W Polsce, czyli nigdzie

W Polsce, czyli nigdzie

W czasach panowania socjalizmu, pod rządami PZPR inteligencja katolicka była dyskryminowana. We władzach państwowych obowiązywał numerus clausus i do tego wymagano jeszcze spełnienia warunków, które mogły uchodzić za zaparcie się niektórych swoich poglądów. W korpusie oficerskim, Służbie Bezpieczeństwa i na wielu stanowiskach kierowniczych było jeszcze gorzej, bo wobec praktykujących katolików rygorystycznie stosowano numerus nullus. W wielu uczelniach wyższych, choć nie we wszystkich, katolikom utrudniano tzw. karierę, nie dopuszczając ich, na przykład, do stanowisk rektorskich. To prawda, że istnieli katolicy licencjonowani, bardziej niekiedy uprzywilejowani niż aktywiści partyjni, ale było ich stosunkowo niewielu. Wystawiano ich na pokaz, aby przesłonić obowiązującą regułę. Pod rządami Jaruzelskiego dyskryminacja osłabła, drzwi do karier w systemie państwowym coraz szerzej dla katolików się otwierały, ale wskutek degrengolady systemu te możliwości nie były już cenione. Patrząc na inteligencję katolicką w PRL, widziało się w niej ludzi zasad, wiernych swoim przekonaniom, gotowych znosić dyskryminację z godnością, aby dać świadectwo sprzeciwu wobec złego ustroju.
Nic normalniejszego niż przekonanie, że ta inteligencja reprezentowała wyższość moralną i że w nowym ustroju stanie się prawdziwą elitą, dającą innym grupom społecznym wzór patriotyzmu, uczciwości i obywatelskiego, bezinteresownego lub nie bardzo interesownego zaangażowania. I oto widzimy, że tak się nie stało. Partie katolickie bardzo ochoczo wskoczyły w buty dawnej nomenklatury, inteligenci, których skromne paletka i niemodne marynarki pamiętamy, zajmują dziś za pomocą nie bardzo czystych metod najlepiej płatne posady, otrzymują największe dotacje, a korzyści, jakie ze stanowisk państwowych osiągają, przyprawiają o zawrót głowy członków dawnej nomenklatury nie przyzwyczajonych do tak nieumiarkowanych wynagrodzeń. Być może, iż nie wszyscy ci pobożni nuworysze są tymi dawnymi dyskutantami z klubów inteligencji katolickiej (niektórzy z tych ostatnich, jak widzę, nadal żyją ubogo i ideowo), ale czy mam podstawy nie ufać ich katolickiemu samookreśleniu i nieukrywanej pobożności? Traktują oni czasy PRL jako przesadnie i przymusowo wydłużony post, po którym nastały rozkoszne zapusty.
Jako członkini stowarzyszenia Odnowy w Duchu Świętym pani Hanna Gronkiewicz-Waltz w PRL musiałaby prawdopodobnie zamknąć swoją karierę w ramach akademickich, a jej habilitacja, docentura i dalsze stopnie byłyby wnikliwie lub nieuważnie, to wszystko jedno, badane przez komitety partyjne i nie wiadomo, czym by się to skończyło. Nic innego nie można tu zrobić, jak tylko zaliczyć ją do tak bardzo ideowo i moralnie prezentującej się inteligencji katolickiej.
I oto los, który uśmiechnął się do narodu, uśmiechnął się też do pani Hanny Gronkiewicz-Waltz. Lech Wałęsa, nie szczędząc trudu i poświęcenia, zrobił z nikomu nie znanej pani Gronkiewicz prezesa Narodowego Banku Polskiego. Powitana na tym stanowisku z niedowierzaniem, szybko zdobyła jednak sympatię gazet. Nominacja na stanowisko prezesa NBP była w jej niezbyt bogatym w zasługi życiu wydarzeniem jak z bajki, a czarodziejem był Wałęsa. Wkrótce uznała, że prezesura tego banku to za mało jak na osobę odnowioną w Duchu Świętym i stanęła do wyborów prezydenckich, wcale się tym nie przejmując, że będzie odbierać głosy swemu dobroczyńcy. Z pewnością w jakimś stopniu przyczyniła się do tego, że Wałęsa wybory przegrał.
Można sobie wyrobić opinię o formacie moralnym Hanny G-W, ale nie wiadomo wiele o jej zdolnościach intelektualnych: czy zdawała sobie sprawę, jakie problemy pojawią się wskutek konieczności obsadzenia stanowiska opuszczonego w momencie rozgardiaszu na szczycie władzy państwowej? Jakimi motywami kierowała się ta pani nabożnisia? Bank EBOR nie zdobył sobie jeszcze uznania międzynarodowego, a musiałoby ono być olbrzymie, żeby usprawiedliwić porzucenie dla objęcia posady w nim prezesury takiej instytucji państwowej jak NBP. O tym Eborze najwięcej się słyszało z okazji skandalu, jakim były olbrzymie wydatki na cele reprezentacyjne – luksusowe wyposażenie wnętrz, przyjęcia, a także pensje. Gazety zachodnie pisały, że EBOR wydał na reprezentacyjne faramuszki więcej pieniędzy niż na pomoc dla całej Europy Wschodniej. Od czasu tego skandalu coś tam się musiało poprawić, ale z pewnością nie prestiż i nie dobroczynna misja zwabiła tam prezesa NBP. Zwabiła o wiele większa pensja. Widzimy tu ten sam egoizm, tę samą zachłanność i ten sam brak lojalności co w kandydowaniu w wyborach prezydenckich. Niektórzy jednak mają nadzieję, że w tym Eborze to już na pewno nastąpi odnowa w Duchu Świętym i Hanna Gronkiewicz-Waltz zrobi tam coś pożytecznego dla Polski. Ta wiara nie przeniesie gór ani nawet marnego euro.
Opinia publiczna w naszym kraju jest niezmiernie wyrozumiała dla tych, co porzucają obowiązki krajowe i wyjeżdżają na Zachód choćby w celach najbardziej egoistycznych. Tam się dzieją rzeczy znaczące, tam jest prawdziwe życie, podczas gdy Polska mimo zmiany ustroju jest miejscem egzystencji zdegradowanej, gdzie nic ważnego ani zdziałać, ani przeżyć nie można. Dziwi mnie, że zwłaszcza elity, politycznej nie wyłączając, tak właśnie widzą Polskę.

Wydanie: 45/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy