Białe plamy

Białe plamy

Historię „Solidarności” pokrywa wiele białych plam. Historycy, gdy przestaną się bać, będą mogli wykryć ciekawe treści pod tymi plamami. Na razie śmiałków nie ma, zresztą nie wystarczą historycy, potrzebni byliby jeszcze odważni wydawcy. Te plamy szczególnie świeciły swoją białością podczas szumnych i kosztownych uroczystości rocznicowych. Było to święto zwycięzców. Czy jednak pierwsza „Solidarność”, której dwudziestopięciolecie świętowano, odniosła jakieś zwycięstwo? „Solidarność” przegrała sromotnie w grudniu 1981 r. i jej pyszałkowaci przywódcy, niezwracający uwagi na przestrogi i ostrzeżenia, czy to krajowe, czy amerykańskie, skompromitowali się mocno. Sierpniowa „Solidarność” stopniowo przekształcała się w coraz mocniej samoograniczające się powstanie i jak wszystkie powstania została zgnieciona, tym razem przez samoograniczającą się władzę. Niezbity fakt, że sierpniowa „Solidarność” poniosła klęskę, jest skrzętnie zamiatany pod białą plamę i nie wyprowadza się stąd żadnych wniosków. Obalenie komunizmu w Polsce nastąpiło przy Okrągłym Stole w 1989 r., ale raczej Polacy nie byliby sobą, gdyby do świętowania nie wybrali klęski lub tego, co do niej prowadziło, zamiast realnego zwycięstwa.
Klęska pierwszej „Solidarności” nie była oczywiście unicestwieniem całej opozycji, władza do tego nie dążyła.
Rząd gen. Jaruzelskiego najwyraźniej wahał się, co robić. Profesorów Reykowskiego, Baszkiewicza i innych doradców pytano, czy „Solidarność” zdelegalizować. Oni odpowiedzieli, że nie delegalizować. Formalnie delegalizacja nastąpiła, ale było to jak gdyby notarialne poświadczenie tego, co zaszło w grudniu 1981 r. Powstała druga „Solidarność”, już nie anarchiczna jak tamta, sierpniowa; organizacja łącząca spontaniczność z dyscypliną, słuchająca swoich przywódców i zdolna do prowadzenia polityki. Gdyby w Polsce w tym czasie istniał energiczny, przedsiębiorczy rząd, ta druga „Solidarność” zeszłaby na zupełny margines, szczęściem jednak dla niej takiego rządu nie było. Wszyscy jakoś zdawali sobie sprawę, że socjalizm się kończy, że czekamy na moment, gdy w Moskwie „coś się zacznie” i dopóki tam się nie zaczęło, w Polsce też nic się nie działo.
Co było głównym narzędziem walki drugiej „Solidarności”? Nie idee, te były banalne. Nie poglądy i programy społeczne – PZPR głosiła takie same co do istoty. Lech Mażewski trafnie widzi to narzędzie w tym, co on nazywa „prawem weta” klasy robotniczej. PZPR z dyktatury proletariatu zjechała na przyznanie wielkoprzemysłowej klasie robotniczej prawa weta w odniesieniu do najważniejszych w danym czasie kwestii gospodarczych, na swoją zgubę, i na szkodę gospodarki narodowej. Opozycja obróciła robotnicze weto na straszne narzędzie destrukcyjnej „polityki” monetarnej. Wymuszanie emisji pieniędzy bez pokrycia było niczym innym jak fałszowaniem pieniędzy. Skuteczność tego wymuszania była tym większa, że zbiegało się ono z wrodzoną skłonnością gospodarki socjalistycznej do inflacji. Ogołocenie półek sklepowych było wspólnym czynem PZPR i „Solidarności” lat 80. i jak żaden inny fakt przyczyniało się do delegitymizacji socjalizmu w oczach społeczeństwa.
(Pozwolę sobie na drobną dygresję historyczną. Jeden z radykalnych strategów powstania listopadowego doradzał zastosowanie dywersji monetarnej w Rosji. Moskwa – pisał – ma tylko „bomażki”, trzeba odjąć walor tym papierom. Nie wiem, jak to sobie wyobrażał technicznie, ale gdyby zamysł został zrealizowany, Rosja poniosłaby straty nieporównanie większe niż te, jakie Polacy mogli zadać im w bitwach.)
„Solidarność” zwyciężyła, ale było to zwycięstwo trochę tajemnicze: jak nie stosując przemocy i nie oddając ani jednego strzału, można zwyciężyć okrutny system totalitarny, nieliczący się z prawami człowieka i niecofający się przed żadną zbrodnia? Biała plama. „Solidarność” pokonała przeciwnika sposobem chińskiego koguta, który drugiego koguta powala samym wzrokiem. Głosi ona o sobie, że była ruchem jednocześnie heroicznym i pokojowym, niestosującym przemocy. Jedno z drugim w słowach można połączyć bardzo harmonijnie. Heroiczna była w takim znaczeniu, że utożsamiała się w wyobraźni z Legionami Piłsudskiego, Armią Krajową, cichociemnymi i powstańcami warszawskimi. Zaletą takiego heroizmu jest, że nikt nie ginie i nie odnosi ran, w każdym razie nie więcej niż po meczu piłki nożnej. Przemocy nie stosowała, ponieważ przewaga sił przeciwnika była tak olbrzymia, że żadnej przemocy w stosunku do niego nie można było zastosować. Po Okrągłym Stole siły się wyrównały, ale heroiczni ludzie i w takich warunkach dwa razy się zastanowią, zanim pierwsi zastosują przemoc. Cały czas jednak ludzie „Solidarności” składali samokrytykę z powodu niestosowania przemocy fizycznej, bo przemoc polityczną stosowali od momentu przejęcia władzy. Dopiero teraz, gdy przeciwnik upadł bezsilny i ogłupiały, partie solidarnościowe otwarcie, a nawet triumfalnie zaczynają stosować przemoc za pomocą państwowych środków represyjnych i obiecują, że po wyborach przestąpią do tego na masową skalę, w co trzeba wierzyć, bo jest to najważniejszy i jedyny wykonalny punkt ich programów wyborczych. Jak to będzie przebiegało, pokazuje komisja orlenowska i Instytut Pamięci Narodowej, oryginalna policja polityczna obozu solidarnościowego.
Archaiczne, z pradziejów się wywodzące, poczucie, że wielka, ogólnoplemienna uroczystość wymaga dopełnienia w postaci ofiar z ludzi, daje się zauważyć także w naszych czasach i w naszej Polsce. Podniosłe uroczystości pogrzebowe po śmierci papieża w Polsce przeżywane jako święto plemienne, mocą podświadomie naśladowanego pradziejowego rytuału uwieńczono symbolicznym uśmierceniem duchownych, którzy „donosili na Jana Pawła II”. Wielkie uroczystości dwudziestopięciolecia „Solidarności” też byłyby niedopełnione bez ofiary. I znowu IPN wyznaczył ofiarę – ma nią być generał Wojciech Jaruzelski, właśnie oskarżony o „zbrodnię komunistyczną”. Wszystko to się odbywa zarazem heroicznie i bez stosowania przemocy.

Wydanie: 37/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy