Mali geniusze

Trzeba przyswoić ich indywidualności, a nie ociosywać

To objawią się zazwyczaj podobnie: 3-letnie dziecko czyta napisy w telewi­zorze, rozpoznaje modele aut, liczy do miliona, potrafi się dłużej skoncentro­wać na jednej rzeczy, wymyśla nowe gry. I zadaje mnóstwo pytań, zastanawia się nad odpowiedziami, czasem je kwestionuje. Jako 4-latek namiętnie wertuje encyklopedię, zamiast do pia­skownicy chce iść do księgami. W szkole już w pierwszych dniach zapoznaje się ze wszystkimi podręcznika­mi, potem nudzi się na lekcjach. Często ustawia się w roli odpytującego nau­czyciela. Z czasem – koncentruje się na przedmiotach, które go interesują. Po­trafi samodzielnie i efektywnie praco­wać, dobrze sobie radzi z pojęciami ab­strakcyjnymi i z zakresu logiki… Za­zwyczaj zostaje olimpijczykiem.

Orłom podobni

Pedagodzy twierdzą, że co dziesiąte dziecko jest wybitnie zdolne, ale tylko co setne zostaje odkryte. Te nie rozpo­znane giną w masie przeciętnych. 10- 20% uczniów cierpi w szkole z powo­du zbyt niskiego poziomu nauczania.

Jak rozpoznają geniusza profesjonali­ści? Mirosława Partyka, autorka książki pt. “Zdolni, utalentowani, twórczy”, udowadnia, że najwcześniej, bo już w przedszkolu, objawiają się talenty ma­tematyczne i muzyczne. Pierwsze klasy podstawówki to czas rozwoju zdolności intelektualnych. Dopiero w okresie doj­rzewania przychodzi pora na pełne ujawnienie się talentów twórczych.

Istotą mądrą może już być małe, za­dające mnóstwo pytań dziecko, które bada świat. Jednak warunkiem zacho­wania przez nie na dłużej tej cechy jest pełna akceptacja najpierw ze strony ro­dziców, później szkoły. Nic bowiem nie hamuje zdolności dziecka tak, jak wy­stępujący w roli wszystkowiedzą­cego autorytet, który narzuca swo­je zdanie. Jeśli mimo to nie zawsze udaje się stłamsić geniusz, to tylko dlatego, że wybrańcy bogów są za­zwyczaj niezwykle uparci.

Michał (nie chce występować z nazwiskiem) ma 22 lata i mówi o sobie, że należy do pokolenia przełomu. Albo więc pójdzie do przodu jak inni, albo stanie w miejscu. Pochodzi z małej, żu­ławskiej wsi. Wysoki, smukły, ma upodobanie do ciekawych strojów i niebanalnych zachowań. Ostat­nio nosi się w czerni, bo ten kolor chyba odzwierciedla stan jego du­cha. Nauka zawsze przychodziła mu z łatwością. Właściwie jest w stanie opanować każdą dyscy­plinę, od matematyki, chemii po­czynając, na przedmiotach huma­nistycznych kończąc. Gdy miał 14 lat, podjął decyzję, że w jednym roku zrobi program dwóch klas – ósmej podstawówki i pierwszej li­ceum. Traktował ten pomysł tro­chę jak przygodę, trochę jak nobi­litację. Rzeczywiście, bez trudno­ści, na szóstkach i piątkach skoń­czył ogólniak.

Kiedy zdawał maturę, miał już zaliczony eksternistycznie pierw­szy rok filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Był jedynym z grona 150 studentów zaocznych, któremu zaproponowano przejście na studia dzienne. Mimo nalegań dziekana odrzucił jednak tę ofertę. Powód? Nie cierpi Warszawy. Każdy wyjazd do te­go miasta był dla niego udręką. Przera­żał go panujący wokół zgiełk, atmosfe­ra karierowiczostwa i pustki zarazem.

Ania (też chce zostać anonimowa) wygrała w wieku 18 lat międzynarodo­wy konkurs na znajomość łaciny, orga­nizowany we Włoszech. W szkole była prymuską, ale łaciny uczyła się sama. Zaczęła od tego, że w tajemnicy przed rodzicami przetłumaczyła starożytne opisy orgii seksualnych. Badała też, jakie kalumnie wypisywano w antyku na murach.

Gdy Łukasz Pułaski z Łodzi był na pierwszym roku studiów, a miał wów­czas lat 14, komputer wylosował dla niego stypendium w Illinois. Matka wpadła w panikę. Takie dziecko samo do Ameryki? Ale nic nie powiedziała. Chłopiec sam postanowił, że zostanie w Polsce. W pięć lat później miał już dwa dyplomy magisterskie: z botaniki i biologii molekularnej. Doktorat robił z immunologii. Ostatnio wziął się za studiowanie nauk politycznych i elek­troniki. Jest autorem podręcznika do nauki języków obcych.

Tomasz Religa z Opatowa został lau­reatem krajowej olimpiady biologicz­nej w pierwszej klasie ogólniaka i jako najmłodszy spośród olimpijczyków miał indeks wyższej uczelni w kiesze­ni. Rok później powtórzył ten sukces. W 1995 r. zainteresował się nim Krajo­wy Fundusz na rzecz Dzieci. Dzięki Funduszowi, otrzymał stypendium w Dulwich College, gdy był jeszcze uczniem czwartej klasy. Mądry dyrek­tor liceum, Roman Szczuchniak, nie ro­bił żadnych problemów. Powiedział chłopcu: – Egzaminy z przedmiotów maturalnych zaliczysz podczas ferii świątecznych. Maturę zdasz w biegu, gdy przyjedziesz z Londynu na kilka dni. I tak się stało. Teraz Religa studiu­je w Cambridge nauki przyrodnicze.

Odważ się być mądrym

W Polsce młodymi talentami zajmu­je się kilka instytucji. Najbardziej pro­fesjonalnym i najstarszym jest Krajowy Fundusz na Rzecz Dzieci. Wspiera on swych beneficjentów pod hasłem: “Odważ się być mądrym”, kiedyś rzu­conym przez prof. Jana Szczepańskie­go, honorowego przewodniczącego Funduszu. Już nie ma, jak w poprze­dnich latach, pieniędzy na stypendia, ale niestrudzony dyrektor wymyśla różnorodne formy wsparcia w rozwoju – bezpłatną obecność na warsztatach, koncertach, obozach, plenerach, prenu­meratę naukowych czasopism.

Stypendyści Funduszu zajmują czołowe miejsca w krajowych i zagra­nicznych olimpiadach przedmioto­wych. Z powodzeniem startują w konkursie Prac Młodych Naukowców Unii Europejskiej (w ubiegłorocznym, organizowanym w Salonikach, Polska była jedynym krajem, której przedsta­wiciele zdobyli dwie nagrody. Fun­dusz współpracuje z Collegium Invisibile, do którego dostaje się tylko 20 najlepszych studentów z całej Polski. Tam podopieczni mogą indywidualnie studiować wybraną dziedzinę pod kie­runkiem profesora, z którym mieli dotychczas kontakt przez lekturę jego książek. Niektórzy stypendyści Fun­duszu już na studiach zdobywają granty Komitetu Badań Naukowych. W tym roku szkolnym do programu Funduszu zakwalifikowano 509 uczniów z 16 województw.

Kierowanie programem Funduszu od pierwszej chwili, ścisły kontakt ze stypendysta­mi (również tymi, którzy już poszli w świat), utwierdziło dyr. Rakowskiego w prze­świadczeniu, że jego zasada: „maksimum integracji, mini­mum izolacji” jest słuszna. Żadnych szkół dla geniuszy. Lepiej jest, jeśli nieprzeciętny młody człowiek pozostaje we własnym środowisku. Nie zrywa więzi z rodziną a z drugiej strony lokalne środowisko nie traci osoby, która często wpły­wa na intelektualny rozwój otaczających ją ludzi. – Nie je­steśmy szlifiernią diamentów – mówi Ryszard Rakowski. – Walczymy o to, aby świat przyswoił ich indywidualno­ści, a nie ociosywał.

Istotnym etapem pracy ze szczególnie uzdolnionymi jest umożli­wienie im kontaktu – już na wysokim poziomie – z interesującą ich dziedziną wiedzy czy sztuki. Dobre, rezultaty daje zetknięcie się z nauką akademicką. Fundusz wprowadza podopiecznych Funduszu w ten świat organizując spotkania, warsztaty i seminaria na wy­ższych uczelniach.

 

Mecenasi i producenci olimpijczyków

Od trzech lat funkcjonuje Fundusz Pomocy Młodym Talentom Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. W tym roku rozpatrzono 789 wniosków z całej Polski. Rada Funduszu, której przewo­dzi Danuta Raczko, oceniając zgłoszenia, brała pod uwagę możliwości i zdolności ucznia, działalność na rzecz otoczenia, w którym najlepsi uczniowie funkcjonują ale również sytuację ma­terialną stypendysty i miejsce zamie­szkania.

– Ważne, by wśród naszych laurea­tów byli młodzi, zdolni i pracowici, wywodzący się z małych środowisk, gdzie nawet najbardziej utalentowani muszą się przebijać, To, że znaleźliście się w gronie najlepszych – mówiła Jo­lanta Kwaśniewska w rozmowie z na­grodzonymi – to jest wasz osobisty suk­ces, a my chcemy ten fakt docenić.

Stypendia w wys. 2 i 3 tys. zł dla wielu młodych ludzi były istotnym wsparciem w trudnej sytuacji życiowej.

Kto jeszcze wyławia talenty? W Warszawie działa Ogólnopolskie Centrum Wspierania Uczniów Wybit­nie Zdolnych. Udzielą pomocy psychologicznej i pedagogicznej młodym ta­lentom, a także ich rodzicom i nauczy­cielom. Są też dwa stowarzyszenia dr Danuty Nakonecznej, autorki systemu szkół twórczych, 25 placówek kształcą­cych dzieci – orły, przez oponentów ata­kowanej za gloryfikowanie zasadzie “wyścig szczurów”. Przyjęty w tych szkołach proces dydaktyczny zakłada rozluźnienie systemu lekcyjnego tak, aby uczeń szczególnie zainteresowany jakimś przedmiotem mógł korzystać z indywidualnego toku nauki, z zajęć pozalekcyjnych. Jest możliwość łącze­nia nauki w szkole podstawowej i śre­dniej, w liceum i na uczelni. Towarzy­stwo objęło m. in. takie licea jak XLIV im. Stanisława Witkiewicza w Warsza­wie, IV im. Tadeusza Kościuszki w To­runiu, XIV im. Polonii Belgijskiej we Wrocławiu, III im. Mafii Skłodowskiej-Curie w Opolu, I im. Stanisława Małachowskiego w Płocku.

Interesujący eksperyment edukacyjny trwa w Toruniu. Dzięki naukowcom en­tuzjastom od września 1998 roku uru­chomiono tam Gimnazjum Akademic­kie. Uczniowie – dwie klasy, razem 40 dzieci – są absolwentami klas szóstych podstawówek z całego kraju. Do gimnazjum zostali przyjęci w wyniku trzyetapowej procedury kwalifikacyjnej. Więk­szość otrzymuję stypendia ufundowane przez samorządy oraz inne instytucje. Zajęcia w gimnazjum są zindywiduali­zowane, cześć odbywa się na uniwersy­tecie. Praktycznie uczniowie klas star­szych są już studentami, prowadzonymi przez tzw. tutorów, indywidualnych opiekunów z tytułami naukowymi.

 

Olimpijczycy grają w brydża

W kraju można doliczyć się kilkunastu szkół średnich, w których poziom nauczania jest tak wysoki, że są wylęgarnią “olimpijczyków”. W tym rankingu zdecydowanie pierwsze miejsce od kilku lat zajmu­je III LO w Gdyni, pierwsza w Polsce szkoła z międzynarodową maturą. Spośród 158 absolwentów dwoje uzyskało najwyższe noty na święecie: 45 na 45 możliwych, a sześcio­ro po 44 punkty.

– Tu nie jest łatwo – mówi dyrek­tor Wiesław Kossakowski. – Nasi uczniowie o tym wiedzą a mimo to co roku mamy więcej klas. Obecnie 28 i do tzw. tysiąclatki budowanej na 600 uczniów chodzi ponad 900.

Uczniowie gdańskiej “trójki” znale­źli się w gronie tegorocznych stypendy­stów Funduszu Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. Są to: Marcin Michal­ski rodem z Pasymia, 15-letni laureat konkursów matematycznego, geogra­ficznego i fizycznego. Marta Michalunio, Dorota Trepkowska – dwie humanistki z różnych klas, Dominik Wojt­czak, Tadeusz Kadłubowski, Marcin Michalski – matematycy.

 

Potrzebne: mistrz i pieniądze

W III LO w Gdyni nauczycieli, którzy prowadzą laureatów konkursów krajowych i zagranicznych, jest co naj­mniej kilku. – Moi uczniowie muszą intensywnie pracować sami – mówi Ewa Niwińska, polonistka, która przygoto­wała kilkudziesięciu olimpijczyków. Wyszkoleni przez nią trenerzy – absol­wenci, znakomicie przygotowują programy, zdobywając główne nagrody na konkursach w USA.

– Nie wiem, jak się hoduje olimpij­czyków – mówi Niwińska – bo są różne typy. Na ogół staram się uaktywniać tych, którzy na początku mają ze mną problemy, bo np. nie poddają się rygo­rom. Zazwyczaj ci najlepsi są odmień­cami, nie dadzą się tak łatwo sklasyfi­kować.

Każdy z olimpijczyków prof. Tomalczyka trafiał do mistrza w podstawówce, najczęściej w szóstej klasie. – Zapra­szam na indywidualne konsultacje, na obozy matematyczne, które prowadzę, od lat – mówi. – Przygotowuję programy autorskie, udzielam konsultacji nawet od siódmej rano.

Profesor w ciągu 28 lat pracy dydaktycznej dorobił się ponad 70 olimpij­czyków. Jego uczniowie zdobywają złote medale na świecie.

Na mądrych nauczycieli natknęli się też niektórzy stypendyści Krajowego Funduszu. Na przykład Łukasz Łuczaj z Krosna, który w szkole podstawowej dzięki życzliwości wychowawcy przeskoczył trzecią klasę, a siódmą i ósmą zrobił równocześnie. Nie miał już i szczęścia Łukasz Pułaski. W jego przesunięcia z podstawówki średniej wysłano zapytanie do departamentu kształcenia ogólnego MEN. Niestety, odpowiedź z resortu nigdy nie nadeszła. Wicekurator natomiast uważał, że skoro chłopiec jest takim geniuszem, sam sobie da radę.

Jeśli nie można liczyć na nauczycie­la, trud prowadzenia młodego geniusza spada na rodziców. Kamil G. uczył się w szkole wiejskiej. Wcześniej rodzice mieszkali w Kielcach, ale gdy stracili pacę, kupili kawałek ziemi na wsi. W nowej podstawówce chłopiec został przyjęty z rezerwą. Na półrocze miał fatalne stopnie. Ale matka zastała kiedyś syna z jej podręcznikami do ekonomii, którą dawniej studiowała. Okazało się, że wszystko zrozumiał. Zaczęła szukać dla Kamila mistrza. W V klasie znalazła się wreszcie mądra matematyczka, spo­tkał się z nią na indywidualnych zaję­ciach. Ale po kilku miesiącach już nie miała dla chłopca czasu – spodziewała się dziecka. Matka zaczęła wozić Kami­la na zajęcia do klubu promocji dzieci szczególnie uzdolnionych w Kielcach. Wracali późnym wieczorem, idąc kilka kilometrów pieszo od PKS. Dziś Kamil jest wyróżniającym się studentem Uni­wersytetu Jagiellońskiego.

Równie zdeterminowani byli rodzice Bartka Nizioła spod Szczecina, w 1991 roku laureata Międzynarodowego Kon­kursu Skrzypcowego im. Wieniawskie­go. W 1984 roku matka Bartka napisa­ła do Ryszarda Rakowskiego, że żyje ze skromnej renty inwalidzkiej męża, ale zrobi wszystko, aby wykształcić syna. Dołączyła pięć kopii jego dyplo­mów z konkursów skrzypcowych na szczeblu wojewódzkim. Fundusz umie­ścił Bartka na liście swych stypendy­stów. Osiem lat później Niziołowa po­informowała dyrektora, że tylko w cią­gu ostatnich dziewięciu miesięcy syn zdobył pierwsze miejsce w konkursie w Adelajdzie, III w Hanowerze, I w Po­znam, a ponadto I na turnieju Eurowizji w Brukseli. Nagrał też płytę, a studia muzyczne odbywał w Montrealu.

 

Talent zgubiony przy tablicy

– Nieprzeciętnie uzdolnione dziecko to bardzo delikatna materia – mówią wszyscy mądrzy pedagodzy. Ich dzie­ciństwo i młodość to pokonywanie ko­lejnych raf bez gwarancji, że na finiszu czeka błyskotliwa kariera. Olimpijczy­cy Ewy Niwińskiej zazwyczaj byli bar­dzo dobrymi studentami, ale to wcale nie znaczy, że znaleźli pracę odpowie­dnią do swoich wysokich kwalifikacji.

– Nie umiem sobie wytłumaczyć, dla­czego często spotyka to najlepszych – mówi nauczycielka. – Nie ma systemu, który promowałby tych, których poten­cjał intelektualny i umiejętności są au­tentyczną wartością.

– Bacznie śledzę – mówi dyr. Kossa­kowski z gdyńskiej “trójki” – czy moi geniusze radzą sobie na studiach. I nie potrafię ukryć rozgoryczenia. W wielu przypadkach studia na naszych uczel­niach zrównują laureatów olimpiad z przeciętnością. Już po roku, dwóch, nauki na politechnikach, uniwersyte­tach nie ma po talencie śladu.

– W szkole, aby zyskać akceptację środowiska, starają się nie odstawać od standardów w ubiorach, gadżetach. Określenie “kujon”, wygłaszane z lek­ceważeniem, przyjmują jak obelgę i ca­łym swoim zachowaniem przepraszają za swą inność. Gdy nawet pokajanie się nie pomaga, zamykają się w sobie – mówi psycholog szkolny, Ewa Kuracińska. – Ale to nie znaczy, że wybijają­cy się uczeń nie potrzebuje akceptacji. Nie ma on przecież większego do­świadczenia życiowego niż jego rówie­śnik. Ponadto jego rozwój emocjonalny i społeczny nie musi odbiegać pozio­mem od rozwoju mniej uzdolnionych kolegów z klasy. Jeżeli nie znajdzie w nauczycielu mecenasa, jego szkolne wyniki mogą plasować go poniżej śre­dniej klasowej.

Maciek S. z Warszawy. Cudowne dziecko, genialny nastolatek. Do szkoły trafił jako niespełna sześciola­tek. Potem wygrywał olimpiady. Zain­teresowała się nim Danuta Nakoneczna, autorka systemu szkół twórczych. Na studiach (chemia) w ciągu 12 mie­sięcy zaliczył drugi i trzeci rok. Do­datkowo brał udział w ćwiczeniach i wykładach na elektronice. Jako 20- latek obronił pracę magisterską, po­tem zrobił doktorat.

Maciek chodzi spać o godzinie 3, wstaje o 7. Ciągle pracuje, a mimo to od pewnego czasu nie odnosi nauko­wych sukcesów. Wszystkim ma wszy­stko za złe. Jego rodzice martwią się, że nigdy nie miał prawdziwych kolegów wśród rówieśników. Ciągle obcował ze starszymi. Nie lubią go też jego studen­ci, opuszczają narzeczone. Maciek sam mówi, że zna się na modelowaniu struktur chemicznych, ale nie na lu­dziach.

 

Bez popisów

Wiele zależy od mądrości rodziców. Łukasz Łuczaj w liście do dyrektora Rakowskiego wspomina: “Rodzice nie kreowali mnie na cudowne dziec­ko. Nie popychali do przodu, nie sta­wiali kolejnych poprzeczek. Dzięki te­mu nie czułem się lepszy od wszyst­kich, zawsze miałem dobry kontakt z rówieśnikami. Nie przeżyłem ko­szmaru małych geniuszy. Miałem w swoim życiu okresy przestoju inte­lektualnego, zamiast zgłębiać tajniki wiedzy wolałem pograć w piłkę. Na­pęd dawały mi spotkania organizowane przez Fundusz”. Łukasz jest biolo­giem, swoje pasje badawcze realizuje w terenie, ale zrezygnował z formalnej kariery naukowej.

Z wielkiego miasta uciekł też Mi­chał, ten pochodzący z małej, żuław­skiej wsi. Już w trakcie drugiego roku studiów podjął pracę w prowincjonal­nej szkółce. Zajął się biblioteką, bo miejscowi poloniści nie palili się do od­dania mu godzin. Pracuje tam do dziś, ale w tym roku nareszcie go doceniono, przyznając parę godzin polskiego i wy­chowawstwo w najtrudniejszej chyba klasie. Starzy nauczyciele, patrząc na niego, radzą mu życzliwie: “Michał, ty jesteś taki mądry, tak wiele potrafisz, świetnie piszesz, ty się tutaj zmarnu­jesz. Uciekaj, póki czas”.

– Co to znaczy, że się marnuję? Czy jakbym robił karierę w wielkim mie­ście, zdobywał tytuły, sławę, pieniądze, to bym się nie marnował? – słyszą w odpowiedzi.

– Przecież – mówi – tak naprawdę ży­jemy nie po to, by gromadzić, posiadać, konsumować, lecz aby wciąż na nowo odkrywać tę nieskończoność, jaką jest życie, ono samo w sobie ma sens.

To potrzeba odkrywania gna Micha­ła wciąż w nowe światy. W szkole od kilku lat prowadzi darmowy teatrzyk. Wystawiają sztuki niezwykłe, pełne przenośni, symboli i muzyki, oparte na klasyce lub na scenariuszach Michała. Każdy występ zespołu ma posmak skandalu. Miejscowe elity grożą mu anatemą. Ale czasami zdarza się i tak, że jakiś prosty człowiek oglądając spektakl, zwyczajnie zapłacze.

Dla niego takie momenty są najważ­niejsze. Michał wie, że trochę odstaje od innych, ale nie potrafi określić momen­tu, w którym to rozchodzenie się zaczę­ło. Może już w podstawówce, kiedy to przez swoje edukacyjne eksperymenty wypadł z rówieśniczej grupy. Za szybko, za szybko przeleciało mu to wszystko. Gdzieś zgubił na zawsze te kilka lat nie­frasobliwej, luzackiej młodości.

I w tym, może tylko w tym, jest podobny do innych, wyrastających ponad przeciętność. Bo u “chodzą­cych” talentów jedno jest pewne: w żaden sposób nie da się ich zaszuf­ladkować. Ani podciągnąć pod jaką­kolwiek publicystyczną tezę. Oni są nieprzewidywalni.

Stypendia:

Stypendium Ministra Edukacji Narodowej dostają laureaci ogólnopolskich olimpiad lub konkursów ta prace naukową. Jest to jedno­razowa nagroda pieniężna (w ub. roku 2 tys. zł).

– Stypendium Prezesa Rady Ministrów może dostać uczeń publicznej szkoły średniej – tylko je­den na szkolę – który w wyniku rocznej klasyfikacji uzyskał najwyższą średnią ocenę i co najmniej bardzo dobrą notę z zachowania. Stypendium przyznawane jest na 10 miesięcy w wysokości jednej trzeciej najniższego wynagrodzenia za pracę. Kandydatów typuje samorząd uczniowski, zatwierdza rada szkoły.

– Również niektóre samorządy gmin wprowadziły u siebie systemy stypendialne. Jako kryteria przyjmuje się osiągnięcia uczniów w olimpiadach i konkursach, dorobek w ramach studenckich kół naukowych, a także wysokie semestralne średnie uzyskanych ocen.

GDZIE SIĘ ZGŁASZAĆ

– Krajowy Fundusz na rzecz Dzieci – 00-791 Warszawa, ul. Chocimska 14, tel. {0-22} 848-24-68, 848-23-98. Nowe wnioski o pomoc Funduszu w roku szkolnym 2000/2001 powinny wpłynąć do Biura Funduszu do 31 maja br. roku. Wnioski powinny zawierać dane osobowe ucznia (koniecz­nie adres domowy) oraz informacje o pracy nad rozwojem uzdolnień i o osiągnięciach. W przypadku uzdolnień plastycznych należy przedstawić do 31 lipca 5 rysunków i 10 prac w dowolnej technice. Uzdolnienie muzycz­nie powinni zaprezentować wyniki udziału w przesłuchaniach lub konkursach, a także opinię prowadzącego ich nauczyciela.

– Fundacja Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie bez barier”, przy której działa Fundusz Pomocy Młodym Talentom Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich – 00-071 Warszawa, ul. Krakowskie Przemieście 48/50, tel. (0-22) 695-13-50. W drugiej połowie marca będzie można otrzymać z Fundacji kwestionariusz dla kandydata na stypendystę. Takie kwestio­nariusze zostaną też wysłane do wszystkich kuratoriów.

– Centrum Wspierania Uczniów Zdolnych, Warszawa, ul Raszyńska 8/10, tel. (0-22) 822-71-68.

– Towarzystwo Szkół Twórczych Danuty Nakonecznej 01-922 Warsza­wa, ul. Conrada 21/78 tel. (0-22) 663-64-65.

 

MOŻNA PRZESKOCZYĆ

Ostatnie akty wykonawcze do ustawy o systemie oświaty wychodzą naprzeciw dzieciom szczególnie uzdolnionym. Duża w tym zasługa dyr. Rakowskiego. Rozporządzenie ministra edukacji z 19 kwietnia 1999 roku przewiduje możliwość promo­wania uczniów klas l-lll szkoły podstawowej poza normalnym try­bem również w ciągu roku szkolnego.

Kto może pomóc Norbertowi?

Norbert Sawicki z Cetunii w Koszalińskiem miał trzy lata, gdy zaintere­sował się nim psycholog z Centrum Wspierania Rodziny w Polanowie. Oceniono wówczas intelektualny rozwój dziecka na 6 lat. Istnieje jednak obawa, że Norbert cofnie się w rozwoju. Wychowuje go samotna mat­ka. Na życie trzech osób ma miesięczny zasiłek 310 zł oraz skromne alimenty. Żadnych szans na pracę, bo w okolicy wszystkie zakłady zbankrutowały. – Syn zakończy naukę na podstawówce – martwi się ko­bieta. W Cetunii nie ma żadnych stowarzyszeń, fundacji, które by wsparły zdolne dziecko.

 

Co dalej z małym geniuszem?

JA TU ROZKAZUJĘ

Rok temu media okrzyknęły geniu­szem dwuipółletniego Patryka z Chlebówki pod Malborkiem. Wszystko się zaczęło prozaicznie. Dziadek chłopca zawiadomił regionalną gazetę, że jego wnuczek czyta płynnie całymi zdania­mi napisy, gazety, a nawet książki.

Do domu Patryka zjechały media z całej Polski: stacje telewizyjne, roz­głośnie radiowe, prasa. Dziennikarze mijali się w drzwiach, kłócili o pierw­szeństwo, mamili zdezorientowanego chłopca prezentami, rozpływali się w zachwytach. Studenci z łódzkiej filmówki nakręcili o cudownym dziecku filmową etiudę.

Patryk szybko wszedł w rolę gwia­zdora. Nabrał śmiałości, pewności sie­bie, nonszalancji, Kiedy w wieku trzech lat wystąpił w telewizyjnym programie “Na każdy temat”, był już kimś. Kręcił się po planie jak szalony, pokrzykiwał na prowadzącego redak­tora, domagając się, by kamera filmowała tylko jego. Swoje umiejętności jednak zaprezento­wał na medal. Bezbłędnie wycią­gał kwadratowe pierwiastki, do­dawał i odejmował bez kalkulato­ra, rozpoznawał flagi, wymieniał prezydentów państw. Nawet dziwaczny tekst o mężczyźnie, który dostaje erekcji na plaży i jakoś próbuje temu zaradzić, przeczytał bez zarzutu.

Po rocznym szaleństwie media znudziły się geniuszem z Chlebówki. Zaś po dawnej popularności zostały je­dynie nagrane kasety na półce, prasowe wycinki w skoroszycie, komputer po­darowany przez jedną z firm i pytanie: co dalej z Patrykiem.

Chłopczyk zaś nie chce zrezygno­wać z roli medialnego geniusza. Cho­ciaż czasami wieczorem sięga jeszcze po butelkę ze smoczkiem, tak napraw­dę rządzi całym domem. Do wszyst­kich dorosłych, nawet do babki i pra­babki, zwraca się po imieniu. Kiedy zbyt długo rozmawiamy, wścieka się, bo zawsze musi być w centrum uwagi. – Cicho! Cicho! – krzyczy, czerwony ze złości, a gdy wciąż nie reagujemy, do­bija nas zdaniem wyjętym prosto z ba­jek: – Trzymać mi pyski zamknięte na klucz, ja tu rozkazuję.

 

Współpraca Alina Kietrys, Andrzej Arczewski

Wydanie: 5/2000

Kategorie: Społeczeństwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy