Milicjanci gorszego sortu

Milicjanci gorszego sortu

Wojciech Raczuk stracił zdrowie, łapiąc bandytę. „Dobra zmiana” obniżyła mu rentę. A sąd mu ją teraz przywrócił

Morderca strzelał z pepeszy. Wystrzelił 18 kul – stwierdzili śledczy, którzy pozbierali i policzyli łuski. Sześć kul trafiło milicjanta Wojciecha Raczuka. Cudem uniknął śmierci. Został inwalidą II grupy, dostał rentę. W ramach „dobrej zmiany”, a konkretnie na podstawie ustawy dezubekizacyjnej, były milicjant stracił 70% renty. Przez ponad półtora roku sądził się w tej sprawie. W maju br. sąd przyznał mu rację i Raczuk ma otrzymywać świadczenie w poprzedniej wysokości.

I wtedy premier, który do tej pory ignorował prośby w sprawie Raczuka wysyłane do niego przez organizacje emerytów, w trybie ekspresowym przyznał mu na rok rentę specjalną w wysokości 2500 zł brutto. Złośliwi mówią, że ta szybka ścieżka rentowa ma związek z jesiennymi wyborami. Podobnie jak skomasowane trzymiesięczne świadczenia 500+ na pierwsze dziecko i „piórnikowe”, które mają być wypłacone we wrześniu.

Prosiłem o 15 minut życia

Kiedyś Osiedle Młodych. Ale dziś nikt w Białej Podlaskiej tak o nim nie mówi, bo osiedle ma ponad 40 lat, a młodzi się postarzeli. Teraz dzieci tamtych młodych nazwały osiedle Orzechówek i wymyśliły nawet jego herb. W ostatni weekend został uroczyście odsłonięty mural z herbem namalowany na garażach, tuż obok muralu z Rejtanem rozrywającym koszulę i innych patriotycznych dzieł. Miejscowi są dumni z tych murali, a w szczególności z Rejtana. Można usłyszeć, że ktoś taki by się teraz przydał, bo coraz bardziej przerażające jest to, że rządzący za nic mają zdanie tych obywateli, którzy się z nimi nie zgadzają. Oni tu, w Białej Podlaskiej, zrobili, co mogli – w ostatnich wyborach samorządowych na prezydenta miasta wybrali Michała Litwiniuka, kandydata Koalicji Obywatelskiej, popieranego przez PSL, SLD oraz Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów Policyjnych. A Koalicja Obywatelska zdobyła dziewięć z 23 mandatów w radzie miasta.

Orzechówek ma dużo uroku, jest czysty i bardzo zielony. Wojciech Raczuk mieszka w jednym z wielu czteropiętrowych budynków. Przygotował się na spotkanie. Na stole leży stary portfel z brązowej skóry, nadszarpnięty przez kulę, i kabura pistoletu na gumowych szelkach, którymi przymocowuje się broń pod pachą. To pamiątki z nocy, kiedy został inwalidą. Portfel odegrał wtedy ważną rolę – Raczuk miał go w wewnętrznej kieszeni na piersi. To on zmienił tor lotu jednej z kul z pepeszy i dlatego trafiła pod żebra, a nie w serce. Raczuk na dowód rozpina koszulę i pokazuje wgłębienie pod żebrami z lewej strony, gdzie kula się wbiła. Druga kula trafiła w nerwy i mięśnie prowadzące do ręki i było podejrzenie, że nigdy tą ręką nie będzie ruszał.

Pochodzi ze wsi pod Międzyrzecem Podlaskim. Ojciec w czasie wojny był żołnierzem Armii Krajowej, potem w dywizji gen. Maczka. Wojciech Raczuk odbył zasadniczą służbę wojskową, ale do zostania w wojsku jako zawodowy jakoś się nie kwapił. W wieku 22 lat zatrudnił się w milicji, w wioskowym komisariacie. Trzy lata później Biała Podlaska została stolicą województwa i tworzono tam komendę wojewódzką MO. Raczukowi zaproponowano przejście do Białej Podlaskiej, do sekcji zabójstw. Ta sekcja to sól milicji, a teraz policji. Ale też jedno z najniebezpieczniejszych miejsc pracy.

Był 8 lutego 1982 r. Raczuk, wówczas porucznik i starszy inspektor sekcji zabójstw, został po pracy, żeby nadgonić papierkową robotę. Przed godz. 22 przyszedł szef. Powiedział, że kompletuje czteroosobową grupę, która ma ująć Józefa Koryckiego. Raczuk zgodził się do niej dołączyć, choć wiedział, że to niebezpieczna misja. Przypiął pod pachą gumowymi szelkami kaburę z niedużym pistoletem P-64. Nie założył kamizelki kuloodpornej, choć ją miał. – Ona bardzo utrudniała ruchy, bo ważyła 8-9 kg – twierdzi. – Mówi pani, że mimo to wolałaby ją mieć na sobie. Teraz ja też bym wolał.

Józef Korycki był postacią znaną w regionie. Nazywano go Janosikiem Podlaskim. Jego specjalnością były kradzieże. Miał swoją grupę, zwaną przez niego związkiem zbrojnym, i twierdził, że wymierza sprawiedliwość. Grupa kradła głównie mienie państwowe i spółdzielcze, ale też zabierała podatki zebrane od rolników przez sołtysów czy okradała pociągi na stacji towarowej w Łukowie. W październiku 1980 r., w czasie napadu na pociąg na tej właśnie stacji, Korycki zastrzelił z pepeszy 20-letniego mężczyznę, który pilnował ładunku. To z powodu wielu kradzieży i tego zabójstwa był poszukiwany przez milicję.

W nocy 8 lutego czteroosobowa grupa funkcjonariuszy miała go zatrzymać. O godz. 22.30 podjechali pod jakąś stodołę, weszli do środka, zobaczyli niedojedzoną konserwę, rozbabraną pościel. Przejechali do innego gospodarstwa, przeszukali zabudowania. Ostatnim budynkiem była letnia kuchnia. Właściciel gospodarstwa otworzył zamek, zapalił światło i natychmiast się wycofał. Raczuk z drugim milicjantem stanęli w drzwiach. – Zobaczyłem, że przy stole siedzi mężczyzna, trzyma pepeszę – wspomina Raczuk. – Widziałem tylko górną część tułowia. Miałem prawo użycia broni. Technicznie zabić człowieka to sprawa prosta, ale psychicznie wcale tak łatwo nie jest. To żywy człowiek, nie zwierzę. Korycki strzelił do nas. Kolega dostał w plecy, krzyczał. Ja w ogóle nie czułem bólu. Złapałem się za brzuch i zobaczyłem, że mam krew na ręce. Przełożony pytał: „Wojtek, żyjesz?”. A ja prosiłem Boga, opatrzność czy też los o jeszcze 10-15 minut życia. Nie wiem, dlaczego mi na tych 15 minutach tak zależało. Może dlatego, że byłem i jestem fanatykiem życia.

Wątroba w strzępach

Korycki uciekł przez okno. Nikt go nie gonił, bo ranni byli ważniejsi. Przewieziono ich do najbliższego szpitala, w Międzyrzecu Podlaskim. Wojciech Raczuk natychmiast dostał krew, bo bardzo dużo jej stracił. Wtedy zaczął odczuwać ból. Lekarze po wstępnej diagnozie uznali, że powinien zostać przewieziony do szpitala MSW w Lublinie. Zgodził się. W czasie przewozu zaczął się dusić, bo jedna z kul przeszła przez szyję, która zaczęła puchnąć. Trzeba było zrobić tracheotomię. Pierwsza operacja w lubelskim szpitalu trwała siedem godzin. Potem była następna. W dokumencie z 1983 r. napisano, że Raczuk doznał ciężkich ran postrzałowych brzucha, ramienia, „okolicy kąta ust po stronie prawej ze złamaniem wyrostka poprzecznego V kręgu szyjnego, złamaniem dolnej prawej gałęzi żuchwy oraz złamaniem ściany bocznej gardła”. Pocisk zmasakrował mu też jeden płat wątroby, który trzeba było usunąć. – Pamiętam swoją rękę – opowiada Raczuk. – Była nieruchoma jak kłoda, czarna, gruba. Bałem się, że nigdy nie będę mógł się nią posługiwać. Po dwóch tygodniach coś zaczęło w niej pulsować. Nie wiedziałem, czy to dobry znak, czy przeciwnie. Okazało się, że powoli wracała sprawność ręki. Ale nadal z powodu operowanej wątroby i zadrutowanej szczęki nie mogłem normalnie jeść.

Po dwóch miesiącach wyszedł ze szpitala. Teraz, choć tyle czasu minęło, jeszcze raz chciałby podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do jego wyzdrowienia. Zwłaszcza lekarzom z Lublina. Ale także przyjaciołom, kolegom z komendy oraz – a może przede wszystkim – ówczesnej dziewczynie, a dziś żonie. – Wanda odwiedzała mnie najczęściej, jak to było możliwe – mówi Raczuk. – To było dla mnie bardzo ważne. Oprócz różnych fizycznych dolegliwości miałem też psychiczne, które zdiagnozowano jako stres pola walki. Poza tym uświadamiałem sobie, że już nie wrócę do pracy, że będę inwalidą. To bardzo dołująca sytuacja dla osoby, która ma 32 lata. Wanda mimo to mnie nie zostawiła.

Pobrali się wkrótce, kiedy jeszcze był na zwolnieniu lekarskim. Dwa miesiące wcześniej dostał służbowe mieszkanie na Osiedlu Młodych. W tym przydziale jego rany odegrały niebagatelną rolę. Przełożeni zapewne domyślali się, że nie wróci do służby i trzeba mu pomóc w tym, w czym można. Stąd pomysł, że przeniosą go na lepiej płatne stanowisko – zastępcy kierownika komisariatu do spraw polityczno-wychowawczych. Dzięki temu w razie przyznania mu renty miałby wyższy wymiar. A przy okazji komenda wojewódzka MO odzyskała jeden etat w wydziale kryminalnym.

Awans został podpisany 1 lutego 1983 r., prawie rok po postrzale. Ale pracy na etacie zastępcy kierownika komisariatu Raczuk nigdy nie podjął, ponieważ nadal był na zwolnieniu. Wystąpił o rentę. W orzeczeniu o inwalidztwie napisano m.in.: „1. Pooperacyjny brak lewego płata wątroby w wyniku rozerwania postrzałowego z upośledzeniem czynności wątroby. 2. Postrzałowe uszkodzenie splotu barkowego ramienia lewego z niedowładem i zanikami mięśni ramienia (ok. 2 cm), ubytkami czucia powierzchniowego zewnętrznej powierzchni przedramienia oraz upośledzenie siły i chwytu ręki lewej. 3. Zaburzenia w funkcji stawów żuchwowo skroniowych po obu stronach w wyniku postrzałowego zniekształcenia żuchwy”. W orzeczeniu znalazła się decyzja, że od 8 lutego 1982 r., czyli od dnia postrzału sześcioma kulami, zalicza się Raczuka do II grupy inwalidów w związku ze służbą. I że jest niezdolny do wykonywania jakiegokolwiek zatrudnienia. Z powodu przejścia na rentę 15 lipca 1983 r. Raczuk został zwolniony ze służby.

Formalnie na etacie jako zastępca komendanta komisariatu do spraw polityczno-wychowawczych Raczuk był przez pięć i pół miesiąca. Z powodu zwolnienia lekarskiego ani minuty na tym stanowisku nie pracował. Jego przełożeni nie mogli przewidzieć, jak te pięć i pół miesiąca zaważy na życiu Raczuka 34 lata później.

Zadziałała ustawa

Renta inwalidzka Raczuka na początku 2017 r. wynosiła 2866,88 zł netto. 1 stycznia tego roku weszła jednak w życie ustawa z 16 grudnia 2016 r. dotycząca emerytur i rent dla służb mundurowych: policji, ABW, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, CBA, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Państwowej Straży Pożarnej, Służby Więziennej, i ich rodzin. Na mocy tej kuriozalnej ustawy, przyjętej bez uczestnictwa opozycji, w czasie posiedzenia odbytego nie w Sali Plenarnej Sejmu, ale w Sali Kolumnowej, zostały obniżone emerytury i renty ponad 40 tys. funkcjonariuszy. Ta grudniowa nowelizacja ustawy uchwalonej za rządów PO i PSL przewidywała, że funkcjonariusze poniosą konsekwencje finansowe za służbę na rzecz totalitarnego państwa. Ustawa, zwana dezubekizacyjną, tak naprawdę dotknęła dziesiątki tysięcy osób, które nie miały żadnego związku ze służbą bezpieczeństwa, a nawet jeśli miały, nie popełniły udowodnionego przez sąd przestępstwa.

Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA przystąpił do korygowania emerytur i rent, posiłkując się informacjami z Instytutu Pamięci Narodowej. Lubelski oddział instytutu stwierdził, że Wojciech Raczuk od 1 lutego do 15 lipca 1983 r., a więc w tym czasie, kiedy przebywał na zwolnieniu lekarskim, pracował na rzecz totalitarnego państwa. Rezultatem było zmniejszenie renty z 2866,88 zł netto do wysokości najniższego świadczenia, 854,00 zł netto.

– Jakby tego było mało, zmniejszono również emeryturę mojej żony – informuje Raczuk. – Ona przez ileś lat pracowała w komendzie wojewódzkiej MO, gdzie się poznaliśmy, w wydziale łączności na etacie telefonistki. Czyli po prostu łączyła rozmowy telefoniczne. Kiedy się dowiedziała, że emeryturę będzie miała zmniejszoną z 1800 zł do 1000 zł netto, zamknęła się w łazience i płakała. Nie wiem, na czym to jej działanie na rzecz totalitarnego państwa miałoby polegać. Żartuję, że pewnie słuchawką biła po głowach przeciwników ustroju.

Rozpędziłem się i jakoś żyję

Żarty żartami, ale Raczukom tak naprawdę nie jest do śmiechu. Od momentu obniżenia jej emerytury i jego renty dostają wspólnie ponad 1800 zł. Leki, które Wojciech Raczuk nadal musi przyjmować w związku z postrzeleniem sprzed 37 lat, kosztują miesięcznie ok. 400 zł, a czynsz z opłatą za wodę i centralne ogrzewanie – 540 zł, więc na energię elektryczną, telewizję, rozmowy telefoniczne, jedzenie, środki higieniczne, kulturę itp. zostaje im 900 zł.

– Cieniutko, przez dwa lata nie starczało nam na życie – komentuje Raczuk. – Gdyby nie ten wypadek, pracowałbym w wydziale kryminalnym, a po 15 latach może poszedłbym na emeryturę i żyłbym teraz spokojnie. A tak bieda jest. Chodziłem na basen i do sauny, żeby kondycję utrzymać, ale po obniżce renty mnie na to nie stać. Dobrze, że do siłowni w komendzie miejskiej policji mogę chodzić za darmo. Samochód musiałem oddać na złom, bo kupiłem go, jak miał 12 lat, i kolejnych 12 lat nim jeździłem. A na nowy mnie nie stać. Jak żyjemy za te 900 zł na dwie osoby? Kiedyś spytano człowieka, który też miał tak mizerne dochody, jak sobie daje radę. Odpowiedział: „Rozpędziłem się i jakoś żyję”. Czasem nie stać mnie na batonik dla wnuka. A wstyd się przyznać, więc mówię: „Jutro ci dziadek kupi”. Da się żyć, jeśli w domu jest zgoda, przyjaźń, miłość. Ale ci ludzie, którym – jak nam – obniżono renty i emerytury, mają jeszcze drugi, ważniejszy powód do zmartwienia – odebrano im godność i honor.

Jak bardzo wielu innych funkcjonariuszy policji, którym obniżono emeryturę lub rentę, Wojciech Raczuk wystąpił do sądu. Odwołanie od decyzji Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA złożył do Sądu Okręgowego w Warszawie w lipcu 2017 r. Organ emerytalny w listopadzie 2017 r. wniósł o oddalenie odwołania. Ze względu na zapytanie skierowane przez jeden z sądów do Trybunału Konstytucyjnego sądy nie rozpatrują tych spraw, czekając na orzeczenie Trybunału. A ten jest bezczynny. W przypadku Raczuka sytuacja jest inna, bo zaliczono mu pracę, której faktycznie nie wykonywał.

W listopadzie 2018 r. Zarząd Główny Stowarzyszenia Emerytów i Rencistów Policyjnych, które wspiera Raczuka, napisał do premiera Mateusza Morawieckiego prośbę o przyznanie renty specjalnej. Żadna odpowiedź z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie nadeszła. 13 maja 2019 r. stowarzyszenie złożyło ponaglenie. Poparły je dwie kolejne organizacje: Stowarzyszenie Generałów Policji Rzeczypospolitej Polskiej i Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Policjantów.

I już następnego dnia minister Michał Dworczyk przesłał do szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego pismo, w którym prosił o spowodowanie, by dyrektor Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA w możliwie najkrótszym terminie ponownie rozpatrzył sprawę Raczuka. Tymczasem 15 maja, po przeszło półtorarocznej batalii sądowej, Sąd Okręgowy w Lublinie przywrócił Raczukowi poprzednią rentę. Ale to nie koniec majowych niespodzianek. 23 maja premier Morawiecki przyznał byłemu milicjantowi rentę specjalną w wysokości 2500 zł brutto, która będzie wypłacana przez rok.

Wyrok sądu nie jest prawomocny. Dlatego na razie Raczuk nie dostał ani złotówki wyrównania. I nie wiadomo, kiedy dostanie. Nie wiadomo też, kiedy wpłynie renta specjalna. Ale powód do radości już jest.

Organizacje, które wspierały Raczuka i groziły premierowi skierowaniem sprawy do sądu administracyjnego, cieszą się. Ale również krytykują przeszło półroczną bezczynność premiera. Na stronie internetowej Stowarzyszenia Emerytów i Rencistów Policyjnych można przeczytać taką ocenę: „W tym przypadku nie było żadnej empatii, tylko wyrachowany interes partii, trochę podobnie jak w przypadku słynnego stada krów w Lubuskiem. Doskonale wiemy, że mieliśmy do czynienia z wyważoną zimną kalkulacją, wyborem tego, co się bardziej opłaca w aspekcie wyborów. Takie doraźne gaszenie pożaru”.

Starszy syn Raczuka poszedł w ślady ojca, jest policjantem. Czy zastanawia się, że kiedyś, po zmianie rządów, będą rozliczani obecni policjanci? Ojciec i syn nigdy o tym nie rozmawiali. – Muszę go spytać, czy bierze pod uwagę depisizację – mówi Raczuk.

Żółte kamizelki

Za Wojciechem Raczukiem murem stali koledzy z koła Stowarzyszenia Emerytów i Rencistów Policyjnych z Białej Podlaskiej a także z powiatowego komitetu protestacyjnego powołanego w Białej Podlaskiej przez policyjnych emerytów i rencistów. Zadaniem komitetów (ten w Białej Podlaskiej powstał już w kwietniu 2017 r. i był jednym z dwóch pierwszych w kraju) jest – jak piszą organizatorzy – „podjęcie wspólnych działań w kierunku usunięcia z systemu prawa Rzeczpospolitej Polskiej skrajnie represyjnej i niegodziwej ustawy z 16 grudnia 2016 r., pozbawiającej nas honoru, godności oraz należnych świadczeń emerytalnych i rentowych”.

Emeryci i renciści policyjni z Białej Podlaskiej zbierają się w każdą środę. Dyskutują, wspierają się. Do pracy włączają się także ci, którzy nie ucierpieli z powodu ustawy, ale starają się dawać siłę poszkodowanym koleżankom i kolegom. Organizują miesięcznice w każdą środę, która wypada koło 16. dnia miesiąca, jako przypomnienie głosowania w Sejmie, które odbyło się 16 grudnia. Wtedy zakładają żółte kamizelki odblaskowe z napisem: „Prawo, godność, honor” i rysunkiem zaciśniętej pięści w geście ilustrującym hasło Dolores Ibárruri: No pasarán! Podążają na plac Wolności i na deptak na ulicy Brzeskiej. Rozdają przechodniom ulotki o ustawie dezubekizacyjnej i o tym, kogo faktycznie ona dotknęła. I cieszą się, kiedy ludzie się zatrzymują, zadają pytania i stwierdzają, że nie mieli pojęcia, jak wiele jest osób bezpodstawnie skrzywdzonych, i że tak być nie powinno.

Na osiedlu Orzechówek mieszka dużo byłych funkcjonariuszy policji. Są domy, w których kiedyś było ich nawet dwóch czy trzech, ale wielu już odeszło. Kiedy się spaceruje po osiedlu z Janiną Salą, byłą policjantką, co chwila ktoś ją pozdrawia, m.in. byli policjanci lub ich rodziny. – Ta pani ma obniżoną rentę po mężu – informuje Sala. A po chwili dodaje. – Tamta pani też ma obniżoną rentę po mężu. Moja znajoma, której rentę rodzinną obniżono do 854 zł, musi pracować w sklepie, choć ma 68 lat i jest schorowana. Słyszałam o 92-letniej kobiecie, której także znacznie obniżono rentę po mężu, ale nikomu się nie przyznała, bo się wstydziła. Syn dowiedział się, dopiero kiedy przeglądał dokumenty po jej śmierci. Był zdruzgotany, że matka żyła w nędzy, sprzedawała dobytek, żeby jakoś się utrzymać.

Janina Sala również ma przeszło 90-letnią matkę, która jest wdową po milicjancie i obniżono jej rentę po mężu. Sama pani Janina z powodu ustawy dezubekizacyjnej ma zaledwie 900 zł emerytury. W sądzie walczy i o rentę mamy, i o swoją emeryturę. Ma dwupokojowe mieszkanie. Dostała je jako policjantka, potem wykupiła. Jeden pokój zajmuje dorosły syn i Janina Sala cieszy się z tego, bo chłopak dokłada się do czynszu. Inaczej byłoby bardzo trudno. Pani Janina uczestniczy w zebraniach Stowarzyszenia Emerytów i Rencistów Policyjnych. W miesięcznice w żółtej kamizelce, razem z sześcioma albo dziewięcioma innymi osobami, wychodzi na ulicę Brzeską. – Ludzie się dziwią, że zabrano nam pieniądze za nic – mówi. – Jeżeli ktoś popełnił przestępstwo, niech się nim zajmie prokuratura lub sąd. Napisałam odwołanie z powodu obniżenia emerytury do sądu.

Wojciecha Raczuka poznała na początku lat 80. Przyszła do wydziału kryminalnego komendy wojewódzkiej MO. A potem, gdy wróciła z urlopu wychowawczego koleżanka, którą zastępowała, przeszła do hali maszyn, czyli przepisywała pisma. Na koniec trafiła do wydziału szyfrów. To ten wydział został uznany za miejsce, gdzie działano na rzecz totalitarnego państwa. – Rządzący nazywają nas zbrodniarzami – stwierdza smutno. – A przecież nikt z nas nie ma wyroku sądu. Myślałam, że nic takiego nie może się zdarzyć w cywilizowanym świecie. Czekam na sprawiedliwość. Zaparłam się i będę żyła, żeby jej doczekać.

Zdzisław Kozłowski też mieszka na osiedlu Orzechówek. I też jest policyjnym emerytem. A poza tym prezesem powiatowego komitetu protestacyjnego, prezesem honorowym Klubu Motocyklowego „Grom”, kierownikiem Grupy Rekonstrukcyjnej „Bialska Drogówka”. Pełni także wiele innych funkcji społecznych. Za te funkcje, ale również za pracę zawodową, dostał wiele odznaczeń i dyplomów.

On też ma obniżoną emeryturę. Pierwsza ustawa emerytalna, przyjęta jeszcze za rządów PO-PSL, obniżyła ją o ok. 170 zł. – Ta pierwsza ustawa objęła kilka tysięcy osób, druga, z 2016 r., ponad 40 tys. funkcjonariuszy. Były to osoby pracujące w organach bezpieczeństwa państwa, a nie tylko w SB, m.in. w Departamencie PESEL czy w Inspektoracie Operacyjnej Ochrony Elektrowni Jądrowej w Żarnowcu – przypomina Kozłowski. – Ja przez 10 lat pracowałem w wydziale śledczym i zajmowałem się sprawami istotnymi dla gospodarczego i politycznego istnienia państwa.

– Dostaję 1716 zł na rękę – mówi Kozłowski. – Moja żona nie pracowała, żyjemy tylko z mojej emerytury. Zrobiłem wyliczenie: czynsz 400 zł, garaż 160 zł, kablówka i internet 101 zł, prąd 65 zł, gaz 50 zł, abonament RTV 22 zł. Razem 798 zł. Zostaje 918 zł, na jedną osobę dziennie wypada 15,30 zł. Można przeżyć, ja się nie żalę. Ale będę nadal walczył o ponowne wyznaczenie emerytury. Sąd spytał mnie, czy zgadzam się na zawieszenie sprawy, bo czekają na wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Nie zgodziłem się.

Niedawno spotkał na ulicy Henia, którego poznał wiele lat temu, kiedy był dzielnicowym na obecnym Orzechówku. – On często wchodził w konflikt z prawem – wspomina Kozłowski. – Poznał mnie, powiedział: „Dzień dobry, panie dzielnicowy”. Pytam go: „Heniu, ile wyroków już miałeś?”. On: „15, panie dzielnicowy. I myślę sobie, że w tej dzisiejszej sytuacji to nie ja jestem frajerem, ale pan, bo pan za część lat przepracowanych w milicji ma zero złotych, a ja za każdy rok odsiadki mam emeryturę”. No i co miałem mu odpowiedzieć? Ma rację.

Zadaje pytanie retoryczne: kto odpowie za przedwczesną śmierć tych ludzi, którym obniżono emeryturę do minimum albo którzy odebrali sobie życie? Można powiedzieć: a kto im kazał? Mogli żyć dalej. To był ich wybór, na tym polega demokracja. – Poczekamy do jesiennych wyborów – mówi Kozłowski. – Jeśli nie zmieni się sytuacja, to z zamrażarki zostanie wyjęty projekt ustawy dotyczącej żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Leży w tej zamrażarce także nasz projekt, który dotyczy przywrócenia nam honoru i godności oraz zabranych świadczeń. Ale czy zostanie z niej wyciągnięty? Nie wiadomo. Może historia kiedyś się o nas upomni? Na swojej stronie w internecie napisałem tak: „A wy, którzy byliście naukowcami, listonoszami, kolejarzami, lekarzami, żołnierzami, jakiemu państwu służyliście? Skoro my totalitarnemu, to wy w innym państwie żyliście?”.
Ewa Smolińska-Borecka

Fot. Ewa Smolińska-Borecka

Wydanie: 25/2019

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. histbadacze.pl
    histbadacze.pl 25 czerwca, 2019, 14:33

    Pani Ewo,
    Nie jest pewne kto dokonał zabójstwa, które tak beztrosko przypisała pani Koryckiemu. Polecamy lekturę książki Janosik Podlaski…, tam znajdzie pani wszelkie fakty oraz mniej lub bardziej prawdopodobne przypuszczenia dotyczące osoby i działalności Józefa Koryckiego.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Czytelnik
      Czytelnik 6 lipca, 2019, 19:29

      Zgadzam się z tym komentarzem. Książka o „Janosiku” daje bardziej wyważoną i opartą o fakty perspektywę. Pan Raczuk był milicjantem peerelowskim i nie jest to powód do chwały. Ma prawo do swojej narracji ale trzeba pamiętać o tym, że jest to relacja milicjanta.

      Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy