Mniejsze zło

Mniejsze zło

Gdy ten artykuł ukaże się w PRZEGLĄDZIE, Bronisław Komorowski zostanie już wybrany na prezydenta lub jako faworyt przejdzie do drugiej tury. Chociaż nie uważam go za polityka, któremu bez niepokoju można powierzyć najwyższy urząd w państwie, to jednak głosowałem na niego i w razie potrzeby będę głosował jeszcze raz jako na mniejsze zło.
Komorowski ma do tego stopnia spaczone pojęcie narodu, że z jego punktu widzenia w latach powojennych pełnowartościowym narodem byli tylko „żołnierze wyklęci”, a reszta to kolaboranci, oportuniści, tchórze, niemający ojczyzny komuniści, przy czym komunizm jest rozumiany jako cecha niezbywalna, jak rasa lub nieuleczalna choroba. Również obecnie naród pojmuje on w zawężonym sensie, bo z tego, co robi i mówi, wynika, że naród pojawiał się na chwilę w strajkach i manifestacjach, by dopiero w wyborach 4 czerwca 1989 r. zagościć w Polsce, jak się wydaje, na stałe i w pełnym wymiarze. W swoim oglądzie rzeczywistości politycznej posługuje się analogiami historycznymi, schematami pojęciowymi, a także mitami stworzonymi w różnych okresach ku pokrzepieniu serc i na użytek walki ze wschodnim zaborcą. Takie myślenie z prawdą mało się liczy. Tego rodzaju wyposażenie umysłowe nie ułatwia realistycznego widzenia tego, co się teraz dzieje w obszarze obowiązkowych zainteresowań głowy państwa i zwierzchnika sił zbrojnych. Charakterystyczne cechy jego poglądów były widoczne w przemówieniu, jakie wygłosił z okazji 150. rocznicy powstania styczniowego. Pogodził tam „białych” i „czerwonych”, partię umiarkowanie powstańczą i radykalnie powstańczą. Zmniejszył naród do partii powstańczej, odcienie potraktował jak głębokie sprzeczności, które trzeba godzić, zasadnicze zaś różnice w narodzie pominął. I teraz, gdy nawołuje do zgody, to adresuje ten apel do dwóch partii mających wspólny rodowód, a różnice między nimi wyrażają się w tym, że jedni śpiewają „ojczyznę wolną pobłogosław Panie”, zaś drudzy „ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.
Mówiąc o roku 1863, Komorowski utożsamiał się z konspiratorami, partyzantami leśnymi, członkami Rządu Narodowego grożącymi sobie śmiercią z powodu kto lepszy patriota, wędrującymi od dworu do dworu ze swymi wszami (patrz „Wierna rzeka”) i sprowadzającymi swoim śladem na nieszczęsne dwory oddziały kozaków. Czy ktoś, kto jest prezydentem państwa i chce nim być, nie powinien poszukać sobie odpowiedniejszych utożsamień w swojej polityce historycznej? Czy mąż stanu nie powinien utożsamiać się z mężami stanu? Czy nie powinien tak postrzegać sprawy narodowej, by mieć o czym mówić z Wielopolskim? Albo z carem, kajzerem, cesarzem? Bronisław Komorowski jest po czubek głowy zanurzony w tradycji polityki protestu, jedynej, jaką Polska zna, według tych, co Polakami gardzą. Drobne uściślenie: politykę protestu on prowadzi w sprawach zagranicznych, podczas gdy jego oponent także wewnątrz kraju.
W swym przemówieniu 3 maja 2015 r. potraktował defiladę w Moskwie jako akt agresji („Pamiętajmy, że w tej militarnej demonstracji za parę dni, demonstracji siły, nie chodzi o historię, ale o współczesność i przyszłość”). To nie jest tylko dezynwoltura słowna, to przejaw systemu myślowego, w którym – jak głosi tytuł mojej książki – symbole pożarły rzeczywistość. Komorowski, Donald Tusk, jak cały ich obóz postsolidarnościowy, nie tylko naród zredukowali do jednego nurtu politycznego, skrócili także historię państwa polskiego. Metodą nieprzeliczonej ilości uchwał sejmowych postanowili, że do 1989 r. państwa polskiego nie było, był tylko totalitaryzm i wojna. Na tych postanowieniach oparte są muzea tworzone na cześć panującej władzy. Te wielkie w Gdańsku i te małe rozsiane po całej Polsce. Ten obóz ma o sobie niesamowicie rozdęte wyobrażenie. Donald Tusk oświadczył w czwartek przed dobranym międzynarodowym gronem polityków i historyków, że Solidarność wygrała wojnę ze Związkiem Radzieckim. Od tego mamy wolność słowa, żeby można było powiedzieć wszystko, co komu przyjdzie do głowy. Tak jak słabo rozróżniają defiladę od boju, tak też nie przywiązują wielkiego znaczenia do różnicy między pokojem a wojną, wszystko jest kwestią propagandy, piaru, „wojny informacyjnej”.
Komorowski jest jednym z twórców polityki historycznej i protektorem IPN. Ta polityka się skompromitowała, a pod niejednym względem ośmieszyła. Nabiera ona coraz więcej barw ukraińskich. Po co była ta długa dyskusja na temat, kto dokonał cudu nad Wisłą: Piłsudski, Weygand czy kto inny? Okazuje się, że decydującą rolę odegrał ukraiński generał chorąży Bezruczko. O uchwałach parlamentu w Kijowie nakazujących wszystkim Ukraińcom czcić UPA jako niepodlegający krytyce wzór bohaterstwa i przewidujących surowe kary za krytykę tych bohaterów polski minister spraw zagranicznych powiedział w Sejmie: „Stwierdzam kategorycznie, że nie postrzegamy jako zagrożenia niedawnego przyjęcia przez Radę Najwyższą (Ukrainy)… ustaw o polityce historycznej”. Za takie stanowisko polskiego rządu prezydent też jest odpowiedzialny.
Z tym wszystkim, co tu naszkicowałem, Bronisław Komorowski jest mniejszym złem niż jego konkurent. Jest nadzieja, że przynajmniej w polityce wewnętrznej, tak jak dotychczas, będzie postępował rozsądnie.

Wydanie: 20/2015

Kategorie: Bronisław Łagowski

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy