Minister chaosu

Minister chaosu

Zamiast rozwalać system, trzeba się zastanowić, co i jak naprawić

Marek Pleśniar – Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty.

W konińskim gimnazjum 14-latek został brutalnie pobity przez kolegów, trafił do szpitala i przeszedł dwie trepanacje czaszki. Jeden ze sprawców pobicia, 15-latek, trafił do schroniska dla nieletnich i grozi mu proces jak osobie dorosłej…
– Domyślam się, do czego pan zmierza.

To woda na młyn przeciwników gimnazjów, którzy uważają je za wylęgarnię patologii.
– Mogę jeszcze przypomnieć ciągle funkcjonujący w społecznej wyobraźni kosz na głowie nauczyciela. Tylko zwracam uwagę, że zdarzyło się to 13 lat temu i nie w gimnazjum, a w trzeciej klasie technikum budowlanego. Wracając do Konina, to zdarzenie jest w oczach dyrektorów innych szkół niezrozumiałym, zaskakującym błędem w sztuce kierowania szkołą. Powinno być wstrząsem dla społeczności szkolnej, na tyle silnym, by pomyślano o procedurach i pamiętano o trzymaniu się ich. Byłem, zresztą nie ja jeden, zdziwiony, że szkoła natychmiast nie wezwała karetki. Ja, będąc dyrektorem, zawsze wzywałem.

Być może zadziałał syndrom wypierania – gimnazja mają być zlikwidowane, po co dawać argumenty ich przeciwnikom…
– Byłem dyrektorem szkoły podstawowej – ośmioklasowej, potem sześcioklasowej. Na podstawie wieloletniego doświadczenia mogę zapewnić, że 14-latek w szkole podstawowej ulega urazom w identyczny sposób jak w budynku dowolnej szkoły. Natomiast niezależnie od cierpień tego chłopca warto pomyśleć, jak postępować ze sprawcami takich aktów agresji.

I stworzyć szkoły pod specjalnym nadzorem.
– Nie bawi mnie ten żart.

To raczej sarkazm.
– Proponuję spojrzeć na sprawę szerzej, pod kątem przemian społecznych, kulturowych i gospodarczych, jakie zaszły od 1999 r., gdy wprowadzano gimnazja. Warto także się zastanowić, w jaki sposób te przemiany wpłynęły na dzieci i młodzież. Przypomnę lata 90. – to był moment zachwiania cywilizacyjnego, Polacy przeszli z jednego systemu do drugiego. Pojawili się menedżerowie, ludzie w białych kołnierzykach, ale też – pamiętam, jakby to było dziś – na trawnikach zaczęli zalegiwać pijani ludzie. Bez żadnego wstydu i bez żadnej interwencji lub pomocy. Był to również czas dynamicznego rozwoju internetu, który przyniósł zupełnie nową jakość w komunikacji, kulturze, obyczajach.

Przeciętnie sprytny 13-latek znajdzie w sieci nie tylko gotowca lub zdjęcia swoich idoli, ale także seks, agresję, brutalność.
– Ostatnie 20-lecie spowodowało widoczne gołym okiem przyśpieszenie rozwoju polskiej młodzieży. Pisze się w wielu publikacjach, że mamy też do czynienia z akceleracją negatywnych postaw. Młodzież w wieku gimnazjalnym ma kontakt z wszystkimi patologiami, a niektórzy wręcz ich doświadczają, korzystają z wszystkich używek. Tego nie można zaakceptować, to jest złe, z tym trzeba walczyć, ale tak wygląda sytuacja i nie da się zaczarować rzeczywistości. To znak naszych czasów. Bardzo naiwny jest ktoś, kto myśli, że przeniesienie tej młodzieży do podstawówek rozwiąże problem. To wręcz przyśpieszy przenoszenie patologii na młodsze roczniki!

Politycy głusi na argumenty ekspertów

Wiele badań potwierdziło, że poziom agresji jest wyższy wśród uczniów ostatnich klas podstawówek niż w szkołach średnich.
– O ile pamiętam, najwyższy jest w szóstych klasach. Na dodatek dzisiejszy 13-latek nie ma kompletnie nic wspólnego z rówieśnikiem sprzed 30 lat. Mamy inny świat, 13-, 14-, 15-latki to już nie dzieci, to młodzież! Co więcej, tej młodzieży daliśmy w 1999 r. nową szkołę średnią niższego poziomu. Czemu o tym nikt nie mówi? I ktoś raptem chce, żeby ta młodzież pojawiła się w szkole razem z pięcio-, sześcioletnimi dziećmi, bo przecież w szkołach są oddziały przedszkolne.

Ale zgodnie z założeniami oddziały przedszkolne muszą mieć osobne wejście, być oddzielone w budynku szkolnym.
– Wszystkim urzędnikom ministerialnym radzę przejść się rano po szkolnej szatni albo pospacerować za płotem szkoły, gdzie całe towarzystwo się schodzi. Nieraz obserwowałem i interweniowałem, gdy duży ósmoklasista, udając starszego brata, na niby witał przed szkołą sześciolatka, a po drodze sprawdzał, co ten mały ma w plecaku na drugie śniadanie. Na bezpieczeństwo dzieci trzeba spojrzeć szerzej – szkoła nie jest tylko do płotu, jest też za nim. Co mnie najbardziej irytuje w próbie wepchnięcia 14-, 15-latków do podstawówek? Głuchota polityków na argumenty ekspertów: pedagogów, psychologów, nauczycieli. Ręce opadają!

A przecież wystarczy sięgnąć do podstaw psychologii rozwojowej, aby porównać dojrzałość emocjonalną, intelektualną 12- i 15-latka, sposób, w jaki kształtują się ich autorytety. Starsi imponują, ich się naśladuje.
– Szkoła podstawowa przeszła olbrzymią przemianę, przede wszystkim stała się szkołą bezpieczną. To wspaniałe osiągnięcie reformy. Stało się tak m.in. dzięki utworzeniu gimnazjów. Trzy lata gimnazjum i trzy lata liceum to system zrównoważony – mamy do czynienia z sześcioletnią szkołą podstawową i… sześcioletnią szkołą ponadpodstawową dwóch poziomów. Ten system się sprawdził, co potwierdza badanie kompetencji 15-latków – od czasu powstania gimnazjum wyniki poszybowały w górę.

Jednak nie należą do rzadkości wypowiedzi negujące wyniki tych badań, a nawet ich metodologię.
– Wszystko można zanegować, oburza mnie takie podważanie autorytetów, rujnowanie zaufania społecznego. To zresztą choroba całej sfery publicznej w Polsce. Mam wrażenie, że wyniki tych badań są negowane przez wszystkich oprócz fachowców. I wie pan, co jest najbardziej zadziwiające we wprowadzaniu tych zmian? Tak naprawdę nie przedstawiono – poza ogólnikami – żadnego sensownego rachunku zysków i strat, rachunku popartego analizą, oceną skutków edukacyjnych rozłożonych w czasie, a nawet kosztów.

Ogólniki zamiast rachunku zysków i strat

Minister Zalewska twierdzi, że koszty reformy zmieszczą się w subwencji oświatowej – nie będą więc potrzebne dodatkowe nakłady. Tymczasem samorządowcy oceniają, że tylko w ciągu dwóch pierwszych lat wydatki związane z likwidacją gimnazjów obciążą samorządowe budżety kwotą miliarda złotych.
– Pojawia się kwestia liczenia zysków i strat, i to w skali nie tylko materialnej, ale także kulturowej. Zmiana ustroju przyniosła Polskę samorządową, przywiązaną do lokalnych społeczności, przyniosła nową, przyjazną oświatę, szkoły, w których rady rodziców są partnerami dyrektorów. Gimnazja były nowym typem szkół i dostały szansę, której w większości nie zmarnowały. Dyrektorzy i nauczyciele budowali je od zera, powstały autorskie placówki – dysponuję bardzo długą listą gimnazjów, które prowadzą niesłychanie ciekawe i wartościowe programy edukacyjne. Ponadto, likwidując te szkoły, odbiera się setkom tysięcy uczniów możliwość uczęszczania do szkoły ponadpodstawowej w miejscu zamieszkania.

Ale na drugim biegunie są gimnazja cieszące się złą sławą, zwane wręcz gettami gimnazjalnymi.
– Dlatego zamiast rozwalać system, trzeba się zastanowić, co i jak naprawić. Niestety, MEN za czasów różnych ekip rządowych tego nie dokonało. W dużych miastach mogły powstać za duże szkoły, w których powinno być co najmniej o jedną czwartą uczniów mniej. Trzeba było się zastanowić, jak wesprzeć samorządy, by mogły tworzyć mniejsze placówki. Natomiast po wprowadzeniu zmian, których nie odważyłbym się nazwać reformą, pozbędziemy się dobra cywilizacyjnego, jakim są te szkoły średniego stopnia – zwłaszcza dla małych miast i wsi. Szkoła zawsze była – i nadal jest – szczególnym dobrem dla małych środowisk lokalnych. Likwidacja gimnazjów te środowiska zdegraduje, będzie to ogromna strata cywilizacyjna, wręcz barbarzyństwo. My, dyrektorzy szkół oraz samorządowcy, którzy mają doświadczenia z wprowadzania poprzedniej reformy, wyraźnie mówimy: nie skończono jednej reformy, po co więc brać się do drugiej? Może warto sobie powiedzieć tak jak Finowie: dwadzieścia kilka lat wdrażamy reformę i dzięki temu mamy Nokię, nowoczesne społeczeństwo, nowoczesny system oświaty, w którym uczniowie – o dziwo! – powszechnie deklarują, że lubią chodzić do szkoły. To może warto darować naszej ojczyźnie czas, żeby dokończyć i naszą reformę?

Jednak gimnazja wprowadzono ładnych parę lat temu – w roku 1999.
– I to pokazuje, że nasza reforma trwa krócej niż w Finlandii! Lecz z jakichś powodów ktoś postanowił ją cofnąć. Zafundować nam rezygnację z poczucia, że budujemy stabilny, dojrzały system. W imię celów politycznych trzeba wyrzucić to wszystko do kosza i powiedzieć tysiącom dyrektorów i nauczycieli: koniec i bomba, kto pracował, ten trąba.

Zwolennicy dobrej zmiany w oświacie skontrują: skoro przez prawie 20 lat ta reforma ciągle zbierała tyle głosów krytycznych, to może trzeba zacząć wszystko od nowa?
– Czy jest pan w stanie przytoczyć choćby jedno sensowne, miarodajne zdanie profesjonalnych gremiów oświatowych, które negowałoby obecny ustrój szkolny? Mamy stanowisko Polskiej Akademii Nauk, Związku Nauczycielstwa Polskiego, naszego Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty, związków nauczycielskich…

Nie wszystkich.
– Nie wypada mi tego komentować… Jak jacyś związkowcy mogą zgadzać się na likwidację 7,5 tys. szkół? Reprezentuję stowarzyszenie kadry kierowniczej oświaty, a więc głównie dyrektorów, dla których związki zawodowe często są drugą stroną negocjacji. To, że byliśmy w gronie popierających protest ZNP, było dla nas wyzwaniem, bo to kompletnie nie nasza bajka. Na wiecach związkowych nie bywam, ale cel przekonał mnie oraz koleżanki i kolegów do udziału – musimy bronić osiągnięć systemu edukacji w Polsce, i to w sytuacji, gdy proponowana tzw. reforma jest wyjątkowo kiepsko przygotowana.

Zło zaczynało się od ataku na nauczycieli

Wielu ministrów wytknęło Annie Zalewskiej luki i niedoróbki w projektach ustaw wprowadzających nowy ustrój szkolny. Podkreślam – nie jakaś opozycja, ale ministrowie tego samego rządu. Inny przykład: minister Zalewska najpierw zapewniała, że nie będzie żadnych zwolnień nauczycieli. Potem mówiła, że jeśli będą zwolnienia, to z powodu niżu demograficznego. A jeszcze później przyznała, że negocjuje ze związkami nauczycielskimi pakiet osłonowy dla zwalnianych nauczycieli.
– To pokazuje, jaki jest poziom komunikacji władzy ze społeczeństwem i ze środowiskiem nauczycielskim. Byłem dyrektorem szkoły podstawowej, gdy wdrażaliśmy reformę, i nikt mi nie wmówi, że przy takiej reorganizacji nie będzie zwolnień. Ja te zwolnienia przeżyłem. Musiałem przekształcić ośmioklasową szkołę podstawową w sześcioklasową. W pobliżu była druga podstawówka, którą zamieniono w gimnazjum, i pewnego dnia na przełomie sierpnia i września otrzymałem ok. 600 uczniów więcej. Nagle zacząłem zatrudniać ponad 100 nauczycieli – zamiast pięćdziesięciu paru. Moim zadaniem było wygasić – jak to się dziś mówi – jedną szkołę ośmioklasową. Po prostu przez kilka lat doprowadzić ją do naturalnej śmierci, dopóki wszystkie dzieci nie zakończą nauki. Doskonale pamiętam te przemiany i to, że były zwolnienia. Zresztą zawsze przy tego typu zmianach są one nie do uniknięcia. Opracowałem w arkuszu kalkulacyjnym plan dla każdego nauczyciela – co z nim będzie w ciągu następnych pięciu lat. Chodziło się po całym mieście, po okolicy i rozdawało tych nauczycieli – przepraszam za porównanie – jak kocięta: może za rok, kolego dyrektorze, przyjmiesz tego nauczyciela, a za dwa lata mam do zbycia dwóch. Wszyscy bardzo staraliśmy się utrzymać w zawodzie jak największą liczbę nauczycieli. Nauczyciela po studiach kształci się – dopiero w szkole – co najmniej 10 lat, żeby nadawał się do uczenia dzieci i młodzieży. Państwo ponosi ogromne wydatki i co? Teraz tym ludziom, ot tak, każe się wykonywać inny zawód? Pomijam kwestie etyczne, psychologiczne, koszty społeczne. Działanie rządzących, które doprowadzi do zwolnienia 40 tys. nauczycieli, jest niszczeniem własnych elit. Celowo używam tego określenia. Uważam, że nauczyciele są duchową elitą narodu. Nie jest to elita pieniądza, elita władzy, nie jest ani bogata, ani silna. Jak mówi klasyk: nie pójdzie i nie rzuci cegłą… To naprawdę zły sygnał – naród i rządzący powinni szanować swoich nauczycieli. Wszystko, co złe w naszej historii, zaczynało się od ataku na nauczycieli. Ktoś nam proponuje likwidację 7,5 tys. szkół i nie gwarantuje, że w ich miejsce powstaną nowe. Proszę wybaczyć te słowa, ale oburza mnie to. W tym wszystkim martwi nas zjawisko wzrostu liczby nerwowych incydentów w szkołach, komisji dyscyplinarnych, skarg rodziców. Czujemy rosnące napięcie. To jest już odczuwalny i coraz bardziej wymierny efekt niepopieranych i budzących obawy zmian. Jak w takich warunkach spokojnie uczyć?

Sama oświata nie rozwiąże problemów na rynku pracy

Zgodnie z założeniami reformy gimnazja zostaną zlikwidowane, ale przecież powstaną nowe szkoły zawodowe – dwustopniowe szkoły branżowe.
– Ale chyba nie w miejscu likwidowanych gimnazjów! Nikt rozsądny nie wyobraża sobie, że ot tak, po prostu, w opuszczonym budynku gimnazjum można utworzyć sensowną szkołę zawodową czy jakąś branżową pierwszego lub drugiego stopnia. Jeśli nawet budynek spełniałby określone wymagania, to jeszcze za mało. Potrzebne są pracownie, zupełnie inne zaplecze dydaktyczne.

I skąd wziąć nauczycieli zawodu?
– Przede wszystkim szkoły zawodowe nie zniknęły z mapy Polski, mamy ich całkiem dużo – można to sprawdzić chociażby w wykazie na stronie MEN. Inną sprawą jest poziom kształcenia. Od kilku lat trwają zmiany w szkolnictwie zawodowym. Sam bywałem na spotkaniach stosownego zespołu powołanego przez resort oświaty. Uważam, że te szkoły trzeba wesprzeć w rozwoju, a nie wymyślać – w trakcie zmian! – jakiś nowy system. Z prostych względów. Po pierwsze, kształcenie zawodowe jest drogie i zamiast burzyć oraz tworzyć co i rusz coś nowego, o wiele efektywniej byłoby doskonalić, rozwijać to, co już jest. Po drugie – i to chyba najważniejsze – tak naprawdę nie wiadomo, czego mamy w tych szkołach uczyć.

No przecież wiadomo, minister Zalewska powiedziała: nowocześnie wykształconych absolwentów, którzy odnajdą swoje miejsce na rynku pracy.
– Na którym rynku pracy? Tym za rok czy za 10 lat? Od bardzo dawna mamy z tym gigantyczny problem, którego nie sposób rozwiązać w kilka miesięcy, a nawet w ciągu roku lub dwóch. Więcej, uważam, że w obecnej sytuacji na rynku pracy pewne problemy szkolnictwa zawodowego są nieusuwalne i sama oświata ich nie rozwiąże, choćby nie wiem jak chciała. Zmiany cywilizacyjne następują tak szybko, że nasze kształcenie zawodowe za nimi nie nadąża. Kształcimy w wielu zawodach, które już w trakcie nauki przestają być marzeniem dzisiejszej młodzieży, zawodówki stają się miejscem na przeczekanie. W wielu wypadkach kształcimy w zawodach w ogóle niepotrzebnych na rynku pracy. Określenie, jakie kwalifikacje są potrzebne, jakie będą potrzebne w perspektywie kilku i kilkudziesięciu lat, to wielkie zadanie dla nas wszystkich: nauczycieli, specjalistów od oświaty, fachowców z biznesu. Olbrzymiej liczbie zakładów wystarcza absolwent na poziomie porządnie wykształconego gimnazjalisty – one same przyuczają go do pracy w swojej branży, np. na linii montażowej w fabryce samochodów.

Co wymaga kilkutygodniowego kursu i niczego więcej.
– Drugim problemem, opisywanym niejednokrotnie, jest rozdźwięk między oczekiwaniami pracodawców i absolwentów. Niektóre zakłady przemysłowe produkujące nowoczesny sprzęt: samochody czy elektronikę, próbują zakładać własne szkoły, centra kształcenia zawodowego. Na Śląsku jeden z takich zakładów otworzył szkołę z najnowszym sprzętem fabrycznym, ale żaden młody człowiek nie chciał się do niej zapisać. Aspiracje młodych Polaków są inne niż wyobrażenia pracodawców – nie chcą pracować za niewiele ponad 1,5 tys. zł na rękę. Główna wada całej zmiany? Zwolennicy reform ciągle mówią, co zostanie zrobione, tylko nikt nie wie, po co, w jakim celu. Co chcemy osiągnąć? Słyszymy, że wprowadzi się ośmioletnią szkołę podstawową, że zlikwiduje się gimnazja, wprowadzi szkoły zawodowe, które zastąpią obecne. Niestety, rzuca się hasła, natomiast nie określa się celu tej zmiany. Jeśli nowocześnie myśli się o zarządzaniu zmianą, trzeba określić punkt docelowy i dopiero potem zastanawiać się, jak to osiągnąć. Dziś resort edukacji ma przede wszystkim nieodrobioną lekcję ze spójności podstaw programowych w szkołach podstawowych i średnich.

Wydaje się jednak, że klamka zapadła. Wotum nieufności wobec minister Zalewskiej przepadło w Sejmie, co było do przewidzenia. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami rząd przyjął 8 listopada projekty ustaw o reformie systemu oświaty, a premier Szydło nie pozostawiła złudzeń, że będą jakieś odstępstwa od reformy, i zaapelowała do krytyków ustawy, by nie wprowadzali chaosu.
– Pozostaje pytanie, o co w tym wszystkim chodzi: czy celem ma być realizacja haseł wyborczych, czy mądra polityka oświatowa państwa? Czy zmierzamy do jakiegoś celu, określonego przez współczesne relacje społeczne, nowoczesną gospodarkę? A może ekipa rządząca odrzuca te cele, bo musi się przypodobać ludziom, którzy pamiętają, że za czasów ich młodości w szkole był porządek. Państwo obiecuje obywatelom, że przywróci pierwotny ład… A gdzie tu wiedza fachowa? Przecież rządzący mają jakiś podstawowy obowiązek mówić społeczeństwu, jak ma być, a nie wsłuchiwać się w to, co mówią słupki poparcia. To nie jest odpowiedzialne rządzenie, choć rozumiem, jak kuszącym uproszczeniem bywa populizm w docieraniu do ludzi.

Populizm jest tani dla rządzących, a drogi dla rządzonych.
– Dlatego uparcie wracam do tego, co powiedziałem wcześniej: dokończyć zaczętą reformę i niech społeczeństwo z niej korzysta przez dobrych parę lat. Dopiero potem rozmawiajmy o jakiejś kolejnej reformie, byle nie za szybko. Ciekawe tylko, czy rządzący widzą, co naprawdę trzeba zreformować. My tu, na dole, widzimy. I pragnę pocieszyć zmartwionych: system cały czas się zmienia, rozwija się – niestety, bez udziału tych, którzy nami rządzą. To kreatywni ludzie w szkołach go zmieniają, od kilku dobrych lat widać wyraźnie, jak zbiera się masa krytyczna przemian w mentalności polskich nauczycieli. Tego się nie zatrzyma, ale można przez niewiedzę przeszkadzać. Chociażby likwidując im szkoły.


Potrzebny sojusz, nie walka
Apelujemy do rządu o zmianę postępowania. Wszystkim nam zależy na dobrej, profesjonalnej szkole. Nie potrzebujemy więc walki o oświatę, lecz sojuszu nas wszystkich dla jej rozwoju. Nic nie wzbudza większego szacunku do rządzących niż to, że słuchają oni obywateli. Wysłuchajcie więc Państwo głosu obywateli, a zarazem specjalistów – praktyków zarządzania oświatą.

(ze stanowiska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty wypracowanego na kongresie 26-28 września br., z udziałem ok. 1150 uczestników oraz tysięcy obserwatorów)

Wydanie: 47/2016

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Tomek
    Tomek 24 listopada, 2016, 09:29

    Prawda jest taka, że tego rodzaju „dobra zmiana” jest wyłącznie dla samej zmiany, wyłącznie po to aby zniweczyć wszystko to co robili poprzednicy. Chodzi o robienie na złość poprzednikom, bez celu, bez sensu, bez przemyślania tematu, byle Pan prezes był zadowolony i wbijał szpile.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Marek
    Marek 28 listopada, 2016, 09:50

    Ja staram się być obiektywny i mimo wszystko nie znajduje sensu w tej reformie. Dostrzegam same minusy. I wiem to po sobie, bo sam chodziłem do podstawówki kiedy była jeszcze 8-śmio letnia i z perspektywy czasu wiem że to nie było dobre. Jak byłem w młodszych klasach to byłem gnębiony przez tych najstarszych a potem sam dręczyłem pierwszoklasistów. Ale oni widza w tym sens…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy