Bez zakończenia

Bez zakończenia

Jarosław Kaczyński już drugi raz rządzi Polską, a ja nie wiem, co sądzić o jego walorach umysłowych i moralnych. Ma talent przywódczy, ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie. Talent przywódczy w ustroju nieco zepsutej demokracji, jaka dziś panuje, to nie jest cecha jednoznacznie pozytywna. Prezes od zawsze był ulubieńcem dziennikarzy, napisali o nim bezmiar artykułów i sporą bibliotekę książek. Jak to zwykle bywa z dziennikarszczyzną, wszystko to jest beznadziejnie powierzchowne, zarówno w pochwałach, jak w naganach. Dał się też Kaczyński poznać w roli polityka, który nawet, gdy nie rządzi, to potrafi wpływać na władzę, jak to było w czasie rządów Platformy Obywatelskiej, której narzucał, jak chciał, tematy i problemy, i w ogóle wodził ją za nos, aż doprowadził do zupełnego zeseldowania. W intrygach politycznych niewątpliwie wybitnie przedsiębiorczy i ryzykant. Jednak jego przemówienia, nawet te, które na słuchaczach robiły duże wrażenie, nie wydawały się całkiem serio. Takie też było przemówienie wygłoszone w Ameryce, z tym zastrzeżeniem, że nie zrobiło dużego wrażenia. Mówić o postkomunizmie ludziom, którzy parę lat wcześniej oklaskiwali na stojąco Lecha Wałęsę, nie było dobrym pomysłem. Swoje przemówienia Kaczyński wygłasza jak nie na wiecu, to w Sejmie, i nawet gdyby miał intelekt Immanuela Kanta, nie wolno by mu było tego przed takimi audytoriami okazać. Tak więc nie wiem, czy potrafi rozumować na serio, z odpowiedzialnością za słowo. Odnoszę wrażenie, że jest szczery, mówi to, co myśli, ale bez odpowiedniego klucza słuchacz czy czytelnik istoty jego myśli nie uchwyci. Wydaje mi się i bardzo mnie dziwi, że jego przeciwnicy, nawet ci, co chcieliby mu bardzo zaszkodzić, nie mają odwagi przedrzeć się przez pewnego rodzaju aureolę, jaką przy pomocy mediów się otoczył, wskutek czego nie widzą Kaczyńskiego takim, jakim jest „sam w sobie”, żeby jeszcze raz potrącić o królewieckiego filozofa. Jeśli o mnie chodzi, nie mam zamiaru wykonać roboty, która nie do mnie należy.

Wysłuchałem od początku do końca (przez telewizję) przemówienia, jakie prezes wygłosił w Krakowie w dniu 11 listopada. Miałbym tu dużo do powiedzenia, ale część trzeba odłożyć do innych felietonów. Skojarzenia cofnęły mnie w przeszłość, którą przeżyłem jako student i początkujący naukowiec. W latach 60. i może 70. toczył się w Polsce spór zwolenników bohaterszczyzny z szydercami. Szydercy byli zwolennikami pracy organicznej, edukowali społeczeństwo w duchu przystosowania się do rzeczywistości, popularne było hasło „róbmy swoje”, nie postrzegano władzy jako głównej przeszkody w robieniu czegoś dobrego. Ludzie widzieli w takiej postawie oportunizm i – co tu kryć – kosmopolityzm. Obie główne partie posługiwały się symbolami historycznymi i szydercy wyśmiewali na wszelkie sposoby polskie wojny i powstania. To bardzo było bolesne dla tych, którzy mieli uwagę skierowaną właśnie na te przegrane boje. W prasie, w filmach, teatrze, kabaretach przewagę mieli szydercy, co nawet niezainteresowanych doprowadzało do stanu fizjologicznego podobnego do mdłości. Druga partia, czyli „bohaterszczycy”, jako wyraźna grupa ujawniła się najpierw jako nacjonalistyczna frakcja PZPR i PAX i była chroniona przez gen. Mieczysława Moczara. Wyrazicielem oficjalnej bohaterszczyzny był płk Zbigniew Załuski, który głosił poglądy, jakie dziś nie dziwiłyby w „Gazecie Wyborczej”, ale wówczas uchodził za straszliwego nacjonalistę. To dość nienaturalne, gdy ludzie będący u władzy głoszą chwałę buntów i powstań, ale dziś mamy to samo.

Pierwsza zorganizowana opozycja przeciw ustrojowi pochodziła z partii szyderców (w części ze środowisk komunistycznych, nawet poststalinowskich), co przez chwilę też było nienaturalne, ale wkrótce się unaturalniło. Ta opozycja, nie mogąc wyśmiewać bohaterszczyzny, sama przejęła etos „bohaterski”. Prawicową bohaterszczyznę, która z małym opóźnieniem też zaczęła się bujnie rozwijać, posądzała o gotowość pogodzenia się z władzą, a nawet agenturalizm. Między tymi dwiema bohaterszczyznami wywiązała się nienawiść, która zwłaszcza między żonami przywódców przybierała nieraz postać wściekłości. Ten podział istnieje do dziś, nawet w drugim i trzecim pokoleniu, a zwycięzcami są „żołnierze wyklęci” i kombatanci, którzy w życiu nie dotknęli broni palnej ani żadnej innej. Jedenastolistopadowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego jest jedną wielką apologią bohaterskich czynów narodu polskiego, zaczynając od Tadeusza Kościuszki, poprzez sławne lata 1831, 1863, powstanie warszawskie, „żołnierzy wyklętych” i w tym ciągu przegrywanych bohaterstw jedno tylko radosne wydarzenie miało miejsce, a mianowicie wygranie ostatnich wyborów przez PiS, dzięki czemu nastąpi ostatnia bohaterska walka z komunizmem, który właśnie po to tak długo trwa, żeby ta bohaterska walka mogła zaistnieć.

Wydanie: 47/2017

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy