Miałam wtedy trzynaście lat

Miałam wtedy trzynaście lat

Powstanie przeżyłam na Marszałkowskiej

Wspomnienia o Powstaniu Warszawskim i jego skutkach po dzień dzisiejszy, spisane przez Wiktorię Śliwowską, w 1944 r. trzynastolatkę Wisię Załęską, która u Jadwigi Świerczyńskiej spędziła także czas powstania od 1 sierpnia do 8 października 1944 r. na rogu placu Zbawiciela i Marszałkowskiej 41, w oficynie i w piwnicy domu, zachowanego w stanie nienaruszonym do dziś dnia

(…) Kiedy nie było nalotów w naszym rejonie, wychodziłyśmy z piwnicy na podwórko, żeby się bawić. Były nas trzy nastolatki: córka doktora Edwarda Mroczka, znanego także po wojnie laryngologa, której imię ulotniło mi się, Wandzia van der Beck, córka inżyniera, no i ja. Wszyscy przeżyli. Grałyśmy w sznurki, które przewijało się na wyciągniętych dłoniach, w klasy wyrysowane kredą tam, gdzie był jeszcze bruk, w piłkę „odbijankę” o ściany (…)
Wieczorami wszyscy zbierali się wokół gipsowej, pomalowanej jak zawsze na niebiesko Matki Boskiej, na wspólną modlitwę. Oczywiście, jeżeli panował względny spokój. Rzeźba ta, także poobijana, stała do niedawna na podwórku domu przy Marszałkowskiej 41. Obecnie nie ma już ani rzeźby, ani naszej oficyny z krętymi drewnianymi schodami prowadzącymi do naszego jednopokojowego mieszkanka. (…)

DWA WYDARZENIA zapadły mi głęboko w pamięć: już w pierwszym okresie niechęć lokatorów frontowych mieszkań do umieszczania w ich oknach worków z piaskiem i ostra wymiana zdań z powstańcami. Ostatecznie worki umieszczono, jakaś wymiana ognia była, bo na placu długo leżały trupy zabitego Niemca i jakiegoś powstańca: nikt nie odważał się ich stamtąd zabrać. Trupi zapach dochodził do nas. Potem owa niechęć „cywilów” narastała. (…)
Piosenek powstańczych – „Marszu Mokotowa”, „Sanitariuszki Małgorzatki” – nie znaliśmy. Nikt o nich w naszym domu nie wiedział. I chyba w ogóle w Śródmieściu. (…)
Straszne wrażenie zrobił na mnie pochówek na naszym podwórku zabitych powstańców. Do kopania dołów zatrudniono folksdojczki. Miały ogolone głowy, mieszkańcy wyśmiewali się z nich, lżyli, pluli, rzucali w ich stronę jakieś śmieci. Było w tym coś obrzydliwego, odstręczającego, chociaż przecież nie miałam za co współczuć kolaborantkom, których musiałam unikać za wszelką cenę. Tak samo odczuła to „ciocia Jadzia”, która zaznaczyła nawet w liście do mnie: „Podobno jedna z nich była tam niesłusznie, gdyż miała inne poglądy od jej rodziców”. Analogicznie reagowano na jeńców niemieckich. „Ktoś wzburzony – pisze „Lech Grzybowski” pod datą 20 sierpnia – opowiada, że na placu Dąbrowskiego rozwścieczone baby obrzucały kamieniami prowadzonych z PAST-y, rozbrojonych już i słaniających się z wycieńczenia niemieckich jeńców”.
Z upływem czasu coraz bardziej dokuczał nam głód. Pozostawała tylko coraz cieńsza zupka „pluj” i resztki sucharów. Każdorazowe odwiedziny Zosi z Ojcem oraz Tetki były radością nie tylko dla serc, ale i dla naszych żołądków. Przynosili nam zawsze coś do jedzenia, sami głodni, dzielili się z nami, czym mogli. Najbardziej zapamiętałam butelkę oleju rzepakowego, w którym z zapałem moczyliśmy suchary. To był prawdziwy smakołyk. Potem ostatniego dnia przed wyjściem przyszli się pożegnać i podzielić otrzymanym żołdem oraz niewielkimi ocalałymi resztkami kosztowności.

(…) SKĄD SIĘ WZIĘŁAM w jednopokojowym mieszkanku na pierwszym piętrze w oficynie na Marszałkowskiej 41?
Kiedy 31 sierpnia 1942 r. w czasie tzw. blokady [w czasie wielkiej akcji likwidacyjnej getta Niemcy zarządzali blokady poszczególnych domów, Żydowska Służba Porządkowa zamykała wszystkie wyjścia i wypędzała mieszkańców na Umschlagplatz, skąd byli wywożeni do Treblinki] zastrzelono moją Mamę, Sarę, Sarenkę, na początku września moja ukochana ciotka, siostra Ojca Tetka, przekazała mnie przy wyjściu z getta na Ogrodowej przyjaciółce rodziców Zojce Korczakównie (w powstaniu: „Aldona”). Sama wyszła nieco później dzięki Mieczysławowi Dobrowolskiemu i została „urządzona” po „aryjskiej” stronie przez Anielę Cieszkowską, z którą nawet pod koniec razem mieszkała.
W tym momencie skończyło się definitywnie moje dzieciństwo. Uczucie beznadziejnej samotności i pustki nie opuszczało mnie odtąd prawie nigdy, nawet wówczas, kiedy bawiłam się, czytałam, uczyłam…
Tymczasem zanim uzyskano dla mnie fałszywą metrykę ze Lwowa (żeby trudniej było ją sprawdzić) na nazwisko Załęska (imię zachowano takie samo), mieszkałam w domku państwa Lipszyców na Bielanach, przy ulicy Szaflarskiej nr 5 (Aldona Lipszycowa odznaczona została medalem Sprawiedliwych). (…)

GŁÓD W CZASIE POWSTANIA coraz bardziej dawał się we znaki. Powstańcom i cywilom. Zjedzone zostały wszystkie koty i psy, o czym mówił mi pan Lubowidzki – hodowca francuskich buldożków, który jednego czy jedną z nich zdołał uchować podczas powstania, nawet w Pruszkowie. Mały kotek plączący się wśród gruzów, o którym wspomina autorka dziennika, zapewne szukał swej schwytanej mamy… „Lech Grzybowski” pisał pod datą 14 września, że „teraz w naszej dzielnicy psa trudniej znaleźć niż worek z sucharami”. I dalej: „Za Żelazną ktoś przedsiębiorczy uruchomił masarnię, w której z psów i kotów wyrabia wcale niezłe wędzone kiełbaski. Za każdego przyprowadzonego psa można tam dostać parę kiełbasek lub kilka papierosów. Nic dziwnego, że psy wyginęły, jak konie”.
Z kolei Witold Kieżun opowiada Robertowi Jarockiemu: „Panował głód. Chodziliśmy na Wolę do browaru Haberbuscha po owies. Nosiło się go w workach i robiono z niego placki na jakimś zdobytym tłuszczu. Zjedliśmy wszystkie gołębie, koty i psy”. (…)

BYŁAM NIEZNOŚNĄ, niegrzeczną dziewczynką, która zawsze usiłowała postawić na swoim, nie słuchała się, nie przychodziła o oznaczonej porze, wałęsała się nie wiedzieć gdzie, nie sprzątała po sobie, potrafiła odburknąć nieładnie, niechętnie przepraszała itd., itp. Miałam pretensje do całego świata, a w dodatku – nie po raz ostatni w życiu – zostałam zainfekowana, tym razem faszystowską trucizną. Tak, określam to świadomie i z naciskiem: uwierzyłam we wszystkie napisy „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”, wysłuchałam wielu uwag na „aryjskiej” stronie, jak to dobrze, że Niemcy „zrobili za nas brudną robotę”, pogardy dla żydowskiego powstania („żydki skaczą!” itp.), słyszałam, jak Tetka opowiada ze śmiechem, że jej pracodawca, niejaki Jan Sławomir Gozdawa-Godlewski, zadowolony ze swej służącej, która znakomicie gotowała i perfekcyjnie sprzątała, przekonywał ją, że Żyda lub Żydówkę pozna z miejsca „po zapachu”, choćby byli najbardziej zasymilowani. Przekonano mnie bardzo szybko, że Żydzi są czymś gorszym od „aryjczyków”. Że takiej przynależności należy się wstydzić i starannie ją ukrywać. A nawet – wstyd przyznać – że to rzeczywiście lepiej, że Żydów będzie w Polsce mniej, to może nie będą mnie podejrzewać i zostanę już na zawsze Polką, Wiktorią Załęską.
(…) Ukrywałam swoje żydowskie korzenie bardzo długo. Dopiero 1 maja 1950 r., kiedy „straciłam głowę” dla swego przyszłego męża, Renégo, a on zaczął mnie nazywać „kochaną Żydóweczką, wszystko się zmieniło…

Fragment książki Wiktorii Śliwowskiej Płacz po Warszawie. Powstanie Warszawskie 1944. Dzienniki. Świadectwa, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, Gdańsk 2014

Tytuł i ilustracje pochodzą od redakcji

Wydanie: 39/2014

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy