Media do wynajęcia – rozmowa z prof. Januszem W. Adamowskim

Media do wynajęcia – rozmowa z prof. Januszem W. Adamowskim

Poczet dziennikarzy polskich: najmimordy, media killerzy, spryciarze, charty… Prof. Janusz W. Adamowski – medioznawca, profesor nauk humanistycznych, od 2008 r. dziekan Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in. prac „Rosyjskie media i dziennikarstwo czasów przełomu (1985-1997)”; „Narodziny czwartej władzy. Geneza i rozwój brytyjskiego systemu medialnego”; „Czwarty stan. Media masowe w pejzażu społecznym Wielkiej Brytanii”. Czy w polskich mediach jest tak, że kto ma pieniądze, ten ma władzę? Tak się porobiło? – W pewnym sensie chyba tak. Nawiasem mówiąc, zawsze uważałem, że gdy mówimy „czwarta władza”, powinniśmy myśleć o właścicielach mediów. Nie o dziennikarzach? – Nie! Bardzo często, jakkolwiek brutalnie by to zabrzmiało, jesteście państwo długopisami, klawiaturami do wynajęcia. Mało który dziennikarz ma na tyle znaczącą pozycję, żeby mógł się postawić. Proszę popatrzeć na historię – panią Olejnik i pana Lisa też można wyrzucić z firmy. Jednym ruchem, o tak! Ta sytuacja dotyczy także mediów publicznych? – Chyba też… Może to znów zabrzmi brutalnie, ale w mediach publicznych również ważne są pieniądze. Widać to wyraźnie w telewizji. Kiedy pojawiają się minusy, zaczyna się konkurowanie, zupełnie niepotrzebne, z mediami komercyjnymi. O reklamy, o pieniądze. Przepraszam bardzo, ale gdzie tu jest instytucja publiczna? Ścigają się w tandeciarstwie Bo to konkurowanie z mediami komercyjnymi jest ściganiem się na tandetę. – To jest ewidentne konkurowanie o coraz bardziej, niestety, ogłupionego widza. Przecież wszyscy wiemy, że, po pierwsze, widz wymagający też istnieje. A po drugie, widza można wychować. – Można! Dlatego uważam za trochę bałamutną teorię, że ludzie chcą telewizji rozrywkowej, tabloidowej. Bo gdybyśmy podjęli starania, żeby widza wychować, to pewnie by się udało. Nie w przypadku wszystkich, ale znaczącą część tak. Nikt się nie stara. – Postępuje tabloidyzacja. Widać coraz więcej takiego żałosnego kokietowania tandetną sensacją, zwłaszcza obyczajową. Proszę popatrzeć, kto dzisiaj jest na ekranie telewizyjnym – osoby właściwie mało znaczące, jeśli chodzi o życie publiczne, nie chcę wymieniać nazwisk, ale jakieś trzeciorzędne aktorki, piątego sortu panowie… Młode zabójczynie… – To epatowanie sensacją w najgorszym stylu. Co więcej, widać wyraźnie, że tabloidyzacja dotyka świata polityki. Kiedyś polityk był poważnym facetem, nie szokował świńskim łbem albo czymś tego rodzaju. Przecież widzimy, że polityk niepoważny długo nie pociągnie, może raz uda mu się wskoczyć do Sejmu, ale potem się topi. – Ostatnie dni wyraźnie to pokazały – polityk, który sięga po tego typu metody, właściwie znika z systemu politycznego, walczy o przetrwanie. Tylko obawiam się, że inni wciąż będą mieli złudzenie, że epatowanie sensacyjnością pomaga w karierze. Proszę bardzo, jest już następny polityk, który epatuje agresywnością, brutalnym językiem i który jest na fali wznoszącej. Czytuję czasami jego felietony w „Angorze”, ich zasada jest prosta: epatować, skandalizować, poruszać. Bo nieważne, czy mówią dobrze czy źle, byleby mówili. Ale czy w ten sposób można coś zbudować? – Czegoś porządnego nie można. Ale nasz świat polityki, zwłaszcza ekstrema, żyje chwilą obecną. Ludzie do specjalnych poruczeń… Denerwuje pana zaangażowanie polityczne mediów? Otwierając gazetę czy wybierając program w TV, po pięciu minutach będzie pan wiedział, co pan wybrał. Nie szukając nagłówka. Przeszkadza to panu? – Generalnie polityzacja mediów i mediatyzacja polityki to zjawiska normalne, wszędzie na świecie media w jakiś sposób są uwikłane w politykę, zawsze tak było. Szczerze mówiąc, mnie to nie przeszkadza, byleby nie było zbyt głębokie ani zbyt tandetne. U zarania mediów mieliśmy bardzo wyraźny podział – na journal d’information, pismo zawierające informacje, i journal d’opinion, czyli gazetę opinii. Ten podział był wyraźny, dzienniki miały za zadanie informować, a tygodniki, miesięczniki – poszerzać, tłumaczyć. Dzisiaj to się zatarło. – I takich naprawdę poważnych, opiniotwórczych mediów jest coraz mniej. Zresztą widać, jak dramatycznie spadają nakłady tygodników opinii. Oczywiście można powiedzieć, że następuje migracja do internetowych wersji tych tygodników, ale ona nie kompensuje spadku sprzedaży. Czyli mamy pauperyzację zawodu dziennikarskiego. – Zdecydowanie. I to postępującą. Jakie będą tego skutki? – Najprościej byłoby powiedzieć, że złe. Kiedyś ten zawód był niesłychanie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2014, 47/2014

Kategorie: Media