Meteorologia

KUCHNIA POLSKA

Odkąd Wolter napisał słynny list protestacyjny przeciw trzęsieniu ziemi, jakie w jego czasach nawiedziło Lizbonę, stosunki pomiędzy człowiekiem a naturą przestały być kwestią niepojętych igraszek losu, bawiącego się naszym globem, lecz stały się sprawą polityczną i moralną.
Nadal nie potrafimy zatrzymać wstrząsów tektonicznych, które Wolter – człowiek epoki Rozumu – potępiał jako bezmyślne. Nadal nie potrafimy powstrzymać wybuchów wulkanicznej lawy, właśnie teraz wylewającej się z Etny. Wątpliwe też, czy prędko nauczymy się przeciwdziałać huraganom dość regularnie nawiedzającym m.in. Amerykę Północną, a także powodziom, takim jak ta, która rujnuje właśnie nasz kraj i która przeszła także obok mojego domu. Nie przeżyłem jej grozy, ale poznałem jej lęk.
W naszym myśleniu zaszły jednak dwie ważne przemiany. Po pierwsze więc, przestaliśmy traktować kataklizmy przyrodnicze jako dopust Boży, do którego odnieść się można jedynie z pokorą, błagając o powściągliwość. To prawda, że nie potrafimy zapanować nad przyczynami tych kataklizmów, a czasem nawet – jak w wypadku obecnej powodzi – w dostatecznym stopniu ich przewidzieć. Ale równocześnie czujemy się, i słusznie, odpowiedzialni za ich skutki. W czasie obecnej powodzi okazało się, że Polska nie dysponuje systemem meteorologicznej obserwacji radarowej, pozwalającej z pewnym wyprzedzeniem przewidzieć, gdzie należy się spodziewać katastrofalnych opadów. W roku 1997 wielka powódź, która nawiedziła m.in. Wrocław i okolice, uznana została za jedną z przyczyn, dla których koalicja SLD–PSL przegrała wybory. Obecna powódź dowodzi, że zwycięzcy tamtych wyborów wprawdzie osiągnęli korzyść ze skutków naturalnego kataklizmu, zrobili jednak niewiele, aby się nie powtórzył. W przyszłości można się zaś spodziewać, że sytuacja nowego rządu stanie się jeszcze trudniejsza, ponieważ do wszystkich nieszczęść gospodarczych, jakie otrzyma on w spadku, trzeba będzie dodać kolosalne i dalekie od podsumowania zniszczenia powodziowe.
Żaden rząd nie ma wpływu na to, czy nastąpi oberwanie chmury lub nawałnica. Ale dzisiaj już wiemy, że o jakości rządów świadczy gotowość do stawienia czoła tym nieszczęściom, stopień przygotowania na ich przyjęcie, sprawność pomocy poszkodowanym. W tym też sensie kataklizmy naturalne są dzisiaj sprawą polityczną.
Drugą jednakże, kto wie nawet, czy nie bardziej doniosłą przemianą, jaka nastąpiła w naszym podejściu do kataklizmów żywiołowych, jest problem odpowiedzialności za ich powstawanie. Przez stulecia człowiek był wobec przyrody niewinny, to tylko przyroda pastwiła się nad nami. Zdobyczą ostatnich dziesięcioleci jest jednak podejrzenie, że człowiek może być nie tylko ofiarą kataklizmów przyrodniczych, ale także ich sprawcą. Zakwestionowana więc została nasza niewinność w relacjach z naturą. I jak zwykle w takich sytuacjach, kiedy urojona cnota poddana zostaje w wątpliwość, problem ten stał się nie tylko sporem naukowym, ale także dylematem moralnym, w konsekwencji zaś wyborem politycznym.
Niedawno tygodnik „Newsweek” (23.06.br.) zaprezentował obszernie sylwetkę amerykańskiego meteorologa, Richarda Lindzena, naukowca, który ze względnej anonimowości przeniósł się ostatnio na pierwsze strony nie tylko naukowych czasopism. Oryginalnością tego uczonego – który jest zresztą w większym stopniu teoretykiem niż badaczem eksperymentalnym – jest to, że zakwestionował niemal wszystko, co na temat winy cywilizacji industrialnej w powstawaniu huraganów, powodzi, a zwłaszcza powiększaniu się tzw. efektu cieplarnianego, czyli podnoszeniu się średniej rocznej ciepłoty naszego globu, mówią od paru ładnych lat jego koledzy. Lindzen twierdzi, że pomiary ciepła dokonywane przez laboratoria mogą być niedokładne, co dotyczy zwłaszcza temperatury oceanów, natomiast modele opracowywane przez naukowców, z których wynika, że przy obecnej emisji gazów przemysłowych temperatura ziemska w ciągu nadchodzących stu lat może się podnieść nawet o osiem stopni – co oznacza roztopienie się lodów arktycznych i niemal powszechny potop – są fałszywe, zaś wzrost temperatury za sto lat może wynosić tylko jeden stopień (przez ostatnich kilkadziesiąt lat wynosił on 0,6 stopnia C).
Nie jestem oczywiście w stanie streszczać tu całej argumentacji Lindzena. Wystarczy powiedzieć, że ma on przeciwko sobie wszystkich liczących się meteorologów na świecie, za sobą zaś jednego, ale za to wpływowego zwolennika, którym jest prezydent George W. Bush. Postawa Busha wobec protokołu z Kioto i emisji gazów przemysłowych opiera się więc nie tylko na tym, że prezydent spędził znaczną część swego życia w przemyśle naftowym, który też wspierał jego kampanię, ale i na argumentach Lindzena, twierdzącego na przykład, że ocieplenie powodowane przez przemysł jest niczym w porównaniu z ciepłem, które wyparowują oceany, czego przyczyn nie znamy i nie mamy na to wpływu.
Lindzen za pomocą argumentów, których wartości nie jestem w stanie ocenić, broni naszej niewinności w obliczu zmian atmosferycznych na Ziemi. Bagatelizuje wycinanie lasów i emisję gazów, czemu inni badacze przypisują mnożące się kataklizmy, pośrednio może nawet powódź w Polsce. Obrona niewinności ma zawsze pozór szlachetny, ale w istocie oznacza działanie zabójcze. Niewinność bowiem nie wymaga żadnych zmian, bo i po co? Zmiany są kosztowne, sama Ameryka emituje 36% gazów przemysłowych świata i aby to zmienić, potrzeba mnóstwa pieniędzy. Aby zaś zmiany były trwałe, potrzeba wręcz zmiany trybu życia i produkowania. Utrwalanie więc poczucia niewinności jest w sumie dobrym interesem, zarówno materialnym, jak i moralnym, nie tylko zresztą w meteorologii.
Jednak skutki tego są złowieszcze. Nie w obronie niewinności bowiem albo w bagatelizowaniu winy, lecz tylko w jej uznaniu, nawet wówczas, gdy taki lub inny szczegół może jej przeczyć, tli się iskierka nadziei dla przyszłych powodzian.

Wydanie: 32/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy