rzecznika interesu publicznego. Gdy sprawa wróciła w czerwcu, „poradziłem pani premier, żeby po prostu poszła do rzecznika i zapytała, o co chodzi”, mówi premier. I zaraz dodaje, że jego informacje były inne niż te, które przyniosła mu Zyta Gilowska.
Premier wiedział, że rzecznik ma przygotowany wniosek do Sądu Lustracyjnego, a pani premier powiedziała mu, że tego wniosku jeszcze nie ma, że są jakieś wątpliwości. Komu uwierzył premier, wiemy. Tylko dlaczego dymisjonując Zytę Gilowską, tak się spieszył? Po co przyjmując dymisję, zapraszał ponownie do rządu, „dzisiaj, jutro, pojutrze i w każdym momencie”, gdy już wcześniej rozmawiał z jej następcą? Wiedział przecież, że jako członek rządu musi być poddana lustracji, a jako obywatelka Zyta Gilowska nie. Po co, kiedy Sąd Lustracyjny, zgodnie z przewidywaniami i w zgodzie z procedurą, odrzucił wniosek o lustrację prywatnej już osoby, premier mówi: „To draństwo” i proponuje Zycie Gilowskiej tekę wicepremiera ds. gospodarczych. Jeśli Gilowska przyjmie propozycję, znów stanie się osobą publiczną i procedura się powtórzy.

Szczególny przypadek
Premier wie, że w tej sytuacji nie ma furtki, a jednak łamie ręce i woła, że to „szczególny przypadek”. Skoro „szczególny”, to może warto było, tak jak powiedział szef Sądu Lustracyjnego, sędzia Zbigniew Puszkarski, urlopować Gilowską do czasu czwartkowego posiedzenia sądu, „to – po uznaniu wniosku rzecznika za zasadny – sąd wszcząłby lustrację Gilowskiej, gdyż urzędnik urlopowany pełni normalnie funkcję publiczną”. Nawet odwołanie Gilowskiej po wszczęciu procesu nie przerwałoby go, „bo nie można lustrować tylko tych osób publicznych, które są odwołane z funkcji przed posiedzeniem sądu w sprawie wniosku Rzecznika”.
Doradcy pana premiera Marcinkiewicza i „przyjaciele z PiS” tego nie wiedzieli? Może trzeba było poczekać, a nie, jak powiedziała pani premier – przepraszam – „puszczać bąka”, wywołując przykry zapach wokół i prawa, i sprawiedliwości, a teraz szukać, kto za tym stoi.

Wydanie: 27/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy