Mama Almanya

Mama Almanya

Dopiero za kilka lat dowiemy się, czy obraz solidarnych z uchodźcami Niemiec miał uzasadnienie

Wraz z falą imigrantów spłynęła ostatnio na Berlin fala sympatii. Kiedy do Unii Europejskiej wlewa się ludzka rzeka, cały świat wskazuje Niemcy jako zbawiciela Europy, który może nas uratować przed katastrofą humanitarną. Kraj ten jak dotąd wziął na siebie największy ciężar uporania się z tym kryzysem, rezygnując chwilowo z zapisów konwencji dublińskiej (umowy z 1997 r., dotyczącej rozpatrywania wniosków o azyl przez państwa członkowskie UE) i przyjmując wszystkich uciekinierów z Syrii, którym zajrzało w oczy widmo terroru i śmierci.

Wśród uchodźców z Syrii, Iraku, Erytrei i Afganistanu, docierających do Niemiec „kanałem bałkańskim”, znalazło się jednak także bardzo wielu imigrantów ekonomicznych, których życiu – zdaniem kanclerz Angeli Merkel – nic nie zagraża. Rząd federalny przygotował już projekt ustawy pozwalającej na ich szybsze wydalenie z Niemiec. Dokument leży na biurku Volkera Bouffiera, przewodniczącego Bundesratu, czekając jedynie na podpis wzdragających się Zielonych.

Imigracyjna beczka prochu

Niemiecka maszyna funkcjonuje doskonale, choć niektóre lokalne trybiki zaczynają już się zacierać. Stolica Bawarii pęka w szwach, rozpaczliwie prosząc o wsparcie i prowizorycznie rozmieszczając przybyszów w halach targowych i salach gimnastycznych. Od końca sierpnia do połowy września dotarło do Monachium przeszło 62 tys. uchodźców – tylko w jedną sobotę, 12 września, 7,2 tys. Dzień później, by odciążyć Bawarię, Niemcy przywróciły kontrole na granicy z Austrią i zawiesiły ruch kolejowy między Wiedniem a Monachium.

Rządzący w Berlinie naciskają na inne kraje UE (w tym Polskę), aby zgodziły się na kwotowy system podziału uchodźców i zreformowały swoją politykę azylową. Komunikat przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, że w najgorszym wypadku Bruksela „postawi na swoim”, przywołał obraz apodyktycznego niemieckiego urzędnika wywierającego nacisk na mniejsze państwa. Do niemieckiego chóru przyłączyła się równie przeciążona uchodźcami Austria, której władze przestrzegają zachodni świat przed „ksenofobią” państw wschodnioeuropejskich i „węgierskim holokaustem”. W ostatnim wydaniu „Spiegla” kanclerz Austrii Werner Faymann zastanawia się nad sankcjami wobec krajów UE, które sprzeciwiają się obowiązkowym kwotom imigrantów, i proponuje, aby opornym obniżyć unijne fundusze strukturalne.

Na własnym podwórku Merkel i Faymann niemal codziennie spotykają się z zarzutami o uległość. Nie chodzi tu jedynie o wrzaski brunatnego motłochu, skandującego przed płonącymi saksońskimi schroniskami dla uchodźców. W słuszność polityki imigracyjnej Angeli Merkel wątpi jej partyjny kolega Christian Wulff, były prezydent Niemiec. – Mamy tu do czynienia z kryzysem o wymiarze historycznym, będącym dla nas znacznie większym wyzwaniem niż przyjęcie wypędzonych po II wojnie światowej czy wschodnioniemieckich rodaków po zjednoczeniu państwa. Ci ludzie mają zupełnie inny bagaż kulturowy, całkiem odmienne doświadczenia religijne – utrzymuje Wulff.

Foto: antifarostock.com

Cały tekst dostępny w E-KIOSKEPRASA

Wydanie: 39/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy