Marszałek

W piątą rocznicę śmierci Aleksandra Małachowskiego

Sumienie lewicy – tak o nim mówiono na długo przed jego śmiercią. Dziś jest ikoną lewicy, symbolem, do którego zawsze można się odwołać. Aleksander Małachowski. 26 stycznia mija piąta rocznica jego śmierci. Brakuje go „Przeglądowi”, w którym przez lata pisał felietony. Brakuje lewicy, szczególnie teraz, gdy trawią ją wewnętrzne spory i ideowe rozchwianie. Brakuje go Polsce, bo takich ludzi ma ona niewielu.
Życiowa droga tego potomka rodu, który tak pięknie wpisał się w dzieło Konstytucji 3 maja, nie była usłana różami. Aresztowany i więziony przez NKWD, zesłany na Syberię do wyrębu lasu, po wojnie wrócił do Polski. Przez całe życie nie był zwolennikiem stalinowskiego, a potem radzieckiego modelu państwa. Był on mu obcy. Ale nie była mu obca Polska. I dla niej chciał pracować i to ją od początków swojej dziennikarskiej drogi przebywał wzdłuż i wszerz.
Kiedy zrodziła się „Solidarność”, od razu stanął w jej szeregach, znalazł się w jej władzach krajowych. Po uwolnieniu z internowania w stanie wojennym, związał się z podziemnymi wydawnictwami, by znów przemówić do szerokiej publiczności, kiedy tylko stało się to możliwe.
Prowadzony przez niego wraz z Haliną Miroszową na przełomie lat 80. i 90. program „Telewizja nocą” w TVP mimo późnej pory nadawania przykuwał uwagę wielu milionów widzów. Siła przekazu tego programu była ogromna. To niesamowite zatroskanie przyszłego marszałka Sejmu ludzkim losem, pochylanie się nad każdym Polakiem budziło ogromny szacunek. Aleksander Małachowski autorów listów nie wyszydzał ani nie ośmieszał, rozumiał, że za tymi listami kryją się ludzkie dramaty, bieda, poczucie samotności i nierzadko bezradności. Niósł otuchę, nadzieję i przekonanie, że ich problemy można rozwiązać, że nie należy się poddawać, nawet w ciężkiej chorobie. To, co robił w telewizji, było czymś więcej niż tylko dziennikarstwem z najwyższej półki – to było posłannictwo.
Dla każdego, kto go czytał i słuchał, nie było zaskoczeniem, że po rozpadzie parlamentarnego obozu „Solidarności” znalazł się po lewej stronie. Była to konsekwencja jego drogi życiowej, przekonań i doświadczeń, a przede wszystkim rezultat ogromnej znajomości ludzi. Nie wynikała ona z lektur socjologów (choć też ich czytał), ale z bezpośrednich rozmów z Polakami. Miał niezwykle rzadki dar nawiązywania kontaktów, rozmówcy czuli, że ten wielki człowiek umie słuchać i nie patrzy na nich jak na maluczkich, których można lekceważyć czy trzeba pouczać.
Tę swoją dewizę życiową realizował w życiu politycznym. Jako jeden ze współtwórców, a potem przewodniczący Unii Pracy, łączył w niej ludzi o różnych życiorysach, dla których pojęcie sprawiedliwości społecznej nie było wyborczym frazesem. Kierowanie Polskim Czerwonym Krzyżem także było konsekwencją jego życiowej postawy i wyznawanych poglądów.
W parlamencie, a przede wszystkim w swojej publicystyce nie szczędził ostrych słów prawicy spod znaku Kaczyńskich. Nieraz mówił, że Kaczyńscy z dodatkiem Giertycha to odmiana faszyzmu, że oni przy pomocy Lepperowych populistów oddalają Polskę od zasad demokratycznego państwa, grają na niskich pobudkach. Ostrzegał przed rządami prawicy na długo, zanim bracia Kaczyńscy objęli stery władzy w państwie. Im bardziej odsłaniał ich prawdziwe oblicze, tym brutalniej go atakowano. Bolała ich prawda, imali się różnych sposobów, by pomniejszyć jego rolę. Ale wiedzieli, że są bezsilni. Ogromny autorytet marszałka był nie do podważenia. Tym bardziej że nie mogli zarzucić mu kolesiostwa, udziału w jakichś przekrętach… Ta niezwykła bezinteresowność, czystość intencji działania wzmacniała pozycję Aleksandra Małachowskiego. Dlatego też nie brakowało takich, którzy widzieli w nim prezydenta Rzeczypospolitej. On jednak odmawiał, popierając Aleksandra Kwaśniewskiego.
Marszałek Małachowski był twórcą hasła stworzenia polskiego Drzewa Oliwnego, sojuszu ugrupowań lewicowo-demokratycznych, sojuszu ludzi wrażliwych na potrzeby i problemy rodaków. Jego testament polityczny jest ciągle aktualny. Można nawet zadać pytanie, czy ci, którzy tak chętnie się powołują na słowa Aleksandra Małachowskiego, dobrze go odczytują.

Zapiski polityczne w „Przeglądzie”

Kaczorowi, Lepperowi i Rydzykowi ludzie wiedzą, że źle się dzieje w ojczyźnie Polaków, ale jak zrobić, by nastały lepsze czasy, nie mówią konkretnie, bo tego nie wiedzą. Od surowych kar przybędzie najwyżej więźniów w przyciasnych kryminałach, no i kilka szubienic (…), przez co Kaczorowa koncepcja jest chwytliwa.
15.04.2002

Z dużym zgorszeniem patrzyłem na kolejne wybryki młodych republikanów, którzy w dniu rocznicy stanu wojennego pajacowali przed willą Prezydenta Jaruzelskiego na Mokotowie. Głuptaki, nie zdają sobie sprawy z oczywistego dla wielu ludzi w Polsce faktu, iż sporo z tych pajaców nigdy by zapewne się nie urodziło, gdyby nie stan, który uratował życie ich rodziców.
14.12.2003

Całe moje długie życie upłynęło w zatroskaniu o dobro kraju, toteż patrzę z niepokojem na popularność neototalitarnych koncepcji sprawowania władzy, których to zwierzeń przywódcy polityczni partii o takim programie wcale nie ukrywają. (…) Forpoczty tej neototalitarnej siły już zdobyły władzę w kilku miastach, co jest szczególnie widoczne w Łodzi i w Warszawie.
15.10.2003

Odpowiedzialne stanowiska w samorządowej administracji publicznej są powierzane zupełnie przypadkowym ludziom, których jedynymi kwalifikacjami do sprawowania lokalnej władzy są powiązania towarzyskie i partyjne. Takimi ludźmi Lech Kaczyński obdarza stolicę.
23.03.2003

Zgoda na wcześniejsze wybory otwiera przed Polską perspektywę wszechwładzy różnych odmian oszołomstwa i chciwości na pieniądze publiczne. Próbki tego można było doświadczać, gdy na szczyty władzy wdarła się krzaklewszczyzna.
10.04.2003

Wydanie: 4/2009

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy