Mogą być skarpetki

Mogą być skarpetki

Podobno węch starzeje się najwolniej. Wolne żarty, u mnie otępienie zmysłów idzie równym krokiem, a jeśli coś przed szereg wychodzi, to właśnie powonienie. Czas katolickich świąt grudniowych jest tego najlepszym dowodem – co najmniej od schyłku zeszłego milenium narzekam, że choinka nie pachnie jak dawniej świeżą żywicą, ani kompot z suszu, ani cały arsenał kuchennych aromatów. Zeświecczyłem się ostatecznie poprzez nos, no, może też wskutek efektu cieplarnianego. Bez mała przed ćwierćwieczem przeżyłem po raz pierwszy święta bezśnieżne, wulgarnie deszczowe i wtedy to było dla mnie meteorologicznym skandalem zwiastującym apokalipsę, diabelską drwiną. Brak śniegu ułatwił wyrwanie się z opresji kolędowych wzruszeń, ostatnia część mojej zindoktrynowanej duszy wydostała się na wolność – skoro w Wigilię leje, Bóg nie istnieje, prosta sprawa. Teraz już mogę spokojnie spędzać ten wieczór w samotności, słuchając np. muzyki pasyjnej do krwistego steka, i nawet nie wiem, czy czerpałbym dodatkową przyjemność z poczucia wyrafinowanej profanacji – ateista niczego profanować nie może, bo nie istnieje dla niego sacrum, nie można przekraczać granic, których nie ma.

Co do świąt jestem więc za, a nawet przeciw, z rodziną świętujemy ekumenicznie, podtrzymując tradycję familijnego spotkania przy potrawach jarskich, teściowa, choć gojka, robi najlepszego karpia po żydowsku i wszyscy się zachwycają, ale najważniejsza oczywiście jest prezentacja prezentów, prowadzona przez dzieciaki. I tu się budzą dziecięce wspomnienia najbardziej elektryzującego dnia w roku – niegdyś wieńczącego oczekiwanie na wymarzony prezent, potem już ciekawość, jak bardzo podarunek minie się z marzeniami. Dziś chciałbym dostać wzmacniacz węchu. Wszelako nie po to, żeby magiczna chemia wigilijnych podniosłości wróciła do mnie przez utracone feromony, ale z powodu permanentnie wysychającej śluzówki. Pragnę, by mi podarowano aparacik do nosa, takie olfaktoryczne okulary, najlepiej w postaci odpowiedniej zawiesiny do zakraplania, żebym czuł bardziej. Chciałbym poczuć te wszystkie zapachy, poprzez które uzyskałbym dostęp do zamkniętych od dekad magazynów pamięci – tak jak teraz robię to, wąchając książki.

Jestem nałogowym wąchaczem nowości wydawniczych, świeży zapach farby drukarskiej przenosi mnie w czasy chorzowskich festynów „Trybuny Robotniczej” organizowanych na początku lat 80. w postaci gigantycznego kiermaszu książek oraz – ma się rozumieć – komiksów. Z ich naręczem kupionym przez rodziców wracałem do domu i byłem najszczęśliwszym dzieckiem świata właśnie wtedy, kiedy piętrzył się przede mną stosik do przeczytania, a ja odwlekałem moment lektury, delektując się zapachami. Książki były w mojej rodzinie odwiecznie sprawdzonym prezentem, bez względu na kategorię wiekową. Raz tylko dzieciak z powodu książki znalezionej pod choinką się rozpłakał – kiedy mój ośmioletni pasierb dostał od dziadków troskliwie doglądających jego edukacji opasły słownik polsko-francuski. Był to prezent zaiste praktyczny i przyszłościowy, ale jako gwiazdkowy upominek nieco nieempatyczny.

Dzieciom nie daje się pod choinkę podręczników, tak jak nie daje się im skarpetek. Co innego dorośli, tym skarpet nigdy dość. Ach, śmiem twierdzić, że dzieciństwo się kończy, kiedy matka przestaje ci parować skarpetki i ile byś człowieku nie kupił, błyskawicznie się od siebie oddzielają, giną, pojedyncze egzemplarze pysznią się bezużyteczną świeżością, podczas gdy ty nosisz wciąż te trzy przetarte pary, które jakimś cudem pozostają nierozłączne. Miałem cioteczkę, która uwielbiała mi sprawiać prezenty praktyczne – jako dziecko późnojesienne dostawałem od niej zawsze na urodziny wydziergane przez nią osobiście szaliki, czapki lub wełniane fuzekle (rzeczone skarpetki – przyp. red.). Przyjmowałem te dary ze łzami w oczach. To przez nią przestałem wierzyć w Dzieciątko (na Śląsku to ono przynosiło prezenty, a nie żaden Mikołaj). Nie mogłem przecież wierzyć, że mały Jezusek jest aż takim okrutnikiem, by podrzucać mi wyroby z ciotczynej włóczki. Ani cioteczka aż tak świątobliwa, żeby robić na drutach zarazem w swoim pokoiku i gdzieś tam w niebie. Pójść do nieba już za życia – to trąciło przesadą nawet w przypadku cioteczki, świeckiej zakonnicy.

Z prezentów praktycznych i przydatnych zawodowo marzy mi się elektrybałt, najlepiej z zapasowym zestawem filtrów przeciwgrafomańskich. To postać z „Cyberiady” Lema, robot wierszokleta; dzięki niemu już w dzieciństwie zafascynowała mnie poezja awangardowa, bo „niedostrojony” wypluwał lingwistyczne arcydzieła w typie takiej apostrofy: Żądny młęciny brądnej, łydasty łaniele, samoćpaku mimajki… Jako młode dziecię uwierzyłem w siłę przejęzyczeń i piekielnie zmysłowe oddziaływanie na wyobraźnię neologizmów. Elektrybałt obecnie rezyduje na parterze Centrum Nauki Kopernik. Metodą losową tworzy liryczno-surrealne perełki, odpowiedni algorytm pozwala mu uformować utwór wedle widzimisię zamawiającego – od haiku po sonet. Przy odrobinie zmyślnej redakcji można ułożyć sobie tomik w jeden dzień. Poetom teraz w Polsce płacą najwyższe nagrody literackie, warto się skusić.

Wydanie: 52/2019

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy