Meksykańska rzeźnia w Genui

Meksykańska rzeźnia w Genui

Tak rozprawiono się z antyglobalizmem


Korespondencja z Włoch


Dlaczego 20 lat po wydarzeniach na szczycie G8 w Genui należy o nich przypomnieć? Z dwóch powodów. Po pierwsze, było to najpoważniejsze zawieszenie demokracji w kraju zachodnioeuropejskim od czasów II wojny światowej. Po drugie, w Genui umarła – lub raczej została zabita – inna polityka, tworzona oddolnie przez ruchy społeczne, stowarzyszenia, związki, kolektywy, grupy, czyli przez ludzi, którzy wierzyli, że „inny świat jest możliwy”. Dziś, po tych 20 latach, nawet tacy ekonomiści jak Carlo Cottarelli, były dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przyznają, że „antyglobaliści widzieli znacznie dalej, podczas gdy ci, którzy kierowali wówczas ekonomią i finansami, byli tylko częściowo świadomi rozmiarów zachodzących zmian”.

Co się wydarzyło 20 lat temu?

87 spalonych samochodów, 41 zdewastowanych sklepów, 34 banki, 16 stacji benzynowych. Kostka brukowa wyrwana doszczętnie, podpalone śmietniki, inne zniszczone auta. Przynajmniej 100 mld lirów strat materialnych. Jedna ofiara śmiertelna… To bilans trzydniowej wojny miejskiej podczas spotkania G8, które odbywało się w Genui od 19 do 21 lipca 2001 r.

Tamten szczyt ośmiu najbardziej uprzemysłowionych krajów świata był międzynarodowym debiutem Silvia Berlusconiego, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej został premierem Włoch po raz drugi. Do słonecznej Italii przybyli wtedy: George W. Bush – świeżo upieczony prezydent Stanów Zjednoczonych, Władimir Putin – równie świeży prezydent Rosji, Jun’ichirō Koizumi – debiutujący premier Japonii, oraz prezydent Francji Jacques Chirac, premier Kanady Jean Chrétien, kanclerz Republiki Federalnej Niemiec Gerhard Schröder i premier Wielkiej Brytanii Tony Blair. Nadmorskie miasto zostało zmilitaryzowane, a jego serce przemieniono w niedostępną twierdzę, nazwaną czerwoną strefą. Mogli w niej przebywać tylko wybrani: delegacje rządowe i akredytowani dziennikarze. Gospodarz Berlusconi zadbał o każdy szczegół. Na cytrynowych drzewkach zdobiących dziedziniec genueńskiego Pałacu Dożów dowiązano na żyłkach dodatkowe cytryny, czerwoną strefę ogrodzono zaś metalową kratą, aby zabezpieczyć ją przed kontestatorami neoliberalnej globalizacji.

Według organizatorów Genoa Social Forum, kierowanego przez Vittoria Agnoletta, do miasta przybyło wtedy prawie 200 tys. osób z całego świata: stowarzyszenia, ruchy społeczne, związki zawodowe, organizacje pozarządowe, organizacje katolickie, lewicowcy, antyglobaliści, alterglobaliści, pacyfiści, anarchiści, autonomiści, transnacjonaliści, antyimperialiści, trzecioświatowcy, feministki, ekolodzy i zaangażowani księża, tacy jak Luigi Ciotti, oraz anarchiści z czarnego bloku (black bloc). Cała galaktyka różnorodna ideowo i niejednolita organizacyjnie, która powstała po manifestacjach w Seattle w 1999 r. przeciwko Światowej Organizacji Handlu i zaczęła cementować się na Światowym Forum Społecznym w Porto Alegre w Brazylii, gdzie między 25 a 30 stycznia 2001 r. odbył się pierwszy szczyt w opozycji do Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w Szwajcarii. Również antyglobaliści przywieźli do Genui w plecakach cytryny, traktowane jako antidotum na gaz łzawiący. Nieśli banery: „Inny świat jest możliwy” oraz „Wy G8, My 6 miliardów ludzi”.

Do pierwszych poważnych zajść doszło w piątek 20 lipca. Licząca ok. 400 osób grupa ekstremistów ubranych na czarno, w kominiarkach, maskach przeciwgazowych czy hełmach, z pałkami, zaatakowała kordon utworzony przez karabinierów w pobliżu stacji Brignole, rzucając koktajle Mołotowa oraz kamienie i szybko uciekając. Policja odpowiedziała gazem i pałowaniem tłumu pokojowych demonstrantów. Przez wiele godzin grupy anarchistów stosujące technikę czarnego bloku poruszały się bezkarnie między czerwoną strefą a peryferiami Genui, mieszając się z tłumem pokojowych manifestantów, prowokując policję i dewastując doszczętnie miasto. Tuż przed godz. 16 doszło do ataku karabinierów w rynsztunku bojowym na pacyfistyczny, legalny marsz Białych Kombinezonów na ulicy Tolemaide. Karabinierzy zaatakowali gazem łzawiącym i bezlitośnie bili bezbronnych manifestantów oraz dziennikarzy i fotoreporterów. Jak wynika z późniejszych ustaleń włoskich mediów, korpus policyjno-wojskowy liczący niemal 300 ludzi, wspierany przez pojazdy opancerzone i furgonetki, najprawdopodobniej pomylił drogę i zamiast zaatakować czarny blok, całą agresję wyładował na pacyfistach w białych kombinezonach, których część, zamknięta w kotle, zaczęła się bronić.

Śmierć Carla Giulianiego

W tych okolicznościach na pobliskim placu Gaetana Alimondy około godz. 17.20 zginął 23-letni Carlo Giuliani. Po szarży na legalną demonstrację część karabinierów zaczęła się wycofywać, ubezpieczana z tyłu przez dwa samochody. Jedna z furgonetek z trzema karabinierami (kierowca Filippo Cavataio, Mario Placanica i Dario Raffone) zaklinowała się koło śmietnika. Wtedy zaatakowali ją manifestanci, rzucając kamieniami i gaśnicą. Młody karabinier Mario Placanica wyciągnął pistolet i strzelił. Pocisk trafił Giulianiego w policzek. Chłopak zginął na miejscu. Wycofujący się pojazd policyjny przejechał po leżącym ciele dwa razy. Tożsamość ofiary ujawniono dopiero późnym wieczorem, gdy świat obiegły już zdjęcia zrobione przez jednego z fotoreporterów Agencji Reutera.

Również kolejnego dnia, w sobotę 21 lipca, miały miejsce zamieszki. Grupy black blocu i chuligani niszczący symbole kapitalistycznego, zglobalizowanego systemu znowu mieszali się z pokojowymi demonstrantami, działając na ich szkodę. Policja pozwalała im dewastować miasto bezkarnie przez kilka godzin, po południu natomiast znowu zaatakowała pokojową manifestację, gazując i pałując ludzi, którzy szli z podniesionymi rękami. Nie szczędziła też ciosów przedstawicielom prasy z identyfikatorami, członkom służby medycznej, a nawet lewicowym parlamentarzystom. Pochód, w którym według organizatorów szło ponad 200 tys. osób, został rozbity na dwie części i próbował się rozproszyć. Sytuacja stała się bardzo niebezpieczna, gdyż nie było odwrotu. Mogło dojść do masakry. Policja ścigała bezbronnych manifestantów w bocznych ulicach, bijąc brutalnie również starszych i rannych. Kilkaset osób odniosło rany. Kilkadziesiąt aresztowano – jak później się okazało, także bezpodstawnie i bezprawnie.

W rękach karabinierów

Wieczorem 21 lipca, między godz. 22 a północą, do zespołu szkół Diaz, które były centrum koordynacyjnym Genoa Social Forum oraz siedzibą niezależnych mediów Indimedia i gdzie nocowali aktywiści z różnych krajów mający opuścić Genuę następnego dnia, wtargnęły oddziały bojowe policji, wspierane przez bataliony karabinierów. Mundurowi i agenci w cywilu na oślep bili i pałowali ludzi śpiących w śpiworach. Zniszczyli cały sprzęt komputerowy i fotograficzny, zarekwirowali dyski z materiałami GSF. Doszło do prawdziwej jatki. Policja wkroczyła do szkoły, twierdząc, że właśnie tu podjechała ciężarówka, z której podczas manifestacji wyciągnięto broń użytą przez black bloc: metalowe pręty, kije, koktajle Mołotowa, i że właśnie stąd rzucano kamieniami w patrol, który przed wieczorem przejeżdżał pod budynkiem. Bezpośrednim powodem rozpoczęcia akcji miało być zaatakowanie nożem przez jednego z aktywistów policjanta mającego rozpocząć przeszukanie.

Aresztowano 93 osoby, a 61 rannych trafiło do szpitala, z czego trzech w stanie ciężkim i jeden w śpiączce. Pierwszą osobą, która została pobita i odniosła najcięższe obrażenia, był angielski dziennikarz Mark Covell – policja dorwała go jeszcze przed bramą Diaz.

Policjanci wynieśli dowody przestępstwa antyglobalistów, świadczące o tym, że w Diaz czarny blok miał kwaterę główną: dwie butelki koktajlu Mołotowa, nóż, kilka kijów, kominiarki, chustki. Pokazano je nazajutrz na konferencji prasowej, na której oświadczenie złożył również jeden z funkcjonariuszy, Massimo Nucera, pokazując dziurę w mundurze i kamizelce ochronnej po domniemanym ataku nożem.

Zatrzymanych przewieziono do tymczasowego aresztu Bolzaneto. Odebrano im dokumenty i portfele, zdjęto odciski palców, a następnie przesłuchiwano, używając metod uwłaczających godności ludzkiej i kwalifikujących się jako tortura. Bito pałkami i rękawicami, tak aby nie pozostawiać śladów do obdukcji, ubliżano, pluto w twarz, zmuszano do stania godzinami pod ścianą z rękami podniesionymi do góry. Nie pozwalano wyjść do ubikacji, grożono gwałtem, gaszono papierosy na rękach, zastraszano, przymuszono poza tym do podpisania zeznań w języku włoskim oraz oświadczeń, że rezygnują z kontaktu z placówkami dyplomatycznymi własnych krajów. Przeciwko zatrzymanym wniesiono oskarżenia o dewastacje, akty wandalizmu, atak na policjantów, stawianie oporu podczas aresztowania. Z Bolzaneto przewieziono ich później do regularnych więzień. Ten sam los spotkał ludzi zatrzymanych podczas manifestacji. Po kilku dniach, kiedy zaczęły się pojawiać filmy i zdjęcia, a cała prasa zagraniczna pisała o tym, co stało się na G8, a później w Diaz i Bolzaneto, sprawę zaczęto wyjaśniać.

20 lat później

Co wiemy dziś o tym, co naprawdę się wydarzyło? Wciąż nie wszystko. Jak zakończyły się dochodzenia i procesy? Dość zaskakująco.

Decyzja o przeprowadzeniu akcji w szkole Diaz zapadła na dwóch spotkaniach w genueńskim komisariacie. W pierwszym wzięli udział: zastępca szefa policji Ansoino Andreassi, prefekt Arnaldo La Barbera, komisarz policji Genui Francesco Colucci, szef Centralnej Służby Operacyjnej Policji Francesco Gratteri, dyrektor DIGOS (Wydziału Dochodzeń Ogólnych i Operacji Specjalnych) w Genui Spartaco Mortola, szef genueńskiego oddziału policji prewencyjnej Nando Dominici, dyrektor UCIGOS (Centralnego Biura Dochodzeń Ogólnych i Operacji Specjalnych) Giovanni Luperi, kierownik DIGOS z Bolonii Lorenzo Murgolo, a w następnym zastępca komisarza Genui Massimiliano Di Bernardini i zastępca szefa centralnych służb operacyjnych Gilberto Caldarozzi, który zgłosił rzekomy atak na patrol pod szkołą Diaz, stanowiący pretekst interwencji. Sprzeciw wobec akcji wyrazili jedynie szef policji Andreassi i dyrektor DIGOS Mortola, który jednak miał niewiele do powiedzenia. O operacji poinformowany został telefonicznie ówczesny komendant policji Gianni De Gennaro.

Wiadomo, że policja wniosła do Diaz i ukryła dwa koktajle Mołotowa, znalezione wcześniej na ulicach Genui. To one miały być niezbitym dowodem, że w budynku nocowali członkowie czarnego bloku. Podrzucono też pręty i kije, znalezione na pobliskiej budowie. Plastikową torebkę z butelkami benzyny wysocy rangą oficerowie oraz ich szefowie przekazywali sobie z rąk do rąk, co nagrano na amatorskim filmie nakręconym z budynku naprzeciw szkoły; film stał się później dowodem w procesie. Funkcjonariusz Massimo Nucera, który złożył oświadczenie na konferencji prasowej, a później fałszywe zeznania, że został pchnięty nożem, tak naprawdę zrobił to sam. Brutalne pobicie dziennikarza Marka Covella już przed szkołą Diaz świadczyło o tym, że policjanci z VII rzymskiego eksperymentalnego batalionu policji prewencyjnej oraz inni agenci wtargnęli do środka z zamiarem agresji, w poczuciu całkowitej bezkarności i przyzwolenia najwyższych szczebli.

Proces w sprawie wydarzeń ze szkoły Diaz zakończył się dopiero w 2012 r. W pierwszej instancji w 2008 r. najwyższe władze policji zostały uniewinnione. Dopiero dwa lata później w procesie drugiego stopnia skazano 25 z 27 oskarżonych, w tym dowódców policji odpowiedzialnych za akcję, m.in. Francesca Gratteriego, Giovanniego Luperiego, Gilberta Caldarozziego oraz Vincenza Canteriniego – szefa rzymskiego oddziału policji prewencyjnej, i Michelangela Fourniera – dowódcę VII eksperymentalnego batalionu, utworzonego specjalnie do działań na G8. Fournier podczas procesu zeznał, że to, co działo się w Diaz, było „meksykańską rzeźnią”. Oskarżonych skazano na kary nieprzekraczające pięciu lat pozbawienia wolności. Niektóre z zarzucanych im przestępstw w trakcie długiego procesu przedawniły się. Dodatkowo ustawa wprowadzona w 2006 r. gwarantowała wszystkim skazanym funkcjonariuszom obniżenie wyroku o trzy lata. W międzyczasie wielu dowódców, którzy podjęli decyzję o akcji w Diaz, zrobiło karierę. W 2020 r. włoskie media i opinię publiczną zbulwersował fakt, że funkcjonariusze Pietro Troiani i Salvatore Gava, którzy wnieśli do Diaz dwa koktajle Mołotowa, a później złożyli fałszywe zeznania, doczekali się awansu za całokształt pracy i wzorowe postępowanie.

Żaden z funkcjonariuszy biorących bezpośredni udział w „meksykańskiej rzeźni” nie został zidentyfikowany i ukarany. Zarówno 60 skarg złożonych przez ofiary zmasakrowane w Diaz, jak i 200 skarg wniesionych przez manifestantów pobitych na ulicach Genui zostało oddalonych z powodu niemożności zidentyfikowania odpowiedzialnych za te czyny ze względu na jednolite hełmy i czerwone chusty, którymi prawie wszyscy zakrywali twarz, oraz brak identyfikatorów.

Tortur nie było w kodeksie

Dziś wiemy, że areszt przejściowy w Bolzaneto został uruchomiony już 17 lipca 2001 r., z przeznaczeniem, aby wyłapać i zamknąć w nim członków czarnego bloku. Nie udało się to. Zeznając przed sądem w 2007 r., zastępca szefa genueńskiej policji Ansoino Andreassi powiedział, że już od spotkania na komisariacie było jasne, że operacja w Diaz powinna mieć na celu nie tylko przeszukanie, ale i masowe aresztowania: „Istnieje niepisana zasada, zgodnie z którą, jeśli dochodzi do przemocy lub nieporządku, którym nie można było zapobiec, muszą one zostać zrekompensowane pewną liczbą aresztowań”. Również szef rzymskiego oddziału policji prewencyjnej Vincenzo Canterini był zdania, że do masakry w Diaz dopuszczono, aby odkupić złe wrażenie, jakie policja zrobiła podczas dwóch dni manifestacji w Genui. Do Diaz wpuszczono funkcjonariuszy ze wszystkich oddziałów, którzy zirytowani i przytłoczeni dwudniowymi starciami, wyładowali się poprzez masakrę bezbronnych demonstrantów, podżegani przez mężczyzn po cywilnemu, choć w policyjnych kamizelkach, i z zakrytymi twarzami, których nikt nigdy nie rozpoznał.

Procesy dotyczące aktów przemocy w Bolzaneto zakończyły się w 2013 r. Wyrok Sądu Kasacyjnego, podkreślający wagę faktów, które doprowadziły do poważnego zawieszenia praworządności, uniewinnił cztery osoby i skazał siedem. Maksymalna kara wynosiła trzy lata i dwa miesiące. Otrzymał ją zastępca szefa bezpieczeństwa publicznego Luigi Pigozzi, który rozerwał palce ręki jednemu z więźniów. Inni funkcjonariusze policji więziennej i lekarka Sonia Sciandra dostali po roku więzienia. Kary prawie całkowicie zostały objęte amnestią, ze względu na ustawę z 2006 r. Sąd Kasacyjny obniżył wysokość odszkodowania cywilnego przyznanego w drugiej instancji i opiewającego łącznie na 10 mln euro, co dodatkowo utrudniło ponad 155 ofiarom otrzymanie zadośćuczynienia. Ponieważ proces trwał bardzo długo, a we włoskim kodeksie karnym nie było przestępstwa tortury, oskarżenia w stosunku do 37 funkcjonariuszy uległy przedawnieniu.

W związku z tym, że kodeks karny nie przewidywał przestępstwa tortury, do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu apelację złożył Arnaldo Cestaro, 62-letni mężczyzna, który w budynku Diaz nocował przypadkiem i został brutalnie pobity podczas nalotu na szkołę. Miał złamane ramię, nogę i dziesięć żeber. Trybunał w 2015 r. skazał Włochy na wypłacenie Cestaremu odszkodowania w wysokości 45 tys. euro, uznając niektóre akty przemocy policji w Diaz za tortury. W uzasadnieniu wyroku stwierdzono, że fakt, iż prawo włoskie nie uwzględnia przestępstwa tortury, prowadzi do niechybnego przedawnienia wielu wykroczeń, które powinny być tak traktowane. Dwa lata później trybunał strasburski skazał Włochy na wypłacenie podobnych odszkodowań 29 ofiarom pobitym w areszcie Bolzaneto.

Przestępstwo tortury, wprowadzone już w 1987 r. przez Europejską konwencję o zapobieganiu torturom oraz nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu, zostało przyjęte we Włoszech dopiero 5 lipca 2017 r.

Amnesty International uznała, że wyroki dotyczące wydarzeń na szczycie G8 w Genui „nie odzwierciedlają powagi stwierdzonych przestępstw i dotyczą bardzo małej liczby osób, które uczestniczyły w aktach przemocy i działaniach przestępczych, mających na celu ukrycie popełnionych przestępstw”.


Przez godzinę bili nas bez przerwy

„Zawieźli mnie do Bolzaneto. Zostałem ciężko pobity już wcześniej, kiedy robiłem zdjęcia ludziom z black blocu. Przywieziono mnie w suce razem z 20 innymi osobami. Ręce ciasno związane plastikową taśmą. Wrzucono nas do suki jak worki, potem zaczęły się pałowanie i obelgi. Policjanci śpiewali, okładając nas na oślep: »raz, dwa, trzy, viva Pinochet, cztery pięć – Żydom śmierć, sześć siedem – czarnuchom też…«. Czułem, że mam złamaną nogę i widziałem sceny odrażające: policjanci ciągnęli za włosy jakąś Szwedkę, gasili papierosy na rękach innej dziewczyny z Francji. Jakiś chłopak posikał się ze strachu lub dlatego, że nie mógł już wytrzymać. Najgorsze wydarzyło się, gdy weszła policja więzienna. Nie widziałem nigdy takiej przemocy. Założyli czarne rękawice z poduszkami i przez godzinę bili nas bez przerwy, każdego z osobna, na wyrywki. Ciągle myślę o chłopaku, który odbił się od ściany, pozostawiając na niej strużkę krwi. Wreszcie około godz. 4 rano wywieziono nas do więzienia w Alessandrii”, opowiadał 20 lat temu Alfonso De Munno, 26-letni fotoreporter z Rzymu, który został zatrzymany podczas protestów antyglobalistycznych na ulicach Genui.


 

Fot. AFP/East News

Wydanie: 30/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy