Marian Stępień i cnota umiaru

Marian Stępień i cnota umiaru

Profesor Marian Stępień wydał w ciągu roku trzy książki, dwie o sobie, jedną o Miłoszu. Te dwie nie są dosłownie o sobie, ale dają dużo materiału komuś, kto chciałby wyrobić sobie zdanie na temat: kim jest Marian Stępień. Wiadomo, że literaturoznawcą, że karierę akademicką od asystenta do profesora zwyczajnego zrobił na Uniwersytecie Jagiellońskim, że wykładał lub gościł na uniwersytetach obu Ameryk, był działaczem społecznym, a wielu może jeszcze pamięta go jako krótko urzędującego sekretarza Komitetu Centralnego PZPR do spraw kultury. Dokładniej określę jego rolę społecznika: był i jest mistrzem myślenia lewicowej inteligencji krakowskiej skupionej w stowarzyszeniu „Kuźnica”, należał do tego stowarzyszenia w tym, co było w nim stałe i co zmienne.

Marian Stępień w moich, historyka idei, oczach reprezentuje typ polskiego inteligenta, takiego, jaki uformował się w XIX i pierwszej połowie XX w., to znaczy bardzo patriotycznego, bardzo humanistycznego w swojej formacji intelektualnej i bardzo socjalistycznego. To ostatnie u wielu uległo odwołaniu, ale nie u Stępnia. Tak mi się zdaje.

Ustrój socjalistyczny w Polsce (dziś zwany komunizmem) w ciągu 40 lat przeszedł głęboką przemianę, od rzeczywiście komunistycznych projektów do liberalnej socjaldemokracji, od powojennej tyranii posługującej się terrorem do luzu „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy” i do pojednania się partii rządzącej z Solidarnością, która z góry zapowiadała, że chce ją powiesić. Dorżnąć sierpem i dobić młotem. Można inaczej nazwać tę przemianę i być zgodnym z rzeczywistością: od państwa dyktatury proletariatu do dość liberalnego państwa opiekuńczego (opieka na poziomie czy się stoi, czy się leży, ale opieka).

Jaki czynnik najbardziej się przysłużył tej cicho przebiegającej przemianie? Można długo dyskutować, ja widzę ten czynnik w kulturze. Indoktrynacja marksistowska w Polsce się nie udała. Jej kapłani uznawali tylko jedną prawdę: marksizm jako podstawę ustroju. Zarazem jednak obok tych kapłanów działali intelektualiści, uczeni czy inteligenci świeccy, którzy tłumaczyli na polski i wydawali największe dzieła europejskiego humanizmu, i nie przestają się do dziś dziwić, jak strażnicy dogmatu mogli nie dostrzegać zagrożenia dla swoich przesadnie ambitnych i przesadnie dalekosiężnych planów stworzenia nowego człowieka w tym, że państwo wydawało największych myślicieli Zachodu w wielotysięcznych nakładach (od Platona i Seneki, przez Kartezjusza i Kanta, do Russella i Webera).

Krok po kroku zwyciężał zachodni humanizm i jeśli chcemy ściśle umiejscowić Mariana Stępnia w historii idei, to musimy umieścić go w tym ruchu. Humanistyczna kultura tworzyła atmosferę intelektualną Polski i łagodziła kanty, które miała władza, rozmiękczała narzędzia przymusu, a przy okazji też uprawnione i niezbędne narzędzia państwa i prawa.

Gdy już dokładnie spenetrował literaturę krajową, Marian Stępień zajął się piśmiennictwem emigracyjnym. Przyświecała mu nie tylko oczywista idea, że te literatury stanowią jedność, jako dzieła tego samego języka, w porównaniu z czym różnice polityczne mają małe lub pozorne znaczenie. Stępień wyznawał pewną ideę narodu, którą wyrażał w wielu miejscach, ale najciekawiej może w artykule zamieszczonym w „Zdaniu” w 1980 r.: naród powinien wcielać wartości, zdobycze kulturalne wyrastające z jego życia, nawet jeśli te treści zrodziły się z walk wewnętrznych. Wzorem – to mój przykład – rewolucyjna „Marsylianka”, która niedługo czekała, by stać się hymnem wszystkich Francuzów. Chcę takiej Polski – pisał Stępień – w której nie będzie sprzeczności między sztandarem biało-czerwonym i czerwonym, między „Jeszcze Polska nie zginęła” a „Międzynarodówką”. Powiedziałbym, że był i jest zwolennikiem Heglowskiej syntezy, co także mnie – przyznam – jest bliskie. Że w końcu zwyciężyła sekta nacjonalistyczna, która pracowicie, z zaciśniętymi zębami wykreśla z historii Polski połowę jej kultury (więcej niż połowę) i odbiera sens symbolom, które integrowały państwo w trudnych warunkach jego trwania, to już pech historyczny, niewielu przewidziało taki upadek.

Trzecia książka nosi tytuł „Czesława Miłosza odkrywanie Ameryki” i przedstawia bohatera z różnych stron – nie tylko jako poetę, ale także jako uczestnika walki idei. Stępień chce objaśnić jego stosunek do narodu, który jawił się kiedyś jednoznacznie i zrozumiale jako stanowisko wrogie endecji, a później „oddanie się na pożarcie” ruchowi narodowemu nieodbiegającemu wiele od owej obsesyjnie wyklinanej „endecji”. Kto potrafi pozostać wierny swojej prawdzie, gdy tłumy wielbią go za właściwości niemające wiele wspólnego z tą prawdą, a nawet zupełnie jej obce? A może to Nagroda Nobla znosi wszelkie problemy i nawet talent poetycki odsuwa na bok, o czym świadczyłaby wielka liczba osób przeważnie płci żeńskiej, które ku pokrzepieniu serc pisały i puszczały w drugi obieg „wiersze Miłosza” z rytmem i rymem jak Bóg przykazał?

Marian Stępień odbył długą podróż po Stanach Zjednoczonych śladami Miłosza. „Kto poetę chce zrozumieć, musi pojechać do jego kraju”, pisał Goethe, a dla Miłosza Ameryka była drugą ojczyzną. Stępień ma dla niego zaciekawienie literaturoznawcy, także wielki podziw i odrobinę podejrzliwości.

Gdyby Miłosz pisał o Stępniu, umieściłby go pod literą grecką w „Zniewolonym umyśle”. Na co Stępień mógłby tak odpowiedzieć: „O ile bardzo lubię i cenię Miłosza (…), o tyle jego działalność jako pisarza politycznego niezbyt mnie zajmuje. (…) Miłosz wstąpił do Ministerstwa Spraw Zagranicznych podobnie jak ja do PPR [partia rządząca do 1948 r., następnie PZPR], chcąc stworzyć sobie (…) dogodne miejsce życia i pracy. Miał do tego prawo”. Posadę pracownika ambasady polsko-ludowej w Waszyngtonie mogła mu zapewnić tylko ta sama władza polityczna, która zezwoliła na utworzenie czasopism propartyjnych, w których Miłosz ogłaszał swoje artykuły. „Uważam, że człowiek, a w tym i pisarz, który nie jest ani bohaterem narodowym, ani inżynierem dusz ludzkich, ma prawo chronić się, jak każdy, przed niedogodnościami losu. Z pewnością placówka w Ameryce (…) dawała taką ochronę. Ale wtedy mówienie o innych jako »bandzie cynicznych intelektualistów« wydaje mi się przesadą. (…) Może więc do liter greckiego alfabetu w »Zniewolonym umyśle« trzeba byłoby dodać jeszcze jedną, oznaczającą siebie”. Posłużyłem się słowami Pawła Hertza, pisarza i myśliciela, u którego najłatwiej znaleźć mi cytat, jakiego potrzebuję. Marian Stępień może odpowiedziałby zupełnie inaczej, a może tak samo.

PS Może się nieprędko powtórzyć okazja do zacytowania następującego fragmentu z listu Czesława Miłosza do Pawła Hertza (rok 1947). „Moją ambicją od dawna była pewna międzynarodowość umysłu, która zresztą chroniła mnie w czasie wojny. Co pocznie jednak to nieszczęsne młode pokolenie wychowane w tradycji AK plus ta nowa porcja narodowego bełkotu? Uczyłbym ich o zwierzętach, kwiatach, o gospodarce światowej, o Grecji, o Rzymie, o astronomii, o Tintoretcie, o tysiącu rzeczy, tylko nie o Polsce jako pępku świata, bo z tego tylko uraz, męka i krew” (według „Zeszytów Literackich”). Program dla szkoły bardziej aktualny niż kiedykolwiek i nie tylko dla szkoły.

Wydanie: 14/2018

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy