Misja trudna, ale możliwa

Misja trudna, ale możliwa

Sytuacja się zmieniła

W niektórych landach konstelacja ta funkcjonuje świetnie (np. w Turyngii), ale przypomnijmy: Die Linke powstała w akcie protestu przeciwko reformom „Agenda 2010”, sygnowanym przez ówczesnego kanclerza Gerharda Schrödera. Dopóki jego adwersarz Oskar Lafontaine grał w nowej partii pierwsze skrzypce, socjalistyczny sojusz można było włożyć między bajki. Sytuacja jednak się zmieniła. Schröder już prawie się pożegnał ze światem polityki, a coraz powściągliwszy Lafontaine przekazał berło żonie Sahrze Wagenknecht. Ta zaś ostatnio często spotyka się z Thomasem Oppermannem, szefem klubu SPD, uchodzącym do niedawna za zapalczywego przeciwnika koalicji R2G. Przed wyborami w Berlinie Gabriel i Müller na wspólnych wiecach kusili związki zawodowe wizją lewicowego sojuszu. W sprawie CETA wicekanclerz dostał silne poparcie ze strony Reinera Hoffmanna, szefa DGB, którego uważano wcześniej za krytyka globalizacji. Umowy handlowe jednak nadal są głównymi punktami sporu po lewej stronie sceny politycznej. Posłowie Zielonych i Lewicy odrzucają projekty porozumień w dotychczasowej formie. Ale poza tym istnieje wiele zbieżności, szczególnie w zakresie polityki socjalnej, rodzinnej i podatkowej.

Zawarciu koalicji może zagrozić jedynie polityka zagraniczna. Die Linke chciałaby wystąpienia z NATO i przerwania wszystkich misji międzynarodowych Bundeswehry. – Myślę, że jeśli otrzymają silny mandat społeczny, będą bardziej pragmatyczni – pociesza się Matthias Miersch, polityk SPD kojarzony z lewym skrzydłem partii. Podobnego zdania jest współprzewodniczący Zielonych Cem Özdemir: – Ostrzegam przed kolejnymi koalicjami z CDU. Ten, kto lubi panią Merkel, powinien wiedzieć, że otrzyma ją w zestawie z garbatymi krewnymi z CSU.

W Wolfsburgu Gabriel odniósł niewątpliwe zwycięstwo, zyskując na czasie. Ale czy przekona także wyborców? Przed konwencją na niemieckie ulice wyszło ponad 300 tys. ludzi, manifestujących przeciwko CETA i TTIP. W polityce migracyjnej i gospodarczej wicekanclerz plusów już raczej nie uzbiera, sondaże kreślą ponury obraz. Również w Bundestagu sytuacja wcale nie jest tak wspaniała, jak się ją maluje w celu podpromowania SPD. Jedno trzeba przyznać: Gabriel potrafi – przynajmniej w sferze medialnej – zapobiegać wewnątrzpartyjnym perturbacjom, których wynikiem może być niemrawość w wykorzystywaniu niepowodzeń innych partii. Poza tym pozostają mu jeszcze flirty z lewicowym elektoratem, np. w postaci zbliżenia z Rosją, jak ostatnio podczas jego kontrowersyjnej wizyty w Moskwie. No i tradycja. SPD została założona w 1863 r., bez proletariatu jej wzlot byłby niemożliwy. Burmistrz Michael Müller podczas kampanii wielokrotnie podkreślał, że nigdy nie zrobił matury, będąc „zwykłym” pracownikiem. Podkreślał tradycyjne socjaldemokratyczne kredo: równość szans. Lecz zarówno Müller, jak i Gabriel wiedzą, że bez Die Linke nie mają cienia szansy na władzę.

W kuluarach Bundestagu krąży anegdota: kiedy Wielka Brytania zagłosowała za Brexitem, Merkel zaprosiła do swojego biura przedstawicieli współrządzącej SPD i całej lewicowej opozycji. Po spotkaniu w windzie znaleźli się Gabriel, Bartsch i Özdemir. – No to teraz możemy ustalić, kto z nas w następnym roku zostanie kanclerzem – zażartował Bartsch. Wtem do windy wjechał na wózku Wolfgang Schäuble. – Zróbcie miejsce, panowie – mówi. Dyskusja o czerwono-czerwono-zielonej koalicji to również historia niewykorzystanych szans. Oby nie było za późno.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 39/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy